Mroczny port.
Mrok spowijał wąskie, brukowane uliczki starego portu, a gęsta jak śmietana mgła leniwie snuła się przy ziemi, niczym widmo tajemnicy, która nie chciała ujrzeć światła dziennego. Latarnie gazowe rzucały wątłe, drżące snopy złotego światła, wycinając z cienia sylwetkę Wiktora Rozenberga. Wiktor – prywatny detektyw o spojrzeniu twardszym niż stal z katowickich huty i przeszłości pełnej niedopołkniętych gorzkich pigułek – poprawił kołnierz ciężkiego, wełnianego płaszcza.
Zlecenie przyszło wczorajszego wieczoru. Anonimowy list, napisany zwięzłym, wykaligrafowanym pismem na pachnącym jaśminem papeterii, wzywał go do rezydencji barona von Stahla. Sprawa miała dotyczyć zniknięcia bezcennego „Czarnego Diamentu” – kamienia, za który ludzie oddawali życie z uśmiechem na ustach.
Gdy Wiktor pchnął ciężkie, dębowe drzwi posiadłości, w powietrzu uniósł się zapach starego drewna, luksusowych perfum i… delikatnej nuty migdałów. Cjanek? A może po prostu złudzenie?
– Pan Rozenberg, jak mniemam? – Z cienia holu wyłoniła się kobieta, której uroda potrafiła zatrzymać tętno w piersiach.
Była to lady Klara, młoda wdowa po baronie. Jej suknia z czarnego, opływającego ciało jedwabiu opinała biodra z bezwstydną gracją, odkrywając ramiona białe jak marmur. Oczy miała w kolorze burzowego morza – niebezpieczne, głębokie i obiecujące zarówno rozkosz, jak i zagładę. Kiedy podeszła bliżej, Wiktor poczuł, jak krew szybciej uderza mu do skroni.
– Przegapił pan obiad, detektywie – szepnęła głosem miękkim niczym aksamit, przysuwając się na odległość, przy której ich oddechy zaczęły się mieszać. – Ale może to i dobrze. Najciekawsze rzeczy w tym domu dzieją się po zmroku.
– Jestem tu dla diamentu, lady Klaro – odparł Wiktor, choć jego chłodny ton był jedynie pancerzem na gwałtowny przyspieszony rytm serca.
– Diament… – powtórzyła z zmysłowym uśmiechem, dotykając palcem klapy jego płaszcza i powoli przesuwając go w dół. – Wszyscy szukają kamieni, gdy wokół płoną prawdziwe namiętności.
Zanim zdążył odpowiedzieć, z głębi korytarza dobiegł głuchy łomot i cichy, przerwany w pół słowa krzyk. Wiktor natychmiast odepchnął delikatnie kobietę i wyciągnął z kabury ciężkiego Browninga.
Dotarli do gabinetu barona. Drzwi były uchylone. Wewnątrz, w fotelu pod wielkim witrażem, siedział lokalny jubiler, pan Hanc – człowiek, który miał wyceniać skradziony klejnot. Głowa opadała mu bezwładnie na piersi, a w jego plecach tkwił misternie zdobiony stilet. Ale to nie widok krwi wstrząsnął Wiktorem. Na biurku, tuż obok zakrwawionych dłoni zabitego, leżała pusta kasetka, a na jej wieczku widniał świeży, czerwony ślad szminki – identyczny z tym, który zdobił usta lady Klary.
– Och, Wiktorze… – szepnęła za jego plecami Klara. W jej głosie nie było strachu. Była w nim drapieżna, niepokojąca obietnica. – Musisz mi uwierzyć, to nie ja. A może… chciałbyś przekonać się, jak wysoko sięga moja niewinność?
Przywarła do niego z nagłą, dziką pasją. Jej usta odnalazły jego wargi w gwałtownym, spragnionym pocałunku, który pachniał grzechem i zakazanym owocem. Jej dłonie wsunęły się pod jego płaszcz, badając twarde mięśnie klatki piersiowej. Umysł detektywa podpowiadał mu, że stoi w kleszczach śmiertelnej pułapki, ale ciało odmawiało posłuszeństwa w tym zmysłowym tańcu na skraju przepaści.
Wtem, za ich plecami, zgrzytnął zamek w oknie.
Jednym sprawnym ruchem Wiktor odepchnął Klarę za swoje plecy i wystrzelił w stronę postaci wychodzącej przez balkon. Błysk wystrzału rozświetlił pokój, a cichy jęk zdradził, że kula sięgnęła celu. Złodziej – a może prawdziwy morderca – przeleciał przez balustradę i zniknął w gęstej mgle ogrodu, pozostawiając za sobą jedynie krwawy ślad i mały, aksamitny woreczek rozerwany na ostrym kute zwiastunie ogrodzenia.
Gdy Wiktor podbiegł do balkonu i podniósł woreczek, ze środka wysypał się strumień olśniewających, czarnych iskier. Diament był w jego rękach. Ale kiedy odwrócił się, by spojrzeć na Klarę, Gabinet był pusty. W powietrzu unosiła się jedynie nuta jaśminowego zapachu i cichy, skradziony szelest jedwabiu na korytarzu.
Gra się nie skończyła. Prawdziwe polowanie miało się dopiero zacząć w gęstniejących mrokach miasta.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania