Motyle
Łąka.
Każdy potrafi wyobrazić sobie jej urok, gdy zamknie oczy. Błękitne niebo łączy się z zielenią trawy, którą zdobią czerwone, białe, żółte i niebieskie kwiaty. Wszystko pachnie i tętni życiem. Przypominasz sobie dziecięce lata? Wakacje na wsi albo weekendowe wyjazdy za miasto. Beztroskę i niewinność, gdy goniło się za wiatrem i szukało koników polnych w trawie. Czuć naturę, wolność, radość i przesyt życia, a gdzieś w tle słychać brzęczenie pszczół, dzięki którym ten cudowny obraz ma prawo istnieć.
Polne owady mają w sobie urok — kojarzą się z ciepłem, młodością i energią. Z odrodzeniem i początkiem, bo to dzięki nim krajobraz tętni życiem. Nad delikatnie falującą taflą jeziora latają komary, odbijają się w wodzie i nikną na tle błękitu. Pszczoły zbierają nektar do ula, z którego wkrótce popłynie złoty, słodki miód. Koniki polne grają w trawie, biedronki siadają na dłoniach, by po chwili odlecieć wraz z wypowiedzianym życzeniem, a wszystkiemu temu przyglądają się nieme motyle.
Motyl.
Nigdy nie pomyślimy o nim jako o brzydkim stworzeniu niszczącym aurę przyrody. Wręcz przeciwnie — to symbol piękna, najwyższego stopnia delikatności i uroku. To larwa, która przeszła przemianę i stała się najcudowniejszym z owadów: łagodnym, ulotnym, niemal nikłym. Nie bez powodu Indianie wierzyli, że bogowie zesłali motyle, by pokazać ludziom, czym jest piękno. Nie bez przyczyny Psyche była przedstawiana jako kobieta o skrzydłach motyla.
Każdy chciałby być jak motyl.
Niektórzy — bardziej.
Szkoła to budynek, ale szkoła to także ludzie. Różni ludzie, których jakaś siła zmusiła do przebywania razem w tym samym miejscu i czasie. Tu obraz się zmienia — wiosenne kolory zieleni i żółci ustępują szarości i mrokowi. Smutne ściany, migoczące jarzeniówki i tablice korkowe stanowią cały urok tego miejsca.
A jednak świeci tam jedna gwiazda. Jedna, piękna, błyszcząca najjaśniej. Idealna w każdej odsłonie: gdy wchodzi do budynku, gdy ćwiczy na WF-ie, gdy podchodzi do tablicy, gdy pije wodę, gdy przemawia do koleżanek słuchających jej z zapartym tchem.
Jej twarzy nie zdobi makijaż — nie potrzebuje go. Nosi urocze sweterki i spódniczki eksponujące zgrabne nogi. Włosy lśnią i falują przy każdym ruchu. To ktoś, na kogo każdy chce patrzeć. Ktoś godny uwagi. Najdoskonalsza imitacja motyla.
A w tle siedzi inna dziewczyna. Cicho wzdycha, przygryza policzek do krwi. W za dużej bluzie i spranych dżinsach chowa się, by nikt jej nie zauważył. By nikt znów nie wyśmiał. Z ukrycia obserwuje obiekt westchnień i marzy, by stać się taka sama. By dołączyć do panteonu pięknych, który tworzy tamta ze swoimi przyjaciółkami.
Dotąd była niewystarczająca. Ignorowały ją, czasem śmiały się, że nie umie się ubrać, że jest bezguściem, grubą, biedną i bez przyszłości. Znosiła to latami. Początkowo próbowała walczyć, lecz była zbyt słaba wobec bezlitosnych koleżanek.
Aż pewnego dnia postanowiła, że wszystko się zmieni.
Nikt więcej nie spojrzy na nią z ukosa, gdy będzie jeść kanapki przygotowane przez mamę. Nie usłyszy pomruków podczas przebierania się na WF-ie. To miał być nowy początek.
Chudość wymaga dyscypliny.
Nauczyła się tego. Wstawała o piątej, trenowała, przygotowywała się do szkoły, brała udział w lekcjach.
Chudość wymaga motywacji.
Przez osiem godzin dziennie obserwowała koleżanki, które zaczęły dostrzegać zmiany w jej wyglądzie.
Chudość wymaga czasu.
Dawała go sobie. Codziennie patrzyła w lustro i skrupulatnie notowała spadek wagi w zeszycie.
Chudość wymaga uników.
Rodzice nie zauważyli zapominanych śniadań, obiadów jedzonych samotnie w pokoju i kolacji, na które nigdy nie schodziła.
Chudość wymaga kłamstw.
Nie jestem głodna. Jadłam w domu. Boli mnie ząb. Nie lubię nabiału. Od cukru mam brzydką cerę.
Brzuch burczał z głodu, ale czuła satysfakcję — była coraz bliżej celu.
Bo bycie chudą i nienajedzoną oznaczało siłę woli.
Tylko że cel stał się obsesją. Karmelowa skóra przybrała bladoszary odcień szkolnych ścian. Ulubiona pizza stała się wrogiem, a na widok czekolady chciało się płakać. Włosy przestały lśnić, zaczęły wypadać. Twarz wymagała makijażu, by ukryć sińce i wypryski. Wspólne pieczenie ciasteczek z mamą odeszło w zapomnienie.
A mimo to walczyła dalej.
Zyskała znajomych — w końcu wpasowała się wagą. Za pieniądze niewydane na jedzenie kupowała modne ubrania. Do szkoły przynosiła tylko wodę i gumy do żucia. Wiedziała, że trzy jabłka to jeden baton. Że pusty żołądek to czyste sumienie. Że tłuszcz zostaje dłużej niż smak. Że kiedyś sobie podziękuje.
Marzenie zmieniło się w samodestrukcję. Dyscyplina — w paranoję. Cel brzmiał coraz ciszej, lecz uparcie: jeszcze tylko dwa kilogramy.
Dziewczyna stała się motylem.
Ale nie zamieszkała na łące pełnej kolorów i zapachów.
Odfrunęła.
Komentarze (2)
ale, ale zawsze mogę poogladać fotografie wziętych kobiet - moją kolekcję motyli
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania