Motyw labiryntu

Opowiadanie jest dosyć długie, ale będę niezmiernie wdzięczny za przeczytanie całości i komentarz ;)

Udało mi się dotrzeć do Biblioteki dwadzieścia minut przed zamknięciem. Przez chwilę stałem oparty o ogromne, pokryte patyną drzwi, próbując uspokoić oddech. Przerażała mnie sama myśl, że musiałbym znaleźć miejsce w hotelu i przyjść następnego dnia rano. Nie po tylu latach poszukiwań. I nie po tym, co tutaj zobaczyłem. Nigdy wcześniej nie byłem w tym mieście, ale jadąc tramwajem z dworca do Biblioteki miałem szansę poczuć jego nietypową atmosferę. Wszystko było pokryte dziwnym szarozielonym nalotem przypominającym kurz, który zbiera się na zapomnianych woluminach. Ludzie tłoczący się na wąskich i krętych uliczkach zlewali się w jedną popielatą masę. Poruszali się powoli, ociężale, jakby wszyscy cierpieli na zapalenie stawów. Miałem wrażenie, że w każdej chwili mogą rozpaść się w kupkę pyłu. Na drugim przystanku do tramwaju weszła kobieta i zajęła wolne miejsce obok mnie. Po chwili wyjęła z torby książkę i położyła ją na kolanach, żeby postawić torbę na ziemi. Spojrzałem ukradkiem na tytuł. Był to napisany przez nieznanego autora dramat w trzech aktach, tytułu wolę tu nie przytaczać. Od razu przypomniałem sobie koszmarne sceny z drugiego aktu, które przez kilka miesięcy nie pozwalały mi zasnąć. Skierowałem wzrok za okno. Przy książce, którą miałem nadzieję tu zdobyć, nawet dzieła największych dekadentów to bajki dla dzieci. Przytłaczającą większość mijanych przez tramwaj budynków stanowiły księgarnie, biblioteki i antykwariaty. Jeśli mój kontakt mówił prawdę, sprzedawano w nich najbardziej przerażające i bluźniercze książki, jakie kiedykolwiek zostały napisane. Niektóre z nich istniały tylko w pojedynczych egzemplarzach. Tak jak ta, której szukałem.

Biblioteka była największym budynkiem w mieście. Zobaczyłem szczyt ogromnej kopuły przykrywającej jej nieprzebrane zasoby zaraz po wyjściu z dworca. Z trudem otworzyłem wiekowe drzwi i wszedłem do środka. Wnętrze Biblioteki tonęło w ciemnościach, mimo to czułem, jak przytłacza mnie swoim ogromem. Jedynym źródłem światła była lampa na biurku bibliotekarza. Ruszyłem natychmiast w jej kierunku. Przy biurku siedział starszy mężczyzna, zajęty wypełnianiem jakiegoś formularza. Głębokie zmarszczki rzeźbiły w jego twarzy tysiące korytarzy. Na wielkim haczykowatym nosie miał okrągłe okulary bez oprawek. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie zauważył mojej obecności. Kiedy powiedziałem mu, jaki tytuł mnie interesuje, podniósł wzrok znad biurka i spojrzał mi prosto w oczy, jakby chciał sprawdzić, czy go nie okłamuję.

– Dlaczego interesuje pana ta pozycja? – Miał dziwnie zgrzytający głos, jakby nie używał go od stu lat.

– Piszę pracę o mitologii porównawczej. Potrzebuję jej tylko na dwa, trzy dni – odpowiedziałem

Bibliotekarz przeniósł wzrok na formularz i zaczął znowu go wypełniać. Przez jakiś czas milczeliśmy. Wiedziałem, że mężczyzna nad czymś się zastanawia. Jeśli nie pozwoli mi wypożyczyć tej książki, będę musiał spróbować innych metod. Po chwili jednak okazało się, że niepotrzebnie się martwiłem. Bibliotekarz wyjął spod biurka lampę naftową, zapalił ją, i powiedział, żebym poszedł za nim. Mijaliśmy dziesiątki, jeśli nie setki półek z książkami, których szczyty ginęły w mroku. Światło lampy było za słabe, żebym mógł zobaczyć, obok jakich działów przechodziliśmy. W końcu bibliotekarz zatrzymał się i oświetlił wejście do jednego z nich.

– Dalej będzie pan musiał iść sam – powiedział swoim skrzypiącym głosem. – Dział K12, regał czterdzieści siedem. Ja muszę wypełnić jeszcze kilka dokumentów przed zamknięciem.

Z jakiegoś powodu te słowa wywołały we mnie nieokreślony niepokój. Miałem nadzieję, że bibliotekarz trzymał lampę na tyle nisko, iż nie zauważył reakcji na mojej twarzy. Wziąłem od niego lampę i wszedłem między regały z książkami. Przed pierwszym zakrętem odwróciłem się i spojrzałem w kierunku wejścia. Zobaczyłem niewyraźną sylwetkę starca, który wciąż stał tam, gdzie wcześniej, jakby oczekiwał, że w ostatniej chwili mogę zmienić zdanie. Potem wszedłem w zakręt i bibliotekarz zniknął mi z oczu.

Przez pewien czas szedłem wąskim i krętym korytarzem, od którego jak dotąd nie odchodziły żadne odnogi. Skierowałem światło lampy na jedną z półek. Metalowa blaszka przymocowana do niej na wysokości oczu poinformowała mnie, że znajduję się w dziale K10. Na półce stały tytuły, za których kopiowanie kilkaset lat temu ludzie płonęli na stosach. W całej bibliotece musiały być ich setki tysięcy.

W końcu dotarłem do miejsca, w którym od głównego korytarza odchodziły po kątem prostym dwie odnogi. Wszedłem w tę prowadzącą do działu K12. Podniosłem lampę trochę wyżej, żeby widzieć numery półek. Jadąc tramwajem do Biblioteki, zastanawiałem się, co poczuję, kiedy końcu znajdę to, czego od tak dawna szukałem. Z każdym kolejnym krokiem czułem, jak rośnie we mnie odraza do tego miejsca i do książki, którą miałem nadzieję tutaj znaleźć. Wtedy usłyszałem za sobą jakiś dźwięk. Usłyszałem go dokładnie za moimi plecami, mógł więc dochodzić tylko z działu K11. Czy ktoś jeszcze jest w Bibliotece? Dopiero teraz zacząłem zastanawiać się, ile czasu minęło, odkąd rozstałem się z bibliotekarzem. Dwadzieścia minut? Przyspieszyłem kroku, żeby jak najszybciej znaleźć książkę i móc w końcu wynieść się z tego chorego miejsca. Zatrzymałem się przy regale oznaczonym numerem czterdzieści siedem i zacząłem przesuwać światło lampy wzdłuż półek, zaczynając od najniższej. Tytuły były ustawione w przypadkowej kolejności, przynajmniej tak mi się wydawało. Kiedy sprawdziłem wszystkie półki, które mogłem dosięgnąć z ziemi, skorzystałem z drabiny na suwaku, żeby wejść wyżej. W przedostatnim rzędzie brakowało jednej książki. Sprawdziłem najwyższą półkę, ale nie znalazłem tego, czego szukałem. Zszedłem na dół i cofnąłem się do rozwidlenia. Jeśli ktoś jest w dziale K11, to może wie, gdzie jest brakująca książka. Zrobiłem kilka kroków, zanim zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Wcześniej byłem pewny, że wejście do działu K12 znajduje się po prawej stronie. Teraz po mojej lewej stronie ciągnął się regał z książkami. Mimo to ruszyłem przed siebie, tam, gdzie powinien znajdować się dział K11. Światło lampy padło na kulkę z papieru leżącą na ziemi. Papier był pożółkły ze starości i prawdopodobnie pochodził z jednej z książek. Kilka kroków dalej natknąłem się na kolejną kulkę, potem na następną. Wyglądało to tak, jakby ktoś bał się, że może nie znaleźć drogi powrotnej. Po pewnym czasie dotarłem do kolejnego rozwidlenia. Postanowiłem kierować się śladem kulek z papieru.

Może dziwnie to zabrzmi, ale nie mogę sobie przypomnieć, co dokładnie działo się od tego momentu, aż do czasu, kiedy znalazłem ciało. Czułem się tak, jakbym oddychał przez foliową torebkę. Korytarze zaczęły pulsować i wić się we wszystkie strony jak stado węży. Nawet pojawiające się coraz częściej plamy zaschniętej krwi nie mogły wyrwać mnie z tego dziwnego transu. Obudził mnie dopiero widok zwłok opartych o jedną z półek. Kiedy podszedłem bliżej, odniosłem wrażenie, że w całym ciele nie może znajdować się nawet jednak kropla wody. Skóra trupa była całkowicie wysuszona, jakby coś wyssało z niego wszystkie życiodajne elementy i zostawiło samą powłokę. Trup trzymał w prawej dłoni zgniecioną kartkę. Udało mi się ją wyciągnąć nie dotykając jego wysuszonej skóry. Na kartce znajdowały się tylko dwa słowa: „Wydostał się”.

Spojrzałem w kierunku, z którego przyszedłem i nagle poczułem, jak robi mi się zimno. Do tej pory nie dopuszczałem do siebie myśli, że nie wiem, jak wrócić do wyjścia. Teraz prawda na chwilę odebrała mi władzę w nogach. Wracanie po śladach zostawionych przez leżącego obok mnie trupa nie miało sensu. Doskonale wiedziałem, że teraz prowadzą donikąd. Te dwa słowa sprawiły, że zrozumiałem moją obecną sytuację. Zostałem złożony w ofierze.

Jak już wspominałem, zajmuję się mitologią porównawczą. W szczególności interesuje mnie motyw labiryntu, pojawiający się już w najstarszych mitach, jakie do tej pory udało nam się odkryć. Zaczęło się w momencie, kiedy postanowiłem zostać na uczelni i napisać doktorat. Odtąd labirynty zawładnęły moim życiem. W końcu w jednym z nich, nie pamiętam którym, przepadły moja rodzina i życie osobiste. Mimo to wcale nie miałem ochoty ich odnaleźć i szukać drogi do wyjścia.

W książce, którą miałem nadzieję tu znaleźć, znajdował się jeden z pierwszych znanych nam mitów, w którym pojawia się motyw labiryntu. Niewiele wiadomo na temat jego treści. W trakcie wieloletnich badań znalazłem o nim tylko niewyraźne wzmianki w dwóch książkach poświęconych hermetyzmowi, jednej z szóstego, drugiej z dziewiątego wieku. Pojawia się w nim postać o imieniu Andron. Najprawdopodobniej był uważany za kogoś w rodzaju półboga, ponieważ pochodził z ziemskiej matki i boskiego ojca. Z niewiadomych powodów został wygnany z boskiego panteonu i zmuszony do prowadzenia dosyć nietypowego trybu życia. Może on bowiem funkcjonować tylko w miejscach przypominających labirynty. Potrafi sprawić, że korytarze tracą swój początek i koniec, od dawna upragniony cel staje się niewyraźny, traci kształt. Podobnie jak grecki Minotaur, Andron potrzebuje ofiar, z których może czerpać siły do życia. Jeśli nie może zwabić w swoją pułapkę wystarczającej ilości pożywienia, zarzuca swoje sieci coraz dalej.

Długo wpatrywałem się w wiadomość, którą znalazłem przy wysuszonych zwłokach. Myślałem o rozmowie z bibliotekarzem. I o wszystkich księgarniach, bibliotekach, antykwariatach i krętych uliczkach, które minąłem po drodze do Biblioteki.

Z odrętwienia wyrwał mnie odgłos zbliżających się kroków. Musiałem słyszeć je już od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz przebiły się do mojej świadomości. Przez chwilę nasłuchiwałem, żeby określić kierunek, z którego pochodzą. Starając się robić jak najmniej hałasu, zacząłem iść w przeciwną stronę. Z czasem nabrałem pewności i przyspieszyłem. Korytarz ciągnął się przez setki metrów bez żadnych rozgałęzień. Wtedy poczułem na twarzy powiew wiatru. Korytarz wypełnił się lekkim szumem. Zdążyłem zasłonić lampę klapą kurtki. Na końcu korytarza musiało znajdować się przejście do innego pomieszczenia. Przejście, które ktoś właśnie otworzył. Nagle podłoga zaczęła wibrować w pulsującym rytmie. Chwilę później przez szum przebiło się narastające dudnienie. Rzuciłem się biegiem przez korytarz, starając się nie potknąć o książki, które pod wpływem wibracji spadały z półek. Wiatr przybierał na sile. W oddali zobaczyłem nikłą poświatę wydobywającą się z przejścia. Miałem wrażenie, że źródło dudnienia znajduje się tuż za mną. Nie znalazłem w sobie odwagi żeby się obrócić. Upuściłem lampę, która od tej pory tylko przeszkadzałaby mi w biegu. Światło było tak silne, że widziałem dokładnie cały korytarz. Każde uderzenie serca zalewało moją klatkę piersiową falą bólu. Byłem już tak blisko, że widziałem białą posadzkę znajdującą się za drzwiami. Miałem wrażenie, że czuję na plecach czyjś ciepły oddech. Dopiero teraz zauważyłem, że korytarz zmienił swój wygląd. Zamiast półek z książkami po obu stronach ciągnęły się białe ściany. Wtedy wbiegłem w przejście i znalazłem się w białym gabinecie.

Przy biurku siedział starszy mężczyzna, zajęty wypełnianiem jakiegoś formularza. Głębokie zmarszczki rzeźbiły w jego twarzy tysiące korytarzy. Na wielkim haczykowatym nosie miał okrągłe okulary bez oprawek. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie zauważył mojej obecności. W końcu usłyszał mój ciężki oddech i podniósł wzrok znad biurka.

– Niepotrzebnie się pan spieszył. – powiedział zgrzytającym głosem. – Umawialiśmy się dopiero na czternastą trzydzieści.

Spojrzałem na zegar wiszący nad biurkiem. Czternasta dziesięć.

– Proszę jeszcze chwilę poczekać, zaraz pana zawołam.

Wyszedłem do poczekalni i usiadłem na wolnym miejscu naprzeciwko gabinetu. Na drzwiach znajdowała się plakietka z nazwiskiem psychoterapeuty. Psycholog, z którym rozmawiałem po „wypadku” stwierdził, że potrzebuję przynajmniej kilku sesji, żeby oswoić się ze stratą. Kilka osób rzuciło mi ukradkowe spojrzenia. Przesiąknięte potem ubranie lepiło mi się do ciała. Kiedy rozpiąłem kurtkę, zauważyłem, że moja lewa ręka jest zawieszona na temblaku. Poparzenie drugiego stopnia. Nie spodziewałem się, że eksplozja będzie taka gwałtowna. Na razie policja podejrzewa wybuch gazu, jednak nie minie wiele czasu, zanim stanę się głównym podejrzanym. Przez całą długość gipsu ciągnął się napisany wielkimi literami dziewięciocyfrowy numer. Wstałem i poszedłem na koniec korytarza, gdzie nie siedzieli ludzie. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i wybrałem numer. Po drugim sygnale odezwał się głos.

– Właśnie miałem do ciebie zadzwonić. Chyba znalazłem miejsce, którego szukałeś. To dosłownie kilka godzin drogi stąd. Jeśli się pospieszysz, może jeszcze zdążysz przed zamknięciem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Bajkopisarz miesiąc temu
    „ale jadąc tramwajem z dworca do Biblioteki”
    Skoro się tak spieszył, czemu tramwajem a nie taksówką? 😊
    „– Dlaczego interesuje pana ta pozycja? – miał dziwnie zgrzytający głos, jakby nie używał go od stu lat.
    – Piszę pracę o mitologii porównawczej. Potrzebuję jej tylko na dwa, trzy dni. – odpowiedziałem”
    Zasady pisania dialogów do sprawdenia
    – Dlaczego interesuje pana ta pozycja? – Miał dziwnie zgrzytający głos, jakby nie używał go od stu lat.
    – Piszę pracę o mitologii porównawczej. Potrzebuję jej tylko na dwa, trzy dni – odpowiedziałem
    Miał – to nie dotyczy bezpośrednio sposobu wypowiedzi
    Przed odpowiedziałem nie powinno być kropki
    „się nie odzywał. Wiedziałem, że mężczyzna nad czymś się zastanawia. Jeśli nie uda mi się wypożyczyć tej książki, będę musiał spróbować innych metod. Po chwili jednak okazało się, że niepotrzebnie się”
    5 x się
    „białą kulkę z papieru leżącą na ziemi. Papier był pożółkły”
    No to biały czy pożółkły? Niestety te dwie informacje trochę sobie przeczą
    „wybuch będzie taki gwałtowny. Na razie policja podejrzewa wybuch”
    2 x wybuch

    Całkiem niezłe. Motyw labiryntu rzeczywiście zgrabnie podany i opisany, a nawet bym powiedział, ze lekki niedosyt bo można było jeszcze trochę zagmatwać, ja bym dał więcej z treści zapisanych na porozrzucanych kulkach papieru 😊
    Końcówka już bardzo tajemnicza, wiele interpretacji pasuje, czy się cofnął w czasie, czy przeciwnie, znalazł w przyszłości, czy może miał urojenie w trakcie oczekiwania. A może to zanik pamięci krótkotrwałej? Wszystko można podstawić i to jest plus.
  • Mr. Dreadful miesiąc temu
    Bardzo dziękuję za komentarz. Skąd wiesz, czy w tym mieście jeżdżą taksówki? ;)
  • Bajkopisarz miesiąc temu
    Mr. Dreadful Gdyby nie jeździły, byłaby to anomalia godna odnotowania i narrator by o tym poinformował :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania