Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Możesz zlizać ze mnie mój geniusz
Musiałem się rozwiązać. Rozpuścić i skroplić. Rozwodzić nad strumieniem świadomości. Nad strumieniem myśli. Nad myślą z przejrzystego kwarcu. Z kwarcu małych kobyłek, które plują na leczo. A może były to mlecze?
Może kobyłki mielą w pyskach kryształki kwarcu i gwarancja to wyłącznie definicja grawitacji? A wygrawerowany na niebie samolot zostawił tylko trochę śluzu, który ciągnie się jeszcze, ciągnie albo zostawił białawą bliznę, która zrośnie się, zrośnie. Musiałem pouczać logikę.
Powiedzieć prosto w oczy - te dwie, kuliste, szklisto-inteligentne powierzchnie wypukłe; że zdzierają z nas ceny paliw do cna i przez cła - resztki ambicji. I będę ryczał, a rykiem stają się wybite z rytmu zęby, gdy mogłem lub chciałem przegryźć różaniec, gdy babcia owinęła mi szyję i mówiła, że boskość nas ociepli, rozpuści śniegi jak rozpuszcza się cukier w herbacie.
A ziemia, ta mała, głupia planeta, na której człowiek posadził przed laty betonowe kikuty, drzewa żelazne i porastają powoli okolicę i okoliczności, coroczną trybunę sprawiedliwości pośród świateł i światła; ta mała głupia planeta, której tak bardzo nam trzeba strzec i pilnować jest tylko dziwką, która dla dzieci zrobi i odda wszystko.
Może nigdy nie było kobyłek, nie było kwarcu, nie było mlecza. Nie było ziemi, różańca, czy babci. Może strumień świadomości był tylko potokiem albo suchym korytem rzeki. Pluję tam czasem. Ale ślina szybko wysysa.
Samolot jest tylko samolotem. Zostawia obłoki spalin. Niedługo rozmyją się, rozejdą po kościach, które na niebie rozrzucą gwiazdy i świeżość powietrza, gdy wciska się przez okna pod osłoną nocy, będzie skwierczeć mi w płucach, aż płuca nie będą mi sterczeć spod łóżka, jakbym się przykrył i okrył hektolitrami potu, który wypocił karmazynowy chłopiec.
Chciał uciec. A ja? Chciałem mu pomóc. Wrzuciłem do strumienia świadomości. Ale nie było tam strumienia, ani świadomości. I rzadko teraz tam patrzę. Tylko pluję, liczę na odwilż w najbardziej upalne lato. Mielę mu kości. Uczę się lepić pierogi. Próbuję wydłubać spod paznokci trochę sensu. Wydłubać jeszcze trochę. Jeszcze raz. Obgryzam paznokcie, resztki wrzucam do kotła ludzkich myśli i dzisiaj się nie wyśpię. Będę czekał, aż karmazynowy chłopiec opowie coś o sobie. Lub wsiądzie na kobyłkowe grzbiety. Przebiegnie się po ścieżce, którą w niebie wydeptały samoloty. Splunie we mnie. Ściągnie spodnie i będzie całował się z ciemnością, gdy pod językiem czuję smak paliwa.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania