Monty majton
Gdy sięgam wstecz wzrokiem, trauma przedszkolaka wraca ciężkim niezrozumieniem.
To był dziwny czas. Herbata o posmaku aluminiowego gara i dokładka baraboli z pieczarkową lawą.
Pewnego razu fotograf zawitał w przedszkolne progi. Dwa roczniki, bujnie owocujące, trzeba było ofocić. Na co wpadły kreatywne przedszkolanki? Że każda dziewczynka — a było ich trzydzieści parę — w mojej sukience zostanie uwieczniona.
Jedna sukienka, trzydzieści parę dziewczynek. Przedszkolna haute couture.
Nie pytajcie, jak ta pamiątka wygląda po czasie...
Dwa kucyki z różowymi kokardami, mina jak z obrazu Mona Lisy, różowa kiecka w kratkę z haftem „made in China” i gwoźdź programu — grzywka, którą sama sobie obcięłam zygzakiem.
A więc po mojej fotce zamknięto mnie w kiblu, w samych skarpetkach ażurowych i figach, coby resztę licznych dziewczynek ofocić.
Drzwi strzegły starsze koleżanki, chłopcy chcieli zajrzeć przez dziurkę od klucza, a mi się czas zatrzymał. Nie wiem, ile wtedy zleciało, ale nadto, żeby nigdy więcej nie chcieć być w centrum zainteresowania.
Bo to straszne uczucie — to błyszczenie bezradnością dziecka wobec głupoty PRL-owskich bab w przedszkolu.
Po dziś dzień nie lubię publicznie się rozbierać. Nawet u doktora. Zawsze pytam:
— Panie doktorze a czy to konieczne?
Na co doktor:
— Szybko, szybko, nie mam czasu!
I wtedy myślę sobie, że jednak niektóre doświadczenia z przedszkola zostają z człowiekiem na dłużej.
Jedna sukienka. Trzydzieści dziewczynek. Fotograf. Właścicielka sukienki w kiblu, w samych figach. Chłopcy pod drzwiami.
Proszę się nie martwić. Robimy tylko pamiątkę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania