Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

MOSIĘŻNA KLAMKA. (opowiadanie grozy/dziwne)

MOSIĘŻNA KLAMKA.

 

Już dawno o niej zapomniano. Tak zasadniczo, że pokrywając się kolejno ciemniejącymi odcieniami patyny, trwała w ubiegłowiekowym krzepnięciu przemijania czasów jej świetności. Nie miała im tego za złe, szczerze dziękując, o danie jej zaznania spokoju, powodowanego ich własną niedbałością. Zdarzało jej się jeszcze odnajdywać we własnej pamięci, moment odlania jej masywności, w stygnącym hutniczym żarem, szamotowym sarkofagu. Jako własne, jasno purpurowe rzemieślniczym żarem życie, uznała Kościół, choć nie brzmiała obecnie pogłosem wznoszonych w nim modłów. Dziś, już mało kto miał świadomość, co łączy ją z kościelną dzwonnicą, ponieważ: każdy z nich, zapewne od dawna już nie żył. Pamiętała jednak ich wszystkich. Księdza, przeliczającego gruby, wypłacony mu plik banknotów, z chciwym wyrazem obłędu na twarzy, chowający go w kieszeni spodni swego codziennego garnituru, składając wpół, aby przypadkowo nie uronić darzeniem go Światłością Trójcy, mierzoną w banknotach... chłopów, mozolnie usiłujących załadować na wóz swój własny trud, opłacany skromnymi garstkami monet, jakby składanymi w ofierze śmierci, aby nie raczyła ich przez współczucie zabrać w chłód Zaświatów... a także jego. Odzianego w gruby, skórzany fartuch kowala... doskonale pamiętała, jak ramionami nie ustępującymi muskulaturą byczemu kłębowi, podciągał kościelny dzwon konopną liną, rzuconą ponad belką dachu, wewnątrz jego kuźni... ostatnim momentem jego istnienia, było ożywienie go ogromnym, kowalskim młotem, który uderzając w niego, zmusił do potwierdzenia echem przeszłości, ostatniego słowa, jakie ktokolwiek w życiu mógł usłyszeć...

 

Już wówczas, miała trzysta lat. Obecnie: niemal pięćset, a mimo wszystko, posiadała dawną zdobność, jakby samo przemijanie, postanowiło nie urągać jej kształtom. Jako klamka, przedstawiała zamierzchle złoty wizerunek: szponiastej dłoni, dzierżącej zdobne półkolistym ornamentem wezgłowie.

 

Tkwiła zatem tutej, w jednych z drzwi rezydencji, nie mniej zapomnianej, jakby wobec niej. Trzeszczące pęknięciami drewno, w milczącym towarzystwie ościeżnicy nie ustępującej mu kunsztem, trwało pośród matowiącego powierzchnię linii słojów, przemijania. Do dzisiaj. Od ledwie pamiętnych czasów, czując kojące ciepło dłoni, pchające ją ku skrzypiącej podłodze, aby wykonać tylko jeden krok... Nareszcie. Gdyby tylko młodzieniec, zwiedzający jej włości miał świadomość, że więżące ją drzwi prowadząc na zewnątrz, nie posiadają jakiejkolwiek możliwości oparcia dla stóp, zapewne... podzielałby obecnie jej szczęście... we własnym życiu...

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania