Most
(poniższy tekst powstał z zafascynowania wierszem S. Staszewskiego)
Spacerowałem wolnym krokiem przed siebie zupełnie bez celu aż w pewnym momencie stanąłem na drewnianym, łukowym moście przebiegającym w poprzek rzeki. Dobrze wiedziałem, że on tu jest. Ten most zresztą był tu odkąd tylko pamiętam, od moich najwcześniejszych lat kojarzę go jak dumnie trzyma w sobie dwa przeciwne brzegi Przemszy.
To nie była żadna przeraźliwa noc, a ja nie znajdowałem się na jej skraju, a w zwierciadle leniwie płynącej rzeki nie odbijały się księżyce latarń odwróconych. Było to bowiem późne, ale słoneczne popołudnie. Znajdowałem się w jego samym centrum.
Popołudnie było jesienne a więc chłodne, ale mimo tego mogłem określić je jako przyjemne a nawet piękne. Złota polska jesień w pełnej krasie. Wszystkie najpiękniejsze jej kolory rozprzestrzeniały się dookoła. Mimo tego moje spojrzenie było wbite w mgliste pustki i wypatrywały w czarnym daleku Jej postaci. Zawsze wypatrywałem jej tam, gdzie nie sięgała nawet myśl. Szukałem jej po labiryntach najróżniejszych przestrzeni, które były i nadal są dla mnie nieznane. Nie widziałem więc z powodu dlaczego nie miałbym szukać jej tutaj. Szukałem Jej więc wpatrzony w drugi, bliski, ale jednak daleki brzeg rzeki.
Nie dochodziły mnie żadne odgłosy otoczenia. Było przerażająco cicho. Nawet rzeka płynęła przed siebie w absolutnym milczeniu.
Oparłem się o balustradę i zapatrzyłem w bystry nurt. Nie przestawałem jednak rzucać krótkich spojrzeń na przeciwległy brzeg mając wciąż nadzieję, że Ją zobaczę przynajmniej przez chwilę. I nagle...
Zobaczyłem Ją idącą w moją stronę. Moje serce aż podskoczyło z radości. Ona z każdym krokiem zbliżała się do mnie. Po chwili była już na wyciągnięcie ręki, ale ja bałem się wykonać najdrobniejszy ruch, aby przez przypadek nie spłoszyć tej magicznej i mistycznej chwili, która właśnie się rozgrywała. Tak długo o niej marzyłem, że nie mogłem sobie pozwolić na bezsensowną jej stratę. Nie mógłbym sobie tego wydarować.
Ona stała przy mnie bardzo blisko. Staliśmy twarzą w twarz wpatrzeni w swoje oczy. Były pełne łez.
Niby przez przypadek i niechcąco zetknęły się nasze dłonie. Jej dłoń była przerażająco zimna. Miałem wrażenie, że ten chłód zaczął spływać prosto w moje serce.
Moja dłoń także była chłodna, bardzo chłodna, wręcz nienormalnie chłodna. Jak balustrady grzebień.
Nie wiem, jak długo staliśmy bez słowa zapatrzeni w swe rozżalone oczy. Równie dobrze mogło to trwać minutę, jak i godzinę. Straciłem poczucie czasu. Nie słyszałem żadnej spadającej z zegara sekundy. Wokół panowała cisza. Tylko cisza. Tylko i aż cisza. Więcej jednak do szczęścia nie było mi potrzeba.
Dziękuję za tę chwilę. Nie zapomnę jej do końca życia.
Komentarze (2)
Myślę, że tak ważny rys w pamięci, życiu warto na spokojniej przeredagować. Jak się odleży.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania