Morze głupoty

Moja głupota nie zrównana niczym morza nieprzebyte.

 

Dalsza niż widnoskłona nieprzebyta barwa.

Głębsza niż, jakikolwiek odcień i ciemniejsza niż nie jedna głębia morska.

Tak głęboka jest moja ciemnota.

 

Gdzie statek znika za zasłoną mgły, a jedynym światłem jest modlitwa dryfująca po wzburzonej tafli morskiej.

 

Zamykają oczy i czekają w szarości przemokłych kajut, aż to morze ich nie pochłonie.

A w ciemności śnią.

 

Morze czerwonych kwiatów, które zostały im obiecane.

Obietnice, które nadali swym bliskim o szczęściu powrotu do domu niczym nienadane listy płoną w ogniu zimowej nocy.

 

Zamglone wspomnienie jasnego strumienia o wodzie źródlanej i uśmiechu na jej twarzy wymalowanym na jej tafli.

Obraz tak realny, że mógłbym go dotknąć i nigdy nie wypuścić, że więzienia moich stęsknionych ramion.

 

Ale teraz to stracone, przyćmione głębią oceanu głupoty.

 

Wielkie ciemne chmury i świszczenie wiatru, przez framugi bez okien.

Nieskończone głębie koszmaru, gdzie jedyne, co słyszę to moje imie.

 

Ukryty w cieniu hipokryzji w miejscu co pożera światło.

Człowiek co zostawił ciało na dnie oceanu.

Co nie myślał, co odszedł od niej co czekała, aż ciśnienie jej nie zgniotło na dnie morza głupoty.

 

A hipokryta odleciał w kolorach gwiazd i galaktyk.

Opity żółtą barwą gwiazdy i zielonym promieniowaniem jego własnych dłoni.

Szalony przez metaliczny blask purpury namiętności blasku meduz.

Uderzył głową w ścianę i wpadł w szczęki tego, coraz odrzucił.

Żółw co wmówił sobie, że może latać. Idiota myślący, że zacznie panować nad sobą, spada w objęcia kochanki, którą raz porzucił.

 

I spadł, a milenia mijały, a on dalej opadał w pułapkę czarnej dziury.

Spadał i spadał, tonął coraz niżej w ciemne głębie głupoty.

 

Na dnie powitał go księżyc.

Zardzewiały księżyc i jego różane ogrody. Ławki, żelazne płoty i strumień przepływający przez ogród.

Idąc przez kwiaty narodziło się odbicie na tafli strumienia i spojrzał na niego kosmita.

 

Obcy co patrzy na niego zza ściany lustra, nieznajomy, co chowa się przed światem przy świetle za jego ciałem.

Patrzy teraz na niego, kpiąco zrywając kwiaty.

Bo co?

Że nie poznaje tego miejsca, że miłość stała mi się obca?

Że nie zrozumiałem?

Przeoczyłem to, co oczywiste?

Że księżyc to moje własne odbicie?

Nie, to nie może możliwe.

Że te kolory to nie prawda, że to światła, to była bajka.

Ja mogę być wolny.

I tak utknął na księżycu idiota co chciał być wolny, myślał, że jak wespnie się po żebrach do swojej głowy odnajdzie Syjon swoich marzeń.

 

A przywitało go morze

Ciemne i głębokie morze.

Jego puste głębie i kuszący blask żyjących w nim kłamstw.

By tylko dać sobie nadzieję i wykrzyknąć, że się wznoszę.

Że znowu widzę blaski neonów najdalszych gwiazdozbiorów.

Że dosięgnę brzegu i będę wolny, ja Jonasz morza głupoty.

 

Ależ nie będziesz, czy sam w końce nie wybrałeś rybich wnętrzności?

Czy nie zostałeś, kiedy miałeś szanse uciec?

Ty co byłeś gazem stałeś się żelazem.

 

Teraz zostaje nam wieczne błądzenie, za światłem, które miało ci sprowadzić twoje własne serce.

A którego będziesz szukać wiecznie.

Bo nie ma takiej rzeczy na tym świecie.

Przynajmniej nie na księżyca obcej toni morskiej.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania