Motyl na tanku

Jest rok 11 n. n. e. (nowej nowej ery, datowane od Rewolucji Światowej), rok 2121 starego czasu.

Kiedyś na miejscu Fabryki Figo Fago rósł sosnowy jawor. Był to jawor szumiący i zielony, wiosną obfitujący w dzikie róże. Ale, jak głosiło hasło Rządu Światowego, róże i krajobrazy nie napędzają fabryk. Toteż las zrównano z ziemią i na jego miejscu wybudowany przysadzisty szary budynek o zaledwie trzydziestu czteru piętrach.

A w budynku brzęk łańcuchów, stali, trybiki maszyn i koła zębate; a przy każdej maszynerii ludzie, którzy od rana do wieczora nie robili nic innego tylko klik, klik. Przestawienie dźwigni. Klik. Zwiększenie mocy turbiny. Klik. Klik.

Pomiędzy pracownikami przechadzał się Hieronim, główny zarządca wraz ze swoim asystentem.

- Trzysta czterdzieści osiem silników odrzutowych jednego dnia! - mówił, głosem omdlewającym z zachwytu - Do tego wykorzystaliśmy tylko czterysta dwieście jeden kilodżuli i siedemset dziesięć par rąk! Czy istnieje coś wspanialszego niż demon prędkości, Bruno?

- Nie istnieje - przyznał Mały Bruno (tak go nazywano z powodu wzrostu, który był wręcz karłowaty przy bykoidalnej posturze zarządcy).

- Otóż to! Najważniejszy jest postęp. Świat pragnie rewolucji. To tradycja hamuje wszelką zmianę, dlatego należy ją zniszczyć! - rzekł twardo i wskazał na długie rzędy klikających pracowników - Spójrz, jak te mróweczki pracują! Przyjemnie pomyśleć, że jest się społecznie użytecznym nawet po śmierci... Ale to dziwne, że mężczyźni nie użyźniają gleby bardziej niż te wstrętne, słabe kobiety, hm?

Mały Bruno skrzywił się.

- Wszyscy jesteśmy równi pod względem fizykochemicznym... Poza tym kobiety też są niezastąpione. No i nie wszystkie są wstrętne - zarządca spojrzał ostro, toteż Bruno dodał szybko - No, mam na myśli taką Helę. Tak pięknie się śmieje i gra na harfie...

- Hela jest niezła - zgodził się - Ma wydatne piersi i szerokie uda. Dobre do rodzenia dzieci. Wybieram się z nią na Święta Wielkanocy... Może zabierzesz się z nami?

Mały Bruno nie lubił tego święta. Ale przecież nie powie tego głośno i nie narazi się na pośmiewisko przed całym tłumem!

 

Gdy dzień pracy się skończył, nastała noc. Nad polami paneli fotowoltaicznych (kiedyś były to pola wrzosów) świecił księżyc w pełni jak wyszczerbiona blacha. Bruzdy-promienie rozchodziły się wokół tej pękniętej skorupy, trupiej twarzy wyłysiałej i upiornej. W jego świetle nowy świat wydawał się zjeżony, kościsty i szorstki.

- O, gdyby tak można było zabić światło księżyca! - wykrzyknął Hieronim z dzikim zapałem.

Wkrótce - gdy wyszli na drogę oświetloną latarniami - blask zniknął.

- Że też blask jednej latarni potrafi zgasić całą gwieździstość wiosennego nieba... - westchnął do siebie Mały Bruno.

 

Kolejnego dnia Bruno pisał sonet do Heli. Zajęło mu to cały ranek i całe popołudnie, ale gdy Hieronim po niego przyjechał, wiersz był już gotowy.

- Stary, ta bryka to prawdziwy demon prędkości! - zawołał podniecony do Bruna - Zaraz zresztą zobaczysz! O, czy istnieje coś piękniejszego niż rzęrzący samochód rozgrzany do czerwoności? Nawet Nike z Samotraki przy tym blednie!

Była to straszna jazda. Kierowca na zakrętach wzdychał z rozkoszy i czasami nawet z paszczy ciekła mu ślina. Mały Bruno cieszył się, że usiadł na tylnym siedzeniu.

Wreszcie dojechali do domu Heli. Wyszła do nich, kołysząc biodrami, w obcisłej czerwonej sukience. Bruno zdębiał, gdy Hieronim otworzył przed nią drzwi i dał jej klapsa. Hela zaniosła się rozanielonym chichotem.

- Traktuje ją jak mięso - mruknął do siebie Mały Bruno - Ale najgorsze jest to, że ona samą siebie tak traktuje.

I potargał swój piękny sonet.

 

Święta Wielkanocy obchodzono z wielkim rozmachem. Odbywały się one na Stadionie Międzynarodowym, gdzie specjalnie sprowadzono klatki z dzikimi zwierzętami: jaguarami i panterami. Drzewa szumiały rozgłośnie, bardzej przejmująco. Może to żal Matki Natury za uwięzionym stworzeniem? Żal, że uczyniono mu z krótkiego żywota takie oto piekło, że wtrącono piękno i dzikość w twardą celę i tłumami wyśmiewano się z bezsilnego jeńca? 1

Jakieś dziecko zapłakało, spojrzawszy w oczy pantery. Poczuło się tylko smacznym kęskiem. Lecz tatuś uspokoił je:

- Nie martw się, mały, ona nic nam nie zrobi! To my jesteśmy górą.

I dźgnął panterę w łapę swoją laską. Odwróciła głowę ze wzgardą, jaka należy się temu najbardziej okrutnemu ze stworzeń - człowiekowi.

Dziecina roześmiała się przez łzy i już się nie trwożyła.

- Patrzcie, patrzcie! - zawołała Hela z euforią - Jakie wielkie ognisko tam płonie! Podobno znaleziono u jakiegoś starca całe regały książek: głównie dzieła Szekspira i Mickiewicza. Dziad został, ma się rozumieć, zgilotynowany, a książki zabrano tutaj.

Hieronim splunął i rzekł sentencjonalnie:

- Jedyną drogą do nowego świata jest wyrzeczenie się tradycji, historii i kultury! Ci cholerni konserwatyści!

I machnął ręką.

A wyglądało to tak, jakby jakąś niewidzialną miotełką zmiótł resztki kurzu, a ów kurz to była Harappa, to był starożytny Egipt; zmieciona pajęczyna, a ta pajęczyna to Teby, Babilon, i Mykeny. Szur - i znikają resztki starożytnego kurzu zwanego Ateny i Rzym. Szur, szur. I już puste miejsce po Italii.2

Ognisko płonęło na środku stadionu. Wokół niego zgromadził się tłum, który wrzeszczał i wygrażał pięściami. Facet, który stał przy ognisku, przemawiał płomiennie:

- Nie wybitnych jednostek nam potrzeba, ale ogólnego poziomu! Dalej, szare masy, spalmy książki, obrazy, instrumenty! Rzeczywiście są nam potrzebne... jak motyl na tanku!

- Proszę nie zapominać o kredkach i stołach do brydża – rzekł ktoś z tłumu uprzejmie.

- Ach, tak dziękuję... - ukłonił się, po czym znów zaczął wrzeszczeć - Dalej, ludu świata! Rewolucja jest w marszu! Maszerujmy!

Wychylił się przez barierkę i ryczał, wymachując pięścią:

- Maszerujmy, ludu! Maszerujmy!

Lud zaczął maszerować. Słychać było tylko rytmiczne uderzenia tysięcy stóp: TUP, TUP, TUP, TUP. Jacyś mężczyźni zaczęli okładać się po ryjach (nie twarzach), a tłum dopingował i ryczał. Mały Bruno szukał Hieronima, ale i on rzucił się w wir walki.

- Pokój! Pokój! - wrzasnął Mały Bruno.

Lecz w straszliwym gwarze nikt nie dosłyszał tego słowa. Jak nurkowie w morzu nienawiści rzucali się w plątaninie własnych ciał, huśtając przy tym i nakładając ryje. Obijali się o siebie i ocierali (spoceni i lepcy) w gorączkowym, bydlęcym szale. Zdzierali z siebie ubrania, darli na strzępy i wrzucali do ogniska. Jaguary i pantery wcisnęły się w kąty swoich klatek i patrzyły wielkimi oczami, co wyprawiają ludzie...

Bruno wyślizgnął się z tego dzikiego kłębowiska i biegł na oślep, daleko od nich wszystkich; ogniska, stadionu i tłumów. Wreszcie potknął się o korzeń i jak długi legł na ziemię. Był w lesie. Już trwały w nim pracę nad wykarczowaniem. Kwiaty powiędły, a drzewa straciły liście; Bruno usiadł pod jednym z nich, czarnym i kalekim, po czym zerwał ryj i rozejrzał się po nowym świecie.

Księżyc był w trupiej, wyszczerbionej pełni, a gwiazdy świeciły jasno. Mały Bruno miał wrażenie, że patrzy w nocne niebo po raz pierwszy w życiu. Dotąd było ono dlań, mimo wszelkich wiadomości, dwuwymiarową płaszczyzną pokrytą mniej lub więcej świecącymi punktami. Teraz przestrzeń rozszerzyła się o 3. wymiar. Nad wapienną wieżą Kanopusu jak latawiec powiewa ognisty Feniks, a na jego ogonie zdziczały Achernar. Zestarzały Koziorożec niknie w błękitnej poświacie Jowisza, który trzyma nad nim straż z ołowiano-sinawym Saturnem. Mały Obłok Magellana świeci spokojnym, rozedrganym światłem, a ciemny zrąb jego grani odcina się wyraźnie na tle Węża Wodnego, który śliską piersią dotyka się kosmicznego zioła.

Bruno, patrząc w gwiazdy, doznawał zawrotu głowy. Ze zdwojoną siłą poczuł bezmiar wieczności, który wisiał nad nimi w swej straszliwej harmonii, w straszliwej muzyce sfer. Poczuł się nic nieznaczącą małą kropelką w wielkim oceanie wszechświata, którą był z punktu widzenia wieczności. Jakież znaczenie ma jego krótkie, ludzkie życie wobec całego ogromu galaktyk, planet i gwiazd? Mimo wszystko w tym poczuciu beznadziejności była jakaś bolesna rozkosz, której Bruno nie potrafił wyjaśnić.

- Czy kiedyś jeszcze usłyszę głos planet, których nie ma? - wyszeptał do siebie.

Lecz wtedy lampa, która stała przy drodze błysnęła - i całe niebo zgasło.

A Mały Bruno wybuchnął żałosnym i zwierzęcym bekiem

z żalu za dawną ziemią,

rajem utraconym...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Trzy Cztery 4 miesiące temu
    Świetne!
  • Marek Adam Grabowski 4 miesiące temu
    Fabuła ciekawa, a zakończenie wzruszające. Gorzej z samym twoim piórem. Niektóre zdania czyta się topornie. Pozdrawiam!
  • Bajkopisarz 4 miesiące temu
    „czterysta dwieście jeden”
    Na pewno tyle? 😉
    „niż rzęrzący samochód”
    Rzężący
    „się temu najbardziej okrutnemu ze stworzeń - człowiekowi.
    Dziecina roześmiała się przez łzy i już się”
    3 x się
    „się o 3. wymiar.”
    Cyfry słownie
    „latawiec powiewa ognisty”
    Niepotrzebna zmiana czasu, lepiej zostać przy przeszłym

    „który śliską piersią dotyka się”
    Się zbędne

    Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Znaczy się, kiedyś Bruno miał raj, ale go utracił i teraz płacze. Albo nie miał go nigdy, lecz nagle do głowy przyszły mu sentymentalne rozważania i pomyślał, że kiedyś to musiało być fajnie. I słusznie pomyślał. Pytanie tylko, kiedy było fajnie? Przed nową nową erą, a może jeszcze wcześniej? Może pięćset lat temu, może tysiąc a może pięć tysięcy? Kiedy właściwie było fajnie? Kiedy był ten raj na ziemi?
    Znów bardzo dobre opowiadanie.
  • Narrator 4 miesiące temu
    Niezłe pisanie, lecz tematyka mnie nie wciąga. Jakaś bajka, w której nic się nie trzyma kupy. Do tego błędy w detalach. Na przykład:
    „A w budynku brzęk łańcuchów, stali, trybiki maszyn i koła zębate;”
    Stal, jako materiał, nie brzęczy. Dźwięk wydają przedmioty wykonane ze stali: stalowe łańcuchy, koła zębate, itp.:
    „A w budynku brzęk stalowych łańcuchów, trybiki maszyn i koła zębate;”

    Jak na konkurs, wymaga jeszcze trochę pracy.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania