Moje siedem miesięcy

Ten rok

na chwilę zapomniał,

że jestem człowiekiem.

Posadził mnie w wagoniku

z niedokręconą śrubą

i wypchnął

poza poręcz kalendarza.

Po drodze

zgubiłam kilka żeber,

sen

i instrukcję obsługi

tego, co miało nadejść.

Krzyczałam.

Jak nigdy —

nie do siebie,

a od siebie.

Głos wyłamał zamek

i wybiegł na ulicę.

Słyszeli wszyscy.

Strach chodził w moich butach

i ścierał podeszwy od środka.

Ból znał kod do domofonu.

Szczęście

nie nauczyło się pukać.

Zostawiało drzwi otwarte.

Były wtorki

przecięte wpół

tępą stroną zegara.

A ja bałam się

nadepnąć na jutro.

Czterdzieści cztery lata

stały za mną

w kolejce do pytajnika.

Żadne

nie znało odpowiedzi.

Nie wiem,

kiedy wyszłam z kolejki,

ale pociąg nadal bierze

ostre zakręty

blisko krawędzi.

Trzymam się poręczy.

Mocno.

Ale drugą ręką

wyciągam litery

spod własnej skóry

i piszę

o tym.

A ktoś

to czyta.

Bo później

nigdy nie jest obietnicą.

© Sylwia Barańczyk

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania