Poprzednie części: Może dzisiaj
może dzisiaj
mogę o tobie napisać wiersz
może jesteś teraz w pracy i rozliczają cię z każdej sekundy
a mój czas zatrzymał się na poduszce i schował pod koc
jak kot zwinął w kłębek aby nikt go nie zobaczył
czas wstydzi się nowych osób
znów musi wytłumaczyć dlaczego za dwadzieścia lat
będziesz inny i inni też będą inaczej
może będziesz chory albo umrzesz bo nadszedł czas
a on wciąż siedzi pod kocem
mruczy
Nie ma nas
Komentarze (239)
Wyprowadził Cię z równowagi z pewnością (nie mówię że nie zasłużył)
Mam taką książkę "pierdol to" nie jest to arcydzieło ale warto przeczytać, pomaga z emocjami.
W zasadzie to prawie to samo co "przebudzenie" de mello tylko inaczej. Nie wiem jak traktujesz tego rodzaju pozycję, rozumiem jeśli Cię to wkurwia albo śmieszy, ale....
jeśli mimo ewentualnej niechęci jest szansa że poprawi Ci to komfort życia (cokolwiek przez to rozumiem ja czy Ty) chociaż odrobinę, a poprawi, to warto się poświęcić.
Zdecydowanie lepszy dla mnie jest de mello jeśli naprawdę zastanawiasz się nad sensem treści.
I powtarzam, jesteś wartościową, interesującą, oryginalną kobietą a twoje potrzeby są ważne i masz nie tylko prawo ale nawet musisz je wyrażać, chodzi mi szczerze o Twój komfort życia
nie sięgnę po tę książkę
kartki pachnące kurzem i obietnicami
które dawno przestały mnie dotyczyć
siedzę przy oknie
słońce odbija się w kieliszku wody
i myślę o tym, jak mało znaczą słowa,
których nie chcę już rozumieć
przewracam wzrokiem korytarz półek
gdzie inne historie czekają cierpliwie
nie będę ich torturować moją uwagą
ta książka zostaje w ciszy
tak jak liście, które opadły wczoraj
i nikt nie zapamięta ich koloru
w ustach wciąż smak czekolady i porannej kawy
w rękach kubek gorącej wody
mogę nie wiedzieć, co było napisane
ale wiem, że nie teraz
nie dziś
nie dla mnie
Stoję jeszcze chwilę przy stole, jakby coś miało się samo wydarzyć, jak w filmach kiedy bohater nic nie robi, a życie przychodzi i puka, ale w kuchni jest tylko zegar i pies który wzdycha przez sen, jakby miał ważniejsze sprawy niż moje.
Otwieram szafkę nad zlewem, stoi tam butelka wódki, trochę zapomniana, trochę jak gość który przyszedł dawno temu i nikt nie powiedział mu że może już iść.
Patrzę na nią chwilę, zastanawiam się czy to jest jeden z tych momentów kiedy człowiek powinien się napić, czy jeden z tych kiedy właśnie nie powinien.
Wódka jest dziwnym lekarstwem najpierw robi miejsce w głowie a potem zabiera z niej meble.
Nalewam trochę do małej szklanki, takiej od herbaty z czasów kiedy córka była mała i wszystko było mniejsze, kubki, buty, problemy, przez chwilę tylko patrzę jak przezroczysta stoi na stole, spokojna, niewinna, jakby nic o świecie nie wiedziała.
Pies otwiera jedno oko, patrzy na mnie, tym swoim spokojnym spojrzeniem starego filozofa
— no co — mówię do niego cicho
— nie patrz tak
on zamyka oko z powrotem jakby uznał, że ludzie i tak zrobią swoje.
Unoszę szklankę, wącham, pachnie zimą
stołem po którym ktoś przesuwał talerze
i trochę samotnością.
Wydaje mi się, że to śmieszne jak człowiek całe życie próbuje być rozsądny a potem stoi w kuchni o jakiejś dziwnej godzinie, rozmawia z psem i negocjuje z małą szklanką wódki.
Biorę łyk, mały, tylko żeby sprawdzić czy świat od tego trochę się przesunie.
Przez chwilę w gardle robi się ciepło, takie proste, prawie uczciwe.
Siadam przy stole i nagle dociera do mnie, że mieszkanie jest ogromne, kiedy ktoś nie przyjedzie na święta. Cisza rozkłada się po pokojach jak kot który znalazł dobre miejsce,
Pies znowu przechodzi korytarzem, stukanie pazurów, znajomy rytm życia, a ja siedzę przy stole z tą małą szklanką i myślę, że może dorosłość polega właśnie na tym, że człowiek uczy się jak siedzieć w ciszy i nie rozpadać się od niej od razu.
Biorę jeszcze jeden łyk, tym razem większy, gardło na chwilę robi się gorące, jakby ktoś zapalił małą lampkę w środku.
Odstawiam szklankę, palcem obracam butelkę
etykieta przesuwa się powoli, litery trochę się świecą w kuchennym świetle.
Czytam je bez sensu, tak jak czyta się instrukcję pralki, albo skład margaryny - zawartość, objętość, procenty. Tyle tekstu, żeby powiedzieć jedną prostą rzecz, że to jest alkohol i nagle myślę, że tekst w ogóle zrobił się ostatnio podejrzany, wszędzie obraz, dźwięk, miganie.
telewizor krzyczy
telefon świeci
ktoś coś pokazuje
ktoś coś tłumaczy
ale nikt już właściwie nie czyta
litery stoją spokojnie
a świat woli rzeczy które się ruszają
może dlatego wojna też jest teraz obrazem
dym nad miastem
mapa z czerwonymi strzałkami
ktoś mówi coś poważnym głosem
a kiedy wyłączysz ekran
zostaje tylko cisza
i kilka zwykłych słów
które nagle nie mają gdzie iść
patrzę na etykietę jeszcze chwilę
małe czarne litery
ustawione grzecznie
jedna obok drugiej
jak dzieci w szkolnym korytarzu
i myślę
że kiedyś wierzyłam
że tekst potrafi zatrzymać świat
że zdanie może być jak ręka
która łapie coś zanim spadnie
teraz zdania stoją trochę z boku
jak starzy ludzie na przystanku
wszyscy przechodzą obok
bo autobus obrazów jedzie szybciej
biorę znowu butelkę
ale tym razem tylko patrzę
jak światło przechodzi przez szkło
pies siada przy drzwiach kuchni
patrzy na mnie
i przez chwilę mam wrażenie
że on rozumie jedną rzecz lepiej niż my wszyscy
że życie wcale nie potrzebuje obrazu
ani dźwięku
ani nawet tekstu
tylko kogoś
kto siedzi obok
i oddycha.
Czasem zastanawiam się czy to tylko wilgoć,
czy naprawdę coś zostaje w przedmiotach.
Odkręcam wodę i patrzę jak spada do umywalki
tak samo patrzyłeś kiedyś na deszcz, jakby każda kropla coś mówiła a ja stoję tu bez celu
jakbym przyszła tylko sprawdzić czy nadal istnieję.
Pies stoi w drzwiach, nie wchodzi, nigdy nie lubił tego pomieszczenia, może po prostu nie znosi zapachu pasty albo światła które deformuje twarz.
Lustro jest nieprzyzwoicie szczere, pokazuje twarz której jeszcze nie rozpoznałam, twoja szczoteczka w kubku, ręce robią się ciężkie, kiedy ją dotykam.
Myślę o porankach, kiedy myliśmy zęby obok siebie i mówiliśmy z ustami pełnymi piany, śmiałeś się że wyglądam jak wściekły pies,
teraz trochę tak wyglądam, rozmazana od snu, trochę zła bez powodu.
Pies drapie w miskę a metaliczny dźwięk przypomina mi ten łyżeczki o filiżankę.
Lubię kiedy dźwięki w domu odpowiadają sobie nawzajem.
Okno już jasne, ludzie za nim zaczynają swoje drogi. Kobieta w czerwonym płaszczu zniknęła
starszy mężczyzna prowadzi rower powoli jakby negocjował z czasem i zastanawiam się dokąd zmierzają, czy ktoś z nich też stoi przy oknie.
Otwieram lodówkę, światło w środku zbyt białe
jajka, masło, resztka pomidora - całe życie potrafi zmieścić się w jednej półce.
Kiedyś mówiłeś że śniadanie jest najuczciwsze
bo nikt jeszcze nie zdążył skłamać.
Jajko pęka na patelni, białko rozlewa się powoli
jak decyzja, której nikt nie chce podjąć, tak zakończyła się tamta rozmowa.
Pies siada przy stole, udaje że nie patrzy
ma w tym godność, której ja rano nie mam
łapczywie czeka aż coś spadnie.
Mówiłeś, że pies to najlepszy filozof domu
bo wie, że wszystko w końcu spada, może dlatego jest spokojniejszy od ludzi.
Na chodniku ktoś się śmieje, dwóch studentów, plecaki większe od nich, zadziwia mnie ta lekkość młodości jakby dzień był dla nich przygodą.
Twoje studia pamiętam jak przez szybę.
Opowiadałeś o nich jak o czyimś życiu, czasem wspomnienia też wydają się cudze.
Radio włącza się samo, ktoś mówi o korkach
o kolizji na moście, wiadomości zawsze zaczynają się od problemów jakby to była naturalna temperatura świata.
Mosty łączą miejsca które nie chcą się spotkać.
Smaruję chleb masłem, twarde masło pod nożem jak zimna ziemia, czasem rzeczy stawiają opór bez powodu, dokładnie jak ludzie.
Pies krąży pod stołem, cierpliwość ma granice
spada okruch, pożera jakby to był sens poranka i przypominam sobie jak jadłeś jabłko przy oknie, gryzłeś je powoli, mówiłeś że jedzenie też jest rozmową.
Na ulicy przejeżdża śmieciarka, hałas brutalny, jakby dzień zaczynał się od cudzej pracy.
Pies liże podłogę, tam gdzie spadło masło
robi to dokładnie, jak zawsze.
Zegary przesuwają czas powoli, minuta waha się czy iść dalej, tak było kiedyś na kanapie
kiedy mówiłeś, że wszystko jest jeszcze możliwe a ja nie spytałam co dokładnie.
dzwonek przecina kuchnię
pies pierwszy reaguje
uszy w górę, ogon niepewny
stoi chwilę bez ruchu
jakby dzwonek nie był do mnie
drugi raz
już wiem
są ludzie, którym poranek pozwala pukać do cudzych drzwi
licznik
otwieram
młody chłopak stoi na klatce
torba przez ramię
notatnik w dłoni
— dzień dobry
odpowiadam
pies wychyla pysk zza mojej nogi, węszy jego buty
— spisuję liczniki
kiwam głową
myślę że ktoś musi chodzić po świecie
zbierać cyfry z cudzych ścian
— tak wcześnie
wzrusza ramionami
palce czerwone od zimna
przez chwilę myślę że mógłby to robić program
mała kamera przy liczniku
klik
liczba
koniec wizyty
wchodzi ostrożnie
pies idzie za nim
ogląda go z powagą
przy ścianie — siedem dwa cztery dziewięć
cyfry potrzebują głosu
kartka pamięta
— całe piętro
torba pełna rachunków
pełna fragmentów życia
dziwna praca
zbierać liczby i nie znać historii
pies merda ogonem
wyczuł jedzenie w kieszeni
chłopak uśmiecha się
schyla, drapie psa za uchem
ogon rusza jak metronom
gest niepotrzebny, poza rachunkiem
— gotowe
zamyka notatnik
stoi sekundę, sprawdza czy to wszystko
klatka schodowa oddycha chłodem
kroki oddalają się
pies patrzy, rozczarowany że zapach odchodzi
zamykam drzwi
cisza wraca powoli
licznik milczy
zwykłe cyfry
a jednak ktoś musiał je zobaczyć
pies patrzy
jakby pytał
czy świat działa tylko z takich powodów
wracam do stołu
kawa nie paruje
stoi spokojnie, pogodziła się z losem
dotykam filiżanki, letnia
stygną rzeczy które miały być ważne chwilę
pies krąży przy drzwiach
nasłuchuje
wraca powoli, kładzie się przy stole
przesuwa łapę bliżej mojej stopy
jakby sprawdzał czy nadal tu jestem
siadam
łyknę kawy, gorzka, cienka
zawsze mówiłeś że kawa powinna być mocniejsza niż poranek
za oknem autobus zatrzymuje się przy przystanku
kilka osób wsiada
zastanawiam się dokąd jadą
czy ktoś zaczyna dzień bez planu
pies wzdycha
jego dzień prosty: spacer, jedzenie, sen
czasem myślę, że to uczciwy układ
mój dzień rozkłada się przede mną
jak kartka bez tekstu
próbuję zdecydować
co zrobić
sprzątać — słowo pierwsze
patrzę na stół, krzesła, okno
nic nie wygląda jak chaos
mogłabym wyjść
ale powody dziwnie ciężkie o tej porze
pies podnosi głowę
może myśli o spacerze
albo o kolejnej misce
radio szumi cicho
ktoś mówi o temperaturze
o chmurach przesuwających się nad miastem
lubię słowo „przesuwać”
jakby dzień był chmurą
która powoli przejdzie nad nami
kolejny łyk kawy
już prawie zimna
cienki cień na powierzchni
zawsze mnie to trochę obrzydzało
a jednak piję dalej
bo szkoda wylewać
marnowanie kawy to mały grzech
pies wstaje
podchodzi do okna
patrzy na ulicę
ludzie biegną, zapinają kurtki, niosą torby
wszyscy wiedzą dokąd idą
ja siedzę
próbuję zdecydować
co zrobić z dniem
ale dzień nie chce się zdecydować ze mną
rozciąga się powoli jak kot, który nie ma zamiaru wstać
kot byłby tu pewnie bardziej na miejscu
leniwy, przeciągający się między krzesłem a parapetem
pies inny
wierzy w poranek
jakby każda godzina coś obiecywała
czasem myślę
że koty wiedzą więcej o świecie
bo niczego się nie spodziewają
a może tylko lepiej udają
że im nie zależy
kiedyś mówiłeś
że kot jest prywatny
człowiek przy nim zawsze gościem
pies mieszka całym sobą
łapami, ogonem, oddechem przy łóżku
dlatego mam psa
kot patrzyłby z szafy
z zimną elegancją
jakby mówił
że wszystko to okno, kawa, poranek — tylko epizod
pies podchodzi bliżej
siada przy nodze
jego ciepło konkretne
kot byłby cieplejszy tylko kiedy sam chce
może dlatego ludzie wybierają psy
miłość na żądanie
wygodniejsza, choć mniej prawdziwa
patrzę na psa
on patrzy na mnie
w jego oczach pytanie: czy już czas wyjść
czasem zazdroszczę mu
że świat może być tak prosty
drzwi, schody, chodnik, zapachy pozostawione nocą
kot wyszedłby sam
i wrócił dopiero gdy zapomniałby że wyszedł
pies wstaje, krąży po kuchni
ogon lekko uderza o krzesło jak wahadło
gdybyś był kotem, pewnie też byś wyszedł
bez słowa
a ja dopiero po godzinie zauważyłabym
że w domu ciszej niż zwykle
pies stoi przy drzwiach
cierpliwy, wierny, trochę naiwny
tak stoją psy
jakby świat miał się zaraz wydarzyć
otwieram okno tylko trochę
wiatr przynosi zapachy z ulicy
ciężkie od spalin i deszczu
pies patrzy
— naprawdę zostaniesz tu?
zostaję
bo mam w sobie coś, czego świat nie rozumie
coś miękkiego i twardego jednocześnie
podłoga chłodna od wczoraj
ślady stóp patrzą z litością
kuchnia, kawa stygnie
nie spieszę się
telewizor mówi o czymś ważnym
słowa bez smaku
tylko echo poranka
chodnik mokry od nocy
ludzie przechodzą jak cienie
każdy zajęty sobą
czy ktoś zauważyłby mnie, gdybym wyszła?
nie wiem
może lepiej zostać
wszystko mówi: zostań
i zostaję
bo w tej chwili świat jest w środku
a ja nie muszę iść.
siadam jeszcze chwilę
pies podnosi łeb
wpatruje się w mnie jak w lustro
ogranicza moje wymówki, bo nie znosi zwlekania
serce wkurwione na siebie
bo wiem, że chce wyjść
a ja tak długo tkwiłam w miejscu
jego ciepło przy nodze ciągnie mnie w stronę drzwi
jak kotła emocji, którego nie mogę oprzeć się dotykowi
przypominam sobie wczorajszy spacer
jak słońce odbijało się w mokrych liściach
pies biegał jak szalony
ja biegałam razem z nim
śmiałam się, a on patrzył na mnie tak, jakby rozumiał wszystkie moje głupie decyzje
i myślę o tobie, jak wtedy, kiedy kłóciliśmy się o drobiazgi
o które dziś wstydzę się pytać
pies liczy się z każdym ruchem
ty liczyłeś się, ale czasem za dużo, ja za mało
każdy mój „jeszcze chwilę” w jego oczach
jak każda twoja mina, kiedy kompromisy były ciężarem
gniew narasta
na siebie za zwlekanie
na świat, że zmusza do wyjścia
ale miłość przygniata wszystko
jego ogon macha powoli
jak metronom w rytmie mojej wątpliwości
nagle czuję, że nie mogę już dłużej
nawet jeśli powody ciężkie, nawet jeśli kawa ledwo ciepła
pies wstaje
wącha powietrze
sprawdza czy jestem gotowa
w jego oczach cała decyzja spoczywa na mnie
myślę o wszystkich porankach, kiedy to on ciągnął mnie z łóżka
kiedy ja chciałam zostać w środku, a on szedł pierwszy
i zawsze czekał
cierpliwy, wierny, nie pytający
ty tylko patrzyłeś, czasem pytając, czasem zniecierpliwiony
cierpienie kompromisów, kiedy dwoje ludzi próbuje zgodzić się na jeden ruch, jedna decyzja, jeden poranek
wyrzuty sumienia gryzą mnie w żołądek
bo wiem, że już powinnam
że każdy ruch odwleka coś nieuniknionego
ale patrzę na jego oczy
tak pełne nadziei i spokoju
i nagle gniew miesza się z czułością
całe dnie mogłabym spędzić tak, w półcieniu jego uwagi
a jednocześnie wiem, że świat czeka
i że pies chce iść
podnoszę się
stopy uderzają o chłodną podłogę
ogarniają mnie wspomnienia: deszcz na chodniku, liście przyklejone do butów, jego łapy błyskające w kałużach
jak wtedy, kiedy pierwszy raz wyszliśmy sami
ja niezdecydowana, on prowokująco gotowy
ty byłeś bardziej przewidywalny, czasem trudny w drobiazgach, a pies — prosty
ale ja chcę jeszcze zawalczyć o pięć sekund
pies nie daje mi szansy
jego obecność popycha do ruchu
wychodzimy
drzwi chłodne w rękach
pies pierwszy na schodach
ogon lekko uderza o barierkę
jakby ustalał rytm dnia
a ja idę za nim
złość na siebie topnieje
miłość rozlewa się w palcach
cierpienie z powodu wyrzutów sumienia miesza się z radością, że mogę iść razem
powietrze wciąga w płuca
chodnik mokry
zapach spalin i wilgoci
pies biegnie lekko
ja walczę z oporem nóg
ale idę
każdy krok przypomina mi, że decyzja nie jest prostym ruchem
to cała sieć uczuć, wspomnień, gniewu, czułości
i w tym wszystkim pies
prostota jego potrzeb zmusza mnie do ruchu
miłość i wkurwienie w jednym oddechu
z każdym krokiem świat staje się realny
i nie mogę już nic zatrzymać.
pies biegnie przede mną, ja za nim, nogi ciężkie, serce ciężkie, a myśli lżejsze, rozciągają się między wspomnieniami o tobie, o porankach, kiedy wstawałeś pierwszy i próbowałeś mnie pociągnąć za sobą, a ja stawiałam opór, bo chciałam zostać w swoim chaosie, pies nie pyta, nie negocjuje, nie czeka na słowa, on prowadzi, a ja uczę się oddawać prostocie, patrzę na ludzi mijających nas na chodniku, każdy z planem, każdy z decyzją, którą musiał podjąć, a ja myślę o tym, jak z tobą każdy ruch był polem bitwy, kompromis ważył tonę, a teraz pies ciągnie mnie przez kałuże, przez mokre liście, jakby mówił: „nie analizuj, po prostu idź”, i nagle widzę chłopca z plecakiem, rowerzystę z torbą pełną gazet, kobietę z dzieckiem, ich rytmy różne, a ja myślę o tym, jak z tobą rytmy się zderzały, czasem bolało, czasem trzeba było ustępować, a pies biegnie, jego łapy chlupoczą w wodzie, a ja przypominam sobie twoje spojrzenia, kiedy chciałeś kontrolować każdą decyzję, a ja czasem udawałam, że się zgadzam, pies zatrzymuje się, wącha powietrze, ja stoję sekundę, przypominam sobie, jak kłóciliśmy się o drobiazgi, jak trudno było się dogadać, a teraz pies ciągnie mnie dalej, a ja idę, pozwalam się prowadzić, choć w głowie ty i kompromisy, pies biegnie między kałużami, dzieciaki mijają nas na rowerach, uśmiechają się, ja myślę o tym, jak z tobą uśmiech był czasem tak trudny, jak wypracowywanie zgody nad filiżanką kawy, pies biegnie, ja biegnę, nogi bolą, deszcz z wczoraj zostawia błyszczące ślady, wspomnienia uderzają we mnie jak fale, kiedy ty mówiłeś, że wszystko ma być zaplanowane, a ja chciałam improwizować, pies podnosi głowę, patrzy, a ja nagle czuję gniew na siebie za opór, czułość do niego za łatwość, z którą daje się prowadzić, przypominam sobie nasze wspólne wyjazdy, gdzie każdy ruch był negocjacją, a pies prowadzi mnie przez ulicę, bez pytań, bez oczekiwań, a ja uczę się, że prostota może być całkiem prawdziwa, patrzę na sklepikarza otwierającego drzwi, na staruszkę z psem w wózku, na parę spieszącą na tramwaj, i nagle myślę o tobie, o tym jak trudne były kompromisy, o godzinach prób, o milczeniu które było równie głośne jak rozmowa, pies biegnie, ja biegnę, a wspomnienia z tobą mieszają się z obecnością psa, z miłością do niego, gniewem na siebie, wyrzutami sumienia, nagle zdaję sobie sprawę, że każdy ruch jest decyzją, każdy krok jest odpowiedzialnością, a pies pokazuje mi, że można ufać, że prostota może prowadzić do pełni, i choć myślę o tobie, o twoich oczekiwaniach i moich sprzeciwach, idę, pozwalam się prowadzić, kałuże chlupoczą, liście przyklejają się do butów, pies patrzy do przodu, ja patrzę na niego, gniew, czułość, wspomnienie, obecność, kompromisy ludzi, łatwość psa — wszystko w jednym rytmie, który ustala jego krok, a ja idę, biegnę, pozwalam sobie na prostotę, choć w głowie cały czas ty, a świat otacza nas szumem poranka, zapachami wilgoci i spalin, ludzie mijają nas, każdy zajęty sobą, a ja idę z psem, ucząc się, że w prostocie można odnaleźć cały świat, że decyzje nie muszą ważyć tonę, że miłość może być czuła i wkurwiona jednocześnie, że kompromisy z ludźmi bywają ciężkie, a pies uczy mnie, że czasem wystarczy pozwolić się prowadzić, i idę, idę, każdy krok miesza wspomnienia, gniew, czułość, obecność, przeszłość i prostotę w jednym oddechu, a pies biegnie przede mną, pewny, spokojny, i ja biegnę, pozwalam się prowadzić, choć w głowie cały czas ty, cały czas kompromisy, cała pamięć, cała miłość i gniew.
łazienka już daleko za nami
pies biegnie przede mną, ogon jak wskaźnik rytmu, jak metronom poranka
chodnik mokry, liście lśnią w kałużach, odbijają światło latarni, samochodów, ludzi
most pojawia się nagle, nie w pełni, jak myśl, której się boję
w radiu mówili o kolizji, o pękniętej barierce, kruchości życia
czuję, że każdy krok, każdy oddech jest teraz cięższy
pies węszy powietrze, nie rozumie słów, rozumie wszystko innym językiem — obecnością
myślę o tym, jak kiedyś staliśmy tu razem
ty przy krawędzi, patrząc na rzekę, jakby chciałeś rozpoznać własny strach
ja trzymałam twój rękaw, próbując go nie puścić
żadna rozmowa nie pasowała do tego miejsca
ty mówiłeś coś o sile mostów, o tym, że łączą ludzi, miejsca, chwile
ja myślałam o tym, jak łatwo wszystko może się złamać, jak cienka jest tafla porządku, nad którą stoimy
pies nie zwalnia, prowadzi mnie dalej, nie wie o kruchości, nie waży decyzji
a ja ważyłam wszystko: kroki, wspomnienia, nasze kompromisy, twoją nieobecność
most wciąga nas w hałas wody, w wibracje metalu, w zapach wilgoci i spalin
przypominam sobie, jak kiedyś w nocy przechodziłam po innych mostach, samotna
jak deszcz odbijał światło latarni i moje myśli uciekały w rzekę, razem z listami, których nigdy nie wysłałam
pies zatrzymuje się, wącha powietrze, patrzy na mnie jakby pytał — czy pamiętasz, że wszystko może się skończyć w sekundę
tak, pamiętam
pamiętam wasze drobne gesty, nasze błędy, śmiech, gniew, ciszę
i teraz czuję, że most jest jak ciało wspomnień — mocny i kruchy jednocześnie
ludzie mijają nas, niosą swoje życie, torby, plany, w pośpiechu, nie patrząc w dół
pies ciągnie mnie przez ich rytmy, przez chaos, przez wodę odbijającą świat
myślę o kolizji w radiu
jak jeden moment zmienia wszystko
jak jedna decyzja, jeden ruch może złamać rutynę, życie, ludzi
przypominam sobie tamte rozmowy, drobiazgi, które były jak zabezpieczenia
jak nadzieja na trwałość tego, co ulotne
pies biegnie dalej, nie zna wątpliwości, nie zna strachu
ja czuję każdy dźwięk, każdy szelest liści, każdą kroplę wody na chodniku
i myślę o was — o nas — o kruchości życia, o sile, która jest w małych gestach
most za nami szumi wodą, a ja czuję, że każdy krok, który stawiam, jest podwójnie ważny
pies prowadzi, ja idę, a świat wokół pulsuje, trzyma się i rozpada w jednym oddechu.
łapię oddech na drugim końcu mostu
pies węszy powietrze, ogon w rytmie kroków,
świat wciąż pędzi, a ja stoję na granicy myśli
— wracać czy dalej?
widzę barierkę w pamięci, cienka, krucha, jak moje wcześniejsze decyzje
mogłabym odpuścić
mogłabym dać się ponieść w dół, w rzekę niepewności
ale pies nie zna słów „odpuść”
prowadzi mnie w stronę chodnika, który jest twardszy niż most, niż wspomnienia
powietrze zimne, mokre od nocy, chłodzi myśli, uspokaja serce
wracam do domu, bo chcę dotknąć podłogi, która nie złamie się pod stopami
bo chcę usiąść przy stole, gdzie kubek nie pęknie, kawa nie wyleje się na papier
pies krąży przy drzwiach, czuje moją decyzję, nie komentuje
a ja wchodzę, zamykam drzwi, cisza wypełnia przestrzeń jak miękki koc
moje myśli spadają na podłogę razem z butami, torbą, szalem
barierka w pamięci nadal drży, ale nie pod moim dotykiem
możliwe, że kiedy indziej, przy innym kroku, przy innym moście,
byłabym nią poruszona
teraz wybieram bezpieczeństwo — nie nadmierną ostrość, nie dramat, nie łamanie
wybieram dom, pies, oddech, kawa
i wiem, że powrót nie jest porażką
jest ruchem, decyzją, która nie złamie się pod ciężarem wspomnień
siadam, pies kładzie głowę na kolanach
patrzę przez okno na ulicę, gdzie ludzie mijają się, jakby nic nie ważyło
świat jest kruchy, tak
ale w kuchni wciąż istnieje grunt, podłoga, kubek, pies
i decyzja, by wrócić.
siadam w fotelu ogarnia mnie ciężar miękkiego materiału jakby mnie wchłaniał, całe ciało zanika w jego fałdach ręce opadają bezwładnie na podłokietniki palce drżą, potem przestają zamykam oczy świadomość jeszcze próbuje zostać, przyklejona do myśli ale myśli odchodzą w powolnym rytmie jedna myśl, druga, trzecia — odchodzi jak liście na wodzie cicho, tak cicho że słyszę tylko własny oddech oddech cięższy, wolniejszy wszystko poza nim rozmywa się, staje nieistotne chcę zostać w tym momencie, w tym miękkim braku ruchu świat z zewnątrz przestaje naciskać fotela przygniata mnie delikatnie, jak gdyby chciał powiedzieć — nie ruszaj się oczami czuję migotanie światła z okna, zasypia razem ze mną twarz ciężka, mięśnie rozluźnione pierwsze drżenie powiek sen podchodzi powoli, ledwie dostrzegalny myśli przestają formować zdania tylko obrazy, przebłyski: liść tańczy na wietrze, pies wbiega w kałużę, śmiech daleko, daleko
czuję jak upływają minuty czas, który kiedyś wydawał się ciągnąć, teraz płynie jak woda między palcami świadomość znika, zostaje tylko miękkie pulsowanie ciała zasypiam i nagle przeskok budzę się w innej myśli nie pamiętam jak dotarłam tu, do fotela, do tej chwili przypomina mi się twój głos, ale jest jak echo w pustej sali pies patrzy na mnie, nie wiem, czy był tu cały czas, czy przyszedł teraz światło przez okno jest inne, bardziej złote, ciepłe oddech jeszcze ciężki, powolny, spokojny palce dotykają kubka z herbatą, który stał na stole ciepło, nagłe, daje poczucie bycia obecnym ale za moment znów zasypiam tym razem szybciej, głębiej obrazy tańczą w oczach zamkniętych: chmury przesuwają się po suficie, liść na wietrze, stary most w oddali budzę się znów, nowa myśl przychodzi: „czy wszystko musi mieć sens?” mruczenie psa gdzieś w tle przez chwilę czuję jak mięśnie pamiętają ostatni spacer, ruch w kałużach, jego łapy uderzające o ziemię puls ciała spowalnia, zasypiam jeszcze głębiej świadomość rozpływa się całkowicie, jak woda w piasku budzę się raz jeszcze w głowie obraz: kawa stygnie na stole, liście przyklejone do butów, pies patrzy na mnie spokojnie nie wiem, ile czasu minęło przypominam sobie kawałki snu, fragmenty obrazów, dźwięki, oddech i znów zasypiam bez oporu, bez decyzji tylko fotel, ja, pies, rytm snu świadomość skacze, przestaje istnieć, powraca w nowych myślach, aż w końcu odpływam całkowicie.
ściana w kuchni inna niż pamiętam
kolor rozlewa się jak krew po kaflach, choć to farba
mąż stoi przy lodówce
— naprawdę uważasz, że to dobry kolor? — mówi spokojnie, głos miękki, opanowany
— a co cię obchodzi?! — wyrzucam z siebie, ręce drżą, tupię nogą
— próbuję znaleźć sposób, żeby to zmienić, żebyś była spokojna — mówi spokojnie, jakby słowa mogły wszystko naprawić
— nie chcę spokoju! — krzyczę, pies w rogu drapie podłogę, ogon macha niepewnie
— no dobrze — mówi dalej, opanowanie w jego tonie wnika we mnie, zalewa gniew jeszcze bardziej
— wiesz co, mogę po prostu wyjść — krok w stronę drzwi, drzwi trzeszczą lekko
— a ja zostaję — krzyczę, echo odbija się od ścian, od farby, która pulsuje
ruchy pędzla przy ścianie stają się wyzwaniem, chcę rozbić kubek, wyrzucić wszystko na podłogę
— spokojnie, spokojnie — słyszę jego głos zza framugi, mantra, która nie uspokaja, a dopala
— nie chcę spokojnie! — tupię stopą, serce bije jak młot
— naprawdę próbuję — powtarza, głos czysty, opanowany, a gniew rozlewa się we mnie jak lawa
— to nie jest próba! — krzyczę, ściana faluje, odbicie na niej nie jest już moją twarzą, tylko kolorem i wściekłością
pies wstaje, wącha powietrze, łapami podskakuje, jakby mówił: „nie rób tego sama”
— wiem, że ci zależy — wychyla się zza framugi, ręce otwarte, gestami łagodzi coś, czego nie chcę łagodzić
— nie chcę niczego! — wyrzucam z siebie, powietrze drży, farba na ścianie drży razem ze mną
— wtedy odejdę — mówi, krokami lekkimi, a brak kontroli dopala mnie jeszcze bardziej
wściekłość miesza się z poczuciem, że wszystko jest w rękach kolorów, ruchów, obecności
— wiesz, mogłabyś po prostu… — szept, przerywa mnie, tupnięcie, wybuch — NIE! — i wszystko trzeszczy, powietrze w kuchni pęka
pies siada przy mojej nodze, ogon uderza o kafle jak metronom gniewu
światło w oknie zmienia kolor, ściana drży, farba spływa
mąż idzie w stronę drzwi, jeszcze krok, jeszcze próba łagodzenia
— wrócę — mówi cicho, słyszę tylko echo swoich własnych słów: „nie chcę niczego”
pies patrzy na mnie, jakby pytał: „czy to już koniec, czy jeszcze trwa?”
ściana pulsuje, farba migocze, oddycham ciężko, gniew jak fala, której nie powstrzymam
czas kręci się w kuchni tylko w tym oddechu, w tym gniewie, w tym tempie metronomu ogona
mąż znika w drzwiach, stoję, patrzę na pulsującą ścianę, pies przy nodze, świat rozlany jak farba, a moje ciało reaguje tak, jakby wszystko działo się naprawdę.
budzę się powoli
przebudzenie jest jak stygmat, jak gwóźdź w dłoni
ciało jeszcze ciężkie od snu, od gniewu, od tego wszystkiego co działo się w kuchni, choć już nie ma kuchni, męża, ściany pulsującej farbą
leżę chwilę, słucham oddechu psa, jego spokoju, który kłuje mnie w serce bardziej niż krzyk
myślę o kłótni, o tym, że każdy ruch był bez sensu, a jednak wszystko w środku pulsowało, jakbym naprawdę mogła rozbić świat na kawałki i wciąż nic nie zmienić
kolory ściany powracają do mnie jak cienie, rozmazane, płynne, nie wiadomo, czy to wspomnienie, czy sen trwa dalej
dlaczego tak bardzo zależało mi na kontroli, dlaczego każda próba łagodzenia była tylko dopalaczem gniewu, a nie spokojem
pies przesuwa łapę po podłodze, patrzy na mnie, jakby pytał: „po co to wszystko, skoro wszystko znika?”
myślę, że może każdy gniew jest bezsensowny, może każda kłótnia to tylko echo w pustym domu, który mieszka we mnie
palce drżą na pościeli, próbuję złapać oddech, który uciekł wczoraj razem z krzykiem
i nagle widzę w sobie absurd — jak wszystko, co działo się w kuchni, teraz jest jedynie materią myśli, echo gniewu, który nigdy nie potrzebował fizycznej obecności
przebudzenie boli jak ślad po gwoździu, jak znak, którego nie można zdjąć
a jednak pies śpi spokojnie, jakby wiedział, że świat może istnieć bez sensu, a ja wciąż trzymam w dłoni kawałek gniewu, próbując zrozumieć, że czasem nie ma powodu, że nie trzeba walczyć z farbą, z kolorami, z obecnością męża, z tym wszystkim, co chciało mnie pochłonąć
nie wiem, czy to nauka, czy tylko zwykła bezsensowność, którą trzeba przetrwać, jak poranek, który przychodzi niezależnie od tego, czy chcesz go powitać, czy nie.
sen rozlewa się we mnie jak woda w szklance, nie pyta, nie czeka, nie liczy się z pamięcią
myśli za to zawsze pamiętają, każdą krawędź, każde odbicie, każdy gest
a sen? sen jest bezduszny, przypomina to, co myśli dawno już zgubiły
zapominają, tracą sens, a sen przynosi wszystko z powrotem, jakby nie liczyło się, że kiedyś było moje
pamięć mówi: pamiętaj, nie rób błędu, a sen śmieje się cicho, lekko, z pobłażaniem do mojego pragnienia kontroli
w głowie zostają tylko kolory, oddech psa, echo własnego głosu, który wciąż ma kształt gniewu
myślę: a może wszystko, co pamiętam, to już tylko sen w innym czasie, który przychodzi bez pytania
zastanawiam się, czy różnica między snem a myślą nie jest tak naprawdę tylko w ciężarze
sen jest lekki, płynie, nie pyta o zgodę, myśl waży, krępuje, wymaga
a ja leżę, próbuję oddzielić jedno od drugiego, ale wciąż czuję puls farby, której już nie ma, i gniew, który wcale nie odszedł
pies przesuwa łapą, ciężko, spokojnie, i w tym spokoju rozumiem, że sen ma swoje prawa, a myśl swoje niepokoje
nie wiem, czy śniłam, czy myślałam, czy po prostu byłam — a wszystko jedno, bo w środku echo zostało, echo, którego pamięć już nie potrzebuje.
próbuję oswoić sen
ale boli, bo jest zbyt żywy
jego obecność w snach to przypomnienie
że w życiu go brak
a ja nie odzyskałam godzin, minut, sekund, które roztrwoniłam
każda kłótnia, każdy ruch, każda fala gniewu w kuchni wraca teraz ze zdwojoną mocą
jak farba pulsująca w mojej pamięci
leżę, patrzę na psa
jego spokój jest jak lód w sercu
pokazuje mi kontrast: on tu, w snach, ja tu, w rzeczywistości — pusta przestrzeń
i rozumiem nagle, że to nie on w snach rani
to ja ranię siebie pamięcią, czasem, którego nie da się już odzyskać
puls gniewu, echo krzyku, kolor ściany — wszystko miesza się w jeden strumień bólu i świadomości
chcę odsunąć sen, zamknąć oczy, ale nie mogę
bo on jest i pokazuje, ile straciliśmy
ile godzin, które mogły być ciche, szczęśliwe, normalne, zostało zmarnowane na walkę o kontrolę, o kolory, o słowa
i wtedy widzę absurd: boli mnie nie jego brak
boleją mnie wszystkie nasze stracone chwile
gniew, który wydawał się potrzebny, był tylko przyczynkiem do pustki
pies drga w śnie, oddech jego jest jedynym rytmem, którego mogę się trzymać
i nagle wszystko staje się jasne: sen jest bezlitosny, bo przywraca pamięć tego, co mogło być
a ja leżę, pulsuję, trzymam w ręku gniew, i próbuję przyjąć fakt, że nie ma naprawy
że każdy sen, każda chwila z nim, przypomina mi o straconym czasie
i może właśnie w tym tkwi nauka, a może nie ma nauki
jest tylko puls, echo, farba, pies, ból, czas, który minął i już nie wróci.
próbuję znaleźć ratunek w codzienności
w herbacie, w powietrzu, w oddechu psa
w drobnym rytmie łyżki w kubku
ale myśli nie chcą przyjść
próbuję skleić jakiś sens, jakby jeden ruch mógł wszystko ułożyć
ale świat jest oporny, nie daje mi klucza
wszystko ślizga się między palcami, ciężkie, mokre od pustki
włączam radio, myślę: może tu znajdę jakieś zaklęcie, myśl, która przeważy
głos leci z głośnika, monotonia codzienności
— osoba z mostu utonęła — i słowa spadają jak głaz do wody, rozchodzą się falami.
Ciało wyłowiono z wraku.
chwila, zatrzymanie, puls w sercu przyspiesza
nie mogę nic zrobić, nic nie zmienię
a jednak reaguje, krew pulsuje, gniew miesza się ze smutkiem, ze świadomością braku kontroli
pies przesuwa łapą, patrzy na mnie
jakby mówił: „to już nie o nas”
myśl próbowała, codzienność próbowała, ale nie ma myśli, która przeważy
tylko echo, tylko puls, i tylko absurd, który uderza w ramiona mocniej niż cokolwiek innego
i w tym jednym komunikacie z radia wszystko staje się lżejsze
farba, gniew, czas, który minął, echo krzyku, oddech psa — wszystko spada w dół jak kamień
jak to auto, czyimś życiem.
i nagle widzę: ratunek nie przychodzi w codzienności
przychodzi w absurdzie, w tym jednym złamanym słowie, z zewnątrz.
— ton głosu, który niczego nie naprawi, a wszystko pokaże.
myślę o niej
kobieta, której ciało wyłowiono z wraku
nie znam jej, a jednak jej brak rozlewa się jak cień po całym świecie
próbuję wyobrazić sobie, jaka była
czy śmiała się w sposób, który zostaje w uszach, czy milczała, jakby świat był za ciężki na słowa
porównuję ją do moich koleżanek
te lubiane, co zawsze miały coś lekkiego w sobie, co można było pożyczyć
te nielubiane, co zostawiały grudki w gardle i na języku
a ona? nie wiem, gdzie się zmieści
nie wiem, czy światła jej oczu były takie same jak u tych, co potrafiły mnie rozśmieszyć
czy jej ruchy były miękkie, pewne, nieugięte, czy trzęsły się jak moja ręka przy krzyku w kuchni
puls gniewu miesza się z pustką jej nieobecności
jakby wszystkie moje doświadczenia, wszystkie kolory, wszystkie kłótnie w kuchni były jedynie przygotowaniem do zderzenia z tym, czego nie mogę naprawić
i nagle widzę absurd: znam tylko cień jej życia, a już boleję
jakby stracony czas mojego gniewu i snów miał jej towarzyszyć
pies przesuwa łapą, spokojnie, niezależnie od wszystkiego, przypomina rytm oddechu, którego nie mogę zatrzymać
a ja myślę o jej spojrzeniu, o tym, że nie mogę go znać
porównuję je w myślach do spojrzeń tych, mnie lubianych, irytujących, tych, co odchodzą bez słowa
i w tym porównaniu widzę siebie: zawsze patrzę na świat przez cudze oczy, przez cienie, przez to, co utracone, przez absurdy, których nie mogę zmienić
myśl płynie jak farba, której już nie ma, jak puls gniewu, który nie ustaje
i nagle wiem: nie chodzi o nią
chodzi o to, co zostaje po każdym człowieku, którego nie mogę znać, a który pojawia się, wchodzi mi w zasięg wzroku
Albo komunikatem do mieszkania
Do mojego bólu.
o to, jak porównania, myśli, echo, codzienność i absurd mieszają się razem w jedno ciało, które pulsuje, żyje - życiem i śmiercią
-
siadam przy blacie, kartofle w misce skórka schodzi pod paznokciami jak naskórek z myśli jakby każda cienka warstwa miała w sobie historię, której nie chcę pamiętać palce lepią się od wilgoci, od ziemi, od ciepła, które powinno być obojętne
przypominam sobie twoje dłonie, jak kiedyś obierałeś ziemniaki — pewnie, spokojnie, a ja czułam podświadomie coś więcej niż zwykły ruch
obracam jeden kartofel w dłoni, pocieram, oglądam każdą bruzdę — jakby w tym mogła się zamknąć cała kłótnia w kuchni
myślę, że obieranie to ćwiczenie cierpliwości, może pokory, może ukrytego wstydu
niektórzy mężczyźni patrzą na skórkę i widzą tylko ziemię
ja patrzę i widzę wszystko, co odrzuciłam, wszystko, co spadło na podłogę wraz z gniewem
śliski kartofel ucieka z dłoni, spada do miski z chlapnięciem — śmiech echo z kuchni, który nie należy do nikogo
czuję, że w tym ruchu jest coś erotycznego — bliskość z materią, z ciałem, z ciepłem, które wraca z pamięci
może to tylko ja, może w każdym obieraniu jest drobny dotyk — ręki, którą moglibyśmy wymienić
porównuję skórkę kartofla do skóry twojej dłoni, która kiedyś dotykała inaczej, szorstko, z poczuciem władzy nad czymś miękkim i bezbronnym
nie mogę powstrzymać myśli: każda kłótnia, każdy wybuch gniewu, każde tupnięcie stopy — wszystko to było jak obieranie kartofla w pośpiechu, bez zastanowienia nad tym, co pod spodem
teraz robię to powoli, pozwalam, by warstwa po warstwie spadała do miski, jakby odsłaniała mnie samą
cierpienie, absurd, gniew, pożądanie — wszystko tu, w dłoniach, w ciepłej wilgoci.
pies leży u moich stóp, ogon raz po raz uderza w kafle — takt niepewności, którego nie mogę zatrzymać
kolory, echo kłótni, echo radia, echo cudzego życia — wszystko wraca w tej prostej czynności
i nagle czuję spokój, który jest tak niebezpieczny jak gniew, tak ulotny, śliski jak skórka, która wymyka się dłoniom.
obracam kartofle, myślę o tym, co zostało, co mogło być, czego nie naprawię — i czuję, że w tym rytmie jest sens, który nigdy nie chciał być słowami.
-
siadam, patrzę na miskę
stos urósł, jakby chciał udowodnić, że nigdy nie będzie końca
palce lepią się od wilgoci, od skórki, od tego ciepła, którego nie da się zatrzymać
myślę, że za dużo obranych kartofli to jak za dużo słów, które padły w kuchni
każde tupnięcie, każdy krzyk, każdy szept — ułożone jeden na drugim, ciężkie, mokre, nie do zniesienia
To godziny, które zmarnowałam — obrane, obracane, jakby mogły w sobie zamknąć wszystkie kłótnie i absurd, którego nie potrafię wyrzucić, którego nie mogę opłukać
palce drżą, sięgam po kolejny, a myśl leci: za dużo obranych kartofli, tak samo jak za dużo prób
prób ratowania, prób zrozumienia, prób kontroli, prób bycia sobą wobec niego i wobec siebie — wszystko w misce, w tej samej wodzie, w tym samym ruchu
chciałabym wyrzucić je na podłogę, pozwolić, by spadły i rozbiły rytm, jak wykrzyczane słowa, których nie da się cofnąć
ale obracam je dalej, powoli, zbyt dużo, zbyt mało, i czuję coś dziwnego — w tym nadmiarze jest coś erotycznego, intensywnego, jakby ciało pamiętało dotyk, którego nie było, a który mogł być w wymianie dłoni
za dużo kartofli, za dużo pamięci, za dużo absurdów, za dużo tego, czego nie da się odłożyć ani zapomnieć
i nagle wszystko spada na mnie — nadmiar, nadmiar wszystkiego, obrane kartofle, echo kłótni, echo radia, echo cudzego życia
i w tym nadmiarze czuję spokój, który jest tak płynny, że niemal boli
obrane kartofle w misce, obrane kartofle w dłoniach, obrane kartofle w myślach
za dużo, a jednak nie wystarczy, by zamknąć cokolwiek, by wyrzucić cokolwiek z pamięci.
-
stawiam kartofle na gazie, woda faluje jak rzeka pamięci, bąble unoszą się w górę, pachną ziemią i snem
robię kolejną kawę, ziarenka w dłoni ciężkie jak drobne grzechy, wsypuję je do młynka — szelest, który mógłby być deszczem, albo oddechem muchy
mucha przysiada na blacie, patrzy na kawę, na moje palce, na kartofle — jej oczy dzielą świat na mikroświaty, których nie znam, a które migoczą jak iskry w powietrzu
zastanawiam się, ile z tych drobnych rzeczy ucieka, ile pozostaje niewidzialnych, jak słowa, których nigdy nie wypowiedziałam, jak grzechy, które chowają się w kątach kuchni
kawa w filiżance wiruje, kryształki cukru tańczą w spirali, topnieją, zostawiając po sobie cień słodkiej pamięci
strumień myśli nie ma końca, przeskakuje jak mucha między ziarenkami, między cieniami, między wspomnieniami mojej złości i absurdów w kuchni
czuję, że wszystko jest tym samym: ziarenko, tupnięcie, echo krzyku, cień jej spojrzenia, puls farby, którą kiedyś rozlałam
jakby wszystkie drobne rzeczy były połączone niewidzialną nicią, którą śledzę tylko ja, albo mucha, albo echo kuchni, która już nie istnieje
w głowie szelest ziemi, bąble w wodzie, dźwięk kawy — wszystko miesza się w strumień, w którym nie ma początku ani końca, tylko migoczący chaos, który pachnie absurdalnym spokojem
mogłabym obserwować to wiecznie, śledzić każdy drobiazg, każdy kryształ, każdy cień — i w tym strumieniu odnajdywać sens, którego nikt nigdy nie wypowie.
siadam przy stole, kawa stygnie szybciej niż myśli,pies podnosi głowę,patrzy na mnie tak, jak patrzą starzy ludzie, spokojnie, bez pośpiechu
zawsze mnie zastanawiało dlaczego im wystarcza tak mało łyżka w szklance ciepło kubka promień słońca na parapecie, jakby świat nagle kurczył się do kilku rzeczy, które nie krzyczą, może to nie jest rezygnacja, może to wiedza.
Wszystko inne było tylko hałasem, patrzę na parę nad kawą, unosi się powoli, jak oddech czyjegoś ciała w nocy i myśl przychodzi nieproszona, dziwna, trochę wstydliwa.
Jeśli starości wystarcza mniej, jeśli smak herbaty potrafi być prawie szczęściem, jeśli ciepło dłoni może zastąpić całe zdania, to jak bardzo przyjemne, musiałoby być to co kiedyś, to wszystko co natura obiecała ciału i jak bardzo musiałoby być teraz, gdyby tylko chciało być.
W tym jest jakaś niesprawiedliwość, taka sama jak w kartoflach, które trzeba obrać zanim staną się miękkie, ciało pamięta rzeczy, których już nie wykonuje, jak piosenkę, której nie ma w radiu.
Czasem kiedy dotykam kubka, albo kiedy ręka przypadkiem zahaczy o własny nadgarstek
myślę, że może wszystko w nas było zaprojektowane na więcej ognia, a potem ktoś, albo coś przykręciło kurek, zostawiło tylko ciepło, takie spokojne, prawie starcze.
Pies wzdycha przez sen, łapa drga i nagle myślę
,że może starość wcale nie polega na braku, tylko na tym, że człowiek wreszcie umie patrzeć, jak para nad kawą, jak światło na skórze i nie musi już sprawdzać co byłoby dalej.
dotykam skóry na przedramieniu, lekko, jakby była czyjąś, ciepło wraca powoli, z opóźnieniem jak echo w pustym pokoju.
Palce przesuwają się po skórze niepewnie, jakbym uczyła się alfabetu ciała, który kiedyś znałam na pamięć, myślę o tym ogniu o którym przed chwilą mówiłam w głowie, o tej obietnicy natury, która zawsze brzmi głośniej niż spełnienie.
Skóra pamięta więcej niż ja, ma swoje drobne archiwa, ciepło pod nadgarstkiem, cienką rzekę pulsu, miejsce przy obojczyku, gdzie dotyk zawsze był odrobinę zbyt prawdziwy, przesuwam palce wyżej jak ktoś kto sprawdza
czy w domu wciąż jest światło i przez chwilę jest niewielkie, prawie nic, ale wystarcza, żeby ciało przypomniało sobie, że kiedyś było instrumentem a nie tylko miejscem.
Pies oddycha ciężko przez sen, jego oddech porusza powietrze jak powolna fala, myślę nagle, że może przyjemność nigdy nie znika tylko zmienia skalę.
Kiedyś była jak burza, teraz jest jak ciepło dłoni, położonej na własnej skórze i w tej ciszy, w tym małym ruchu palców rozumiem coś dziwnego, że ciało wcale nie chce wielkich rzeczy, to my je do nich zmuszamy a ono potrafi żyć nawet z jednego powolnego dotyku.
Wstaję powoli, krzesło przesuwa się po podłodze jak myśl, która jeszcze nie zdecydowała dokąd iść, pies nawet nie otwiera oczu, ufa światu bardziej niż ja, podchodzę do regału, książki stoją ciasno, ramię przy ramieniu jak ludzie w pociągu, którzy udają że nie słyszą swoich oddechów, przesuwam palcem po grzbietach.
Papier jest chłodny, trochę zakurzony, jakby każda z nich pamiętała czyjeś ręce, których już tu nie ma.
Czytać? to przecież tylko sposób, żeby wypełnić czas, zabić go, jak muchę na parapecie, ale kiedy patrzę na tytuły dzieje się coś dziwnego, słowa zaczynają się rozsuwać, jedno mówi, podróż, drugie dom, trzecie noc, i nagle widzę w nich nasze życie, rozrzucone jak kartofle na blacie, tu początek, tu kłótnia, tu milczenie które rosło jak chwast między zdaniami, książki robią się podejrzane, jakby ktoś w środku, podsłuchiwał nasze dni
„miłość”
czytam półgłosem, i od razu widzę twoje plecy przy lodówce tamtej nocy, kiedy farba na ścianie pulsowała jak rana.
„czas”
i przypominam sobie ile go zmarnowaliśmy na sprawdzanie kto ma rację.
„cisza”
ta była najgorsza, bo zawsze przychodziła po wszystkim, jak sprzątaczka po balu, wyjmuję jedną książkę, otwieram, papier oddycha, litery stoją spokojnie, jakby nic nie wiedziały, a jednak mam wrażenie, że zaraz z którejś strony, wypadnie nasza kuchnia, pies, kubek, twoje zdanie które zaczynało się od „spokojnie”
Zamykam ją, odkładam, książki patrzą na mnie dalej cierpliwie, jakby wiedziały, że każdy człowiek w końcu i tak przeczyta własne życie
bez papieru, bez rozdziałów, bez końca który da się przewrócić palcem.
Wracam do kuchni, woda już ucichła, garnek stoi ciężki, jakby coś w nim, dojrzało bez mojego udziału.
Odcedzam ziemniaki, para ucieka w okno
rozpływa się w powietrzu jak myśl, która nie chce zostać zapisana.
Pies podnosi głowę tylko na chwilę, sprawdza czy świat dalej istnieje, potem znowu odpływa w swój spokojny sen, stawiam miskę na blacie.
Ziemniaki są miękkie, posłuszne, rozsypują się pod widelcem jakby od początku wiedziały, że taki jest ich los.
Mąka, jajko, sól - proste rzeczy zawsze trochę mnie zawstydzają, bo wszystko inne w życiu było trudniejsze, a jednak mniej potrzebne.
Garnek ostygł na parapecie, na którym kiedyś byłam taka gorąca, mogę teraz ugnieść swoje wspomnienia jak masę.
Ugniatam więc, ciepło przechodzi w dłonie
gęste, trochę cielesne, przez chwilę mam wrażenie, że dotykam czegoś żywego, patrzę przez okno ktoś przechodzi chodnikiem, kobieta w płaszczu, pies na smyczy, zwykłe życie które nie wie, że ktoś właśnie rozmyśla o nim w kuchni.
Robię kulkę, potem następną, palcem wciskam małe wgłębienie jak znak, którego nikt nie będzie czytał.
Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego kluski muszą mieć ten dołek, jak ty kiedy się śmiałeś, jakby każda z nich potrzebowała miejsca na coś, co zaraz spłynie.
Masło, sos, albo przypadkową kroplę pamięci.
Robię kolejne, ręce pracują same, ciało zna te ruchy, lepiej niż moje myśli, i nagle widzę, że całe życie jest trochę jak te kluski, ziemniaki rozgniecione, mąka która próbuje je utrzymać i małe wgłębienie na coś, co przyjdzie z zewnątrz.
Patrzę jeszcze raz przez okno, świat idzie dalej bez przerwy a ja stoję przy blacie z dłoniami w cieple ziemniaków i myślę, że może właśnie dlatego starszym ludziom wystarcza tak mało
bo w końcu wiedzą, że wszystko i tak skończy w jakiejś misce, miękkie, parujące i przez chwilę
zupełnie wystarczające.
Odstawiam garnek, para jeszcze chwilę unosi się nad kuchenką, jakby coś chciało zostać ale nie miało już gdzie.
Wyławiam kilka klusek, tylko tyle na dziś, resztę układam na desce, białe, miękkie, czekające jak słowa które nie zostały wypowiedziane.
Zamrażarka otwiera się ciężko, światło w środku jest inne, zimne i trochę szpitalne, zawsze mnie dziwiło, że można zatrzymać coś tak po prostu
jednym ruchem drzwi, jednym kliknięciem temperatury.
Wkładam kluski po kolei, nie dotykają się prawie, jak ludzie w poczekalni i nagle myśl, że przecież całe życie robię dokładnie to samo, zamrażam rzeczy, tamtą noc w kuchni, twoje plecy przy lodówce czy to zdanie zaczynające się od — spokojnie.
Zamrażam je gdzieś w środku, żeby się nie psuły, żeby nie zaczęły pachnieć bo wspomnienia też mają zapach, trochę wilgotny
trochę jak piwnica.
Pies przewraca się na drugi bok, jego sen jest prosty, bez archiwów, zawsze zazdrościłam psom, że niczego nie przechowują, nie robią zapasów z dni.
Ja robię, całe półki, tu jedno lato, tu twoje milczenie, tu ta dziwna chwila kiedy patrzyliśmy na siebie jak obcy ludzie, którzy przypadkiem siedli przy tym samym stole.
Zamykam zamrażarkę, cisza robi się grubsza
jak lód, na blacie zostaje tylko mała miska z kilkoma kluskami, ciepłymi, prawie żywymi
Myślę nagle, że może właśnie dlatego niektóre rzeczy trzeba zjeść od razu bo jeśli je zamrozisz przestają być chwilą a stają się pamięcią, która kiedyś wróci twardsza i zimniejsza, mniej smaczna niż była naprawdę.
Stawiam miskę na stole, kluski jeszcze oddychają, para podnosi się leniwie, jak ktoś kto nie ma już dokąd iść, siadam, widelec wchodzi w pierwszą z nich, miękka, poddaje się bez sprzeciwu.
Zawsze mnie trochę niepokoi, jak łatwo rzeczy się rozpadają, kiedy są już gotowe.
Pies nie podnosi głowy, ufa że świat sam się sobą zajmie, włączam telewizor, ekran zapala się nagle, jak drugie okno w ścianie z widokiem na zmyślony świat.
Od razu ktoś mówi, zbyt głośno, zbyt pewnie, że czegoś potrzebuję, zawsze mnie zastanawia
skąd oni wiedzą czego potrzebuję.
Kobieta w reklamie śmieje się szeroko, jej zęby są białe jakby nigdy nie jadła ziemniaków, jakby nigdy nie musiała czegoś odkładać na później
pokazuje kuchnię większą niż całe moje mieszkanie, dziecko biegnie przez salon
mężczyzna obejmuje ją od tyłu, wszyscy wyglądają, jakby nigdy nie zamrażali niczego
ani klusek, ani słów.
Jem powoli i nagle rozumiem, że te reklamy nic nie sprzedają, one przypominają, pokazują życie, które gdzieś istnieje ale nie tutaj.
Podróże, których się nie odbyło, ciała, które się nie starzeją, stoły przy których nikt nie milczy.
Kolejna reklama, para śmieje się w łóżku, kołdra jest biała, światło miękkie i przez chwilę myślę
że telewizor jest trochę jak pamięć, ciągle pokazuje rzeczy, których już nie ma albo nigdy nie było.
Film zaczyna się na chwilę, ktoś biegnie, ktoś kogoś kocha, ktoś zaraz umrze i nagle cięcie
— jak nóż w historię.
Zawsze mnie to dziwi, bo przecież tak się nie da
wyobrażam sobie, że ktoś zatrzymuje nasze życie w połowie zdania.
— poczekaj chwilę — mówi głos znikąd
— zanim powiesz że mnie kochasz
zobacz tę nową ofertę, albo tamtej nocy w kuchni, kiedy farba pulsowała na ścianie i nagle ekran gaśnie
— zaraz wracamy
śmieszne.
W życiu nie ma przerw, kłótnie lecą do końca, milczenie też a najgorsze rzeczy zawsze wydarzały się bez żadnego ostrzeżenia.
Widelec zatrzymuje się nad miską, patrzę na ludzi w telewizorze, są szczęśliwi, zbyt jaśni, zbyt prości, jakby ktoś wygładził ich życie
żelazkiem i nagle myślę, że może dlatego te reklamy są takie głośne bo próbują zagłuszyć jedną prostą rzecz, że nie wszystko da się kupić, niektórych rzeczy nie da się odzyskać a niektórych nawet nigdy nie było w sprzedaży.
Odkładam widelec na chwilę, telewizor mówi dalej jakby ktoś w nim mieszkał i bardzo bał się ciszy, pies drga łapą przez sen, pewnie goni coś prostego, patyk, zapach, czyjś cień.
Ja gonię myśli i nagle zupełnie bez powodu
pojawia się twoja twarz, nie ta z dzieciństwa, nie ta z warkoczami, ta z peronu, kiedy mówiłaś, że to tylko na chwilę.
Niemcy brzmiały wtedy jak inna dzielnica, jakby można było wsiąść w pociąg i wysiąść w niedzielę z torbą pełną bułek.
Ludzie tak mówią — wyjechała do pracy
— przecież to blisko, tak blisko, tylko że z bliskich rzeczy czasem najłatwiej zrobić odległość.
Mówię sobie różne rzeczy, że masz swoje życie
że młodzi muszą iść dalej, że przecież dzwonimy, czasem, czasem nawet się śmiejemy ale prawda jest inna i siedzi gdzieś głębiej
jak ość, bo kiedy ktoś pyta, dlaczego tak rzadko cię widuję zawsze odpowiadam za szybko
— praca
— dużo obowiązków
— wiesz jak jest
jakbym sprzedawała reklamę, krótką, ładną, bez ciszy między zdaniami a przecież wiem, że czasem ludzie nie wracają nie dlatego, że nie mogą tylko dlatego, że coś po drodze zmieniło kierunek.
Patrzę na ekran, jakaś dziewczyna biegnie przez lotnisko, ktoś na nią czeka, obejmują się, kamera robi z tego wielką chwilę, zawsze mnie to trochę rozśmiesza bo w życiu najważniejsze rzeczy, wydarzają się ciszej, bez muzyki
na przykład wtedy, kiedy orientujesz się
że czyjś pokój od dawna stoi pusty.
Telewizor znowu krzyczy, ktoś sprzedaje bilety
tanie loty, łatwe powroty, uśmiecham się trochę
bo przecież wiem, że najtrudniejsze w powrotach nie są kilometry tylko to, że człowiek nie jest już tym samym do którego wraca.
Siedzę chwilę bez ruchu jakby myśl była cięższa niż ciało, telewizor mówi dalej ale już go prawie nie słucham, bo nagle przypomina mi się Basia z dołu, ta od zielonych paprotek na balkonie, zawsze podlewa je o tej samej porze jakby woda mogła coś naprawić, jej córka nie wyjechała nigdzie, żadne Niemcy, żadne pociągi z torbą pełną bułek, została tutaj
piętro niżej od matki.
Tak blisko że czasem słyszę jak trzaskają drzwi
a jednak kiedy Basia mówi o niej na klatce
głos ma taki jakby opowiadała o kimś z bardzo daleka
— młoda jest jeszcze
— pogubiła się trochę
mówi to spokojnie
ale ręce zawsze coś robią
klucze, reklamówka, papierosy
jej córka wraca w nocy
czasem śmieje się głośno na schodach
czasem płacze
czasem śpi pół dnia
ludzie mówią różne rzeczy
że źle się prowadzi
że chłopaki
że alkohol
że szkoda dziewczyny
i tak siedzę przy stole
i nagle myślę
co jest gorsze dla matki
kiedy dziecko znika za granicą
i zostaje po nim pokój
który powoli zamienia się w magazyn ciszy
czy kiedy jest tak blisko
że można usłyszeć każdy błąd
jak spada ze schodów życia
stopień po stopniu
Basia przynajmniej widzi swoją córkę
czasem razem idą do sklepu
czasem się kłócą pod blokiem
ja widzę ciebie
głównie w telefonie
mały prostokąt światła
w którym mówisz
że wszystko jest dobrze
śmieszne
jedna matka ma dziecko za ścianą
i martwi się każdej nocy
druga ma dziecko za granicą
i martwi się trochę ciszej
Pies przewraca się przez sen
telewizor znowu coś sprzedaje
a ja siedzę i próbuję policzyć
czy odległość mierzy się kilometrami
czy ilością rzeczy
których nie można już naprawić
i nagle przychodzi mi do głowy
że może wcale nie ma dobrej wersji
są tylko różne sposoby
żeby się martwić, że każda z nas zazdrości tego, czego nie ma i w obu mieszkaniach jest za mało miejsca by zmieściło się jeszcze szczęście.
Pies nagle drga przez sen
brzuch unosi się jak mała fala
i po chwili powietrze w kuchni zmienia zdanie,
śmierdzi , tak zwyczajnie, bez filozofii, bez żadnej metafory która próbowałaby to uratować
— no pięknie — mówię do niego cicho
on nawet nie otwiera oczu tylko macha raz ogonem jakby świat był dokładnie taki jak powinien, i przez chwilę myślę, że zwierzętom jest łatwiej, one nie noszą w sobie zepsutych godzin, nie zbierają ich jak rachunków w szufladzie, nie przewracają w głowie rozmów sprzed lat, jak kamieni w kieszeni.
Pies puszcza bąka i po sprawie a człowiek,
człowiek potrafi nosić jeden wieczór przez pół życia, jak zapach który nie chce wyjść z ubrania
siedzi w pamięci w zakamarkach dni
między jednym talerzem a drugim czasem myślę, że gdyby się dało
to człowiek powinien móc zrobić dokładnie to samo, usiąść spokojnie przy stole, odchrząknąć
i wypuścić z siebie wszystko co się zepsuło, te godziny kiedy mówiło się za ostro albo wcale, te chwile kiedy ktoś wychodził z pokoju i było wiadomo, że coś właśnie pękło, ale tak się nie da.
Złe rzeczy nie wychodzą z człowieka, one raczej zostają, jak rdza pod farbą na okapniku parapety.
Patrzę na psa, śpi dalej, lekko się uśmiecha przez sen, jakby śniło mu się coś bardzo prostego, może bieganie, może trawa, może nic.
Telewizor znowu zmienia reklamę, jakiś bank obiecuje spokojną przyszłość, zawsze mnie to trochę rozczula bo spokój chyba nigdy nie przychodzi z banku, ani z lotniska, ani z telefonu.
Spokój chyba zaczyna się dopiero wtedy kiedy człowiek przestaje próbować naprawić wszystko.
Pies znowu wzdycha
powietrze w kuchni nadal jest podejrzane, otwieram trochę okno, południe wpada do środka jak zimna woda i nagle myślę
że może z ludźmi jest dokładnie odwrotnie niż z psami.
My przez całe życie próbujemy zatrzymać w sobie to co dobre a wypuścić to co zgniłe, a wychodzi na to że pamięć robi dokładnie odwrotnie.
Telewizor nagle zmienia ton, reklamy znikają, uśmiechy też, pojawia się mapa, czerwone strzałki, nazwy miast których nigdy nie widziałam na oczy, mówią o wojnie, o Ukrainie
głos spikera jest spokojny, zawodowy, jakby opowiadał o pogodzie która trochę wymknęła się spod kontroli, na ekranie płonie jakiś budynek, ktoś biegnie z torbą, ktoś płacze
patrzę na to, i przez chwilę mam wrażenie, że wszystko co myślałam przed chwilą jest trochę… małe: pies, bąk, Basia z paprotkami, pokój który stoi pusty.
Wojna obok tego wygląda jak inna planeta ale tylko przez chwilę bo potem przychodzi druga myśl, taka nieładna, trochę wstydliwa, że może dramat wcale nie ma jednej skali, że dla świata najważniejsze są czołgi a dla człowieka czasem ważniejszy jest jeden telefon, który nie zadzwonił, ktoś w telewizji mówi o tysiącach ludzi, o granicach, o historii, duże słowa.
Zawsze kiedy je słyszę mam wrażenie, że są trochę za szerokie dla jednego życia bo życie jest raczej zrobione z drobiazgów, z kuchni, z talerzy, z psa który śpi na boku, z pokoju który stoi pusty.
Myślę o tych kobietach, po drugiej stronie granicy, czy one też siedzą gdzieś przy stole, czy też próbują policzyć czego nie da się już naprawić, czy dramat staje się większy, kiedy słychać wybuchy, czy może wtedy jest po prostu inny.
Telewizor mówi dalej o ofensywie, o stratach, o liczbach.
Liczby zawsze brzmią bardzo poważnie a jednak gdy jedna osoba płacze w kuchni liczb nie ma wcale, jest tylko jeden człowiek i jedna rzecz, która się nie udała.
Pies podnosi na chwilę głowę, patrzy na ekran
jakby sprawdzał czy to coś ważnego, po chwili znowu zasypia i nagle myślę, że może świat zawsze był trochę taki, gdzieś spadają bomby
a gdzieś ktoś siedzi przy stole i zastanawia się
czy odległość do własnego dziecka może boleć tak samo jak wojna, i nikt nie potrafi tego porównać, bo ból nie ma wspólnej miary, każdy nosi swój jak kieszeń wszytą w środku ciała.
Telewizor ścisza się sam albo może to ja przestaję go słyszeć a za oknem ktoś zamyka drzwi samochodu, pies wzdycha, a ja nagle mam wrażenie,że świat jest ogromny i jednocześnie cały mieści się w tej kuchni.
Wcieka pod drzwiami, przez okna, przez tekst, przez obraz.
Kolejny news wślizguje się na ekran jak ktoś kto nie puka, politycy siedzą przy długim stole, pochylają się nad mikrofonami, ich głosy brzmią jak metalowe łyżki stukające o talerze, ktoś mówi o frakcjach, ktoś o zdradzie, ktoś o odpowiedzialności za kraj.
Słowa znowu robią się duże i ciężkie, prawie jak meble których nikt nie potrafi przesunąć, patrzę na nich i myślę że kłótnia w telewizji zawsze wygląda trochę jak teatr, wszyscy wiedzą kiedy podnieść głos, kiedy zrobić pauzę, kiedy spojrzeć w kamerę tak jakby patrzyli prosto w czyjąś kuchnię, może właśnie w moją. Zastanawiam się czasem czy te obrazy naprawdę są po to żeby coś zrozumieć czy raczej żebyśmy się trochę rozeszli od siebie
tak jak dzieci które nagle odkrywają, że można stanąć po dwóch stronach stołu, pies przewraca się na drugi bok, ogon uderza lekko o krzesło
a w telewizji ktoś mówi że społeczeństwo jest podzielone, to dziwne słowo, podzielone jakby człowieka można było rozciąć nożem na dwie równe części i każda z nich była pewna że to ona jest całością.
Reklama przerywa myśl, kobieta śmieje się w jasnej kuchni, mężczyzna nalewa sok do szklanki, dziecko biegnie przez korytarz jakby świat był prostą drogą bez zakrętów, wszystko błyszczy, stół, talerze, ich zęby a głos z offu mówi coś o zaufaniu, o marce która jest z nami od lat, o przyszłości która zaczyna się od małej decyzji.
Zawsze mnie trochę zadziwia, ten wysiłek, tyle światła, tyle muzyki, tyle uśmiechów, żeby ktoś uwierzył w sok, albo w proszek do prania albo w człowieka który przed chwilą krzyczał przy stole
telewizor zmienia obrazy tak szybko, jakby próbował udowodnić że wszystko da się przykryć następną sceną, wojną, polityką, reklamą, pogodą, jak talerze ustawione jeden na drugim a ja siedzę w tej samej kuchni, pies oddycha spokojnie, zegar wisi trochę krzywo
i nagle myślę, że może największy podział na świecie nie biegnie między partiami ani między krajami tylko między tym co naprawdę się dzieje
a tym co potrafimy o tym powiedzieć.
Telewizor nagle milknie, pod moim palcem,
jak ktoś kto powiedział już za dużo, w kuchni robi się miejsce,dla ciszy, pies podnosi głowę
jakby sprawdzał czy to koniec świata, czy tylko koniec programu.
Naciskam przycisk jeszcze raz na wszelki wypadek, bo czasem rzeczy wracają kiedy się odwrócisz ale ekran jest czarny, spokojny, trochę jak zamknięte oko.
Idę do łazienki, kafelki są chłodne, światło zbyt jasne jak na środek dnia, przez chwilę stoję przy wannie i myślę, że kąpiel o tej porze jest trochę podejrzana, jak ucieczka z lekcji, ale woda już leci, szum brzmi prawdziwiej niż wszystkie wiadomości, spada do wanny i rozlewa się, bez komentarza, bez eksperta.
Zdejmuję koszulkę, na skórze czuję dzień, jak cienką warstwę kurzu, może to głupie, ale mam nagłą potrzebę, zmyć z siebie te godziny
te obrazy, ten stół z politykami, płonący budynek
uśmiech z reklamy,liczby które ktoś wypowiadał powoli jakby były modlitwą.
Woda jest ciepła, wchodzę ostrożnie, jak do rozmowy której nie jestem pewna, na chwilę zamykam oczy, myślę, że ciało jest dziwnie prostym miejscem, kiedy boli - wiadomo gdzie, kiedy zimno - wiadomo co zrobić, a głowa, głowa jest jak telewizor który nigdy się nie wyłącza, zanurzam ręce, przez chwilę mam wrażenie, że dzień odpływa ze mnie razem z wodą, jakby wszystkie te wiadomości, polityki, reklamy, kłótnie, były tylko cieniem, który można spłukać.
Pies przechodzi korytarzem, słyszę stuk jego pazurów, i nagle przypomina mi się, że świat dalej tam jest, tylko ja siedzę przez chwilę, w tej małej wannie, jak w przerwie między zdaniami.
Siedzę w tej wodzie jeszcze chwilę, cisza robi się miękka, jakby łazienka była kieszenią w której ktoś zapomniał czasu, kładę głowę na brzegu wanny, kafelek jest chłodny, dobrze że coś jest chłodne bo ciało powoli przypomina sobie że żyje, to dziwne jak nagle wraca, bez zaproszenia, bez powodu, dotykam ramienia, potem brzucha, jakbym sprawdzała czy to naprawdę ja, czy tylko jakaś wersja mnie, która została po wszystkich wiadomościach.
Woda porusza się powoli, jakby też myślała i nagle przychodzi ta myśl, trochę wstydliwa, trochę śmieszna, że pragnienie wcale nie jest rozsądne, nie sprawdza daty urodzenia, nie czyta kalendarza, nie interesuje się wojną, inflacją, ani tym czy ktoś jest już „w tym wieku”.
Ciało po prostu pamięta, jak pies, który pamięta drogę do domu nawet po latach, przesuwam dłonią po skórze, powoli, z ciekawością, jakby to był przedmiot znaleziony na strychu, trochę zapomniany, ale wciąż działający i nagle uświadamiam sobie, że przez całe życie ktoś nam mówi, kiedy można pragnąć, a kiedy już wypada tylko wspominać, a przecież ciało nic o tym nie wie, ono po prostu czasem chce ciepła, bliskości, oddechu, nawet jeśli ten oddech, jest tylko mój.
Woda lekko chlupie, jakby się ze mnie śmiała
i myślę przez chwilę, że świat pewnie dalej krzyczy, telewizory mówią, politycy liczą coś poważnego, a ja siedzę tutaj w wannie
odkrywając z lekkim zdziwieniem, że moje ciało
wciąż ma własne zdanie.
Czuję przez chwilę coś jak rumieniec, choć w łazience jest tylko para i ja, ta stara myśl, podnosi głowę jak nauczycielka z podstawówki, że to wstyd, że tak nie wolno, że dorosła kobieta powinna mieć inne zajęcia.
Siedzę w wodzie i nagle robi mi się trochę głupio, jakbym została przyłapana, choć przecież nikogo tu nie ma.
Pies znowu przechodzi korytarzem
stuk pazurów, zupełnie obojętny na moje filozofie czy fizjologie i wtedy zaczynam się z tej myśli śmiać, cicho, prawie do wody, bo kto właściwie ustalił te wszystkie zasady, kto powiedział, że ciało ma pewien termin ważności
jak jogurt w lodówce, że po iluś latach powinno już tylko spokojnie siedzieć, pić herbatę i mówić młodszym ludziom żeby uważali na przeciągi.
Zanurzam dłonie w wodzie, patrzę jak skóra marszczy się powoli, jak mapa jakiegoś starego kraju i myślę że ciało jest trochę uparte, trochę głupie, trochę odważne, bo nawet kiedy głowa mówi „już nie wypada” ono dalej po cichu żyje.
Woda stygnie powoli, łazienka pachnie mydłem i czymś jeszcze, czymś trochę bardziej prywatnym i nagle przychodzi mi do głowy
że może największą bezczelnością ciała jest to
że ono naprawdę nie przejmuje się opinią świata.
Wychodzę z łazienki, krople wody spływają po nadgarstku jak jakieś maleńkie tajemnice. Telefon wibruje na stole, ekran rozświetla półmrok kuchni. To córka.
— Mamo, nie wrócę na święta, mam dużo pracy — mówi spokojnie, a ja słyszę w tym tyle dystansu, tyle niewypowiedzianego.
Kiwnęłam głową, mówię, że rozumiem, że tak jest, że praca ważna, obowiązki… ale boli mnie to. Nie święta, nie terminy, tylko ta cisza, która zostaje po tym, czego nie będzie, po tych uśmiechach, które nie nadejdą, po ciepłych chwilach, które się nie zdarzą.
Odkładam telefon. Dłonie mi drżą, jeszcze czuję dotyk wody, łazienki, całej tej samotnej fizyczności. Siadam przy stole, patrzę przez okno i wiem, że szukam czegoś, czego już nie ma w kalendarzu ani w rozmowach.
Pies podnosi głowę i patrzy na mnie tak, jakby wszystko rozumiał — wszystkie niewypowiedziane rzeczy, wszystkie ciche bóle, które przychodzą nieproszone. Mruczę coś pod nosem, niby do siebie, niby do niego, i nagle czuję, że to mój sposób na oswojenie tej bezsensowności, tej samotnej nuty, która zawsze przychodzi, gdy ktoś nie wraca.
Przypominam sobie, że przebudzenie jest jak stygmat, jak gwóźdź w dłoni — nagle czuję ciężar wszystkiego, co mogło być, a nie było. Śmieję się z własnej bezradności, bo przecież nikt nie ustalał reguł na ból, na tęsknotę, na to, że serce wciąż chce więcej, niż może dostać.
Chcę wziąć oddech, poczuć, że nawet jeśli świat wymaga spokoju i powagi, moje ciało i dusza wciąż mogą robić swoje.
Stoję jeszcze chwilę przy stole, jakby coś miało się samo wydarzyć, jak w filmach kiedy bohater nic nie robi, a życie przychodzi i puka, ale w kuchni jest tylko zegar i pies który wzdycha przez sen, jakby miał ważniejsze sprawy niż moje.
Otwieram szafkę nad zlewem, stoi tam butelka wódki, trochę zapomniana, trochę jak gość który przyszedł dawno temu i nikt nie powiedział mu że może już iść.
Patrzę na nią chwilę, zastanawiam się czy to jest jeden z tych momentów kiedy człowiek powinien się napić, czy jeden z tych kiedy właśnie nie powinien.
Wódka jest dziwnym lekarstwem najpierw robi miejsce w głowie a potem zabiera z niej meble.
Nalewam trochę do małej szklanki, takiej od herbaty z czasów kiedy córka była mała i wszystko było mniejsze, kubki, buty, problemy, przez chwilę tylko patrzę jak przezroczysta stoi na stole, spokojna, niewinna, jakby nic o świecie nie wiedziała.
Pies otwiera jedno oko, patrzy na mnie, tym
Wsumie ryba od gkowy sie psuje
Wolnisc slowa
Jak Padawian
Moralny upadek?
Nie chciałambys mnie poznac
Nie nadarzyłabys
Bo ci zeby wybije😁
Przyhamuj z tym gównem, który produkujesz w komentarzach.
Swoją patologię zatrzymaj w domu i nie rozsiewaj po całym internecie.
Napisałam do Ciebie, nie do innych.
Panuj nad słownictwem w komentarzach, bo nie wypada.
https://www.opowi.pl/zaproszenie-dla-juz-zdecydowanych-i-a114863/
Głupie cipy.
Juz sam szatan stad do mnie przyszedl
Nie zdziwie sie jak zerknie i pójdzie;)
On z Bogiem musza utrzymywac plus i minus w kontekscie walki dobra i zla
https://www.opowi.pl/zaproszenie-dla-juz-zdecydowanych-i-a114863/
https://www.opowi.pl/zaproszenie-dla-juz-zdecydowanych-i-a114863/
Wystaje ci kiszka.
😐
Wiec do budy!
Gowno tu wnosicie!
Sam zlom
https://www.opowi.pl/zaproszenie-dla-juz-zdecydowanych-i-a114863/
Jestem w swojej przestrzen
Z cym szacunkiem do Ciebie
Czy możesz napisać konkretny powód, zamiast "swoja przestrzeń", której nikt ci nie odbierze.
Ok.
Jeśli samodzielnie napiszesz tekst, to nie będzie on plagiatem. To chyba logiczne🤷♀️
Jak tam na pustyni? powietrze nie zdycha?
Jestem dzis bardzooooioooi złaaaaa
Piszesz jeszcze teksty na ''Wywrocie'' ?
😝
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania