Muskacze chmur

wyciągają się opuszki, paznokcie. dziewczyny rasy

polska zwisłomózga, chłopaki mający świniuteńkie

myśli, wielolatkowie o wzdętych od dumania

trzewioczaszkach pragną tego samego:

wgryźć się. dotykiem.

 

a przecież to jakby przejechać palcami po rozgrzanym

oleju! ten raik ma bramę z surowego mięsa,

jakkolwiek głupio to brzmi.

 

co za nią? edeniątko, niby stąpanie po kruchym

lodzie, loteria, na której możesz wygrać

nieruchomość. żaden los nie jest pusty!

 

albo trafisz dom za miliony, setki tysięcy, dziesiątki,

albo, przy odrobinie szczęścia, wylosujesz budżetową

wersję, willę, której koszt zbudowania wyniósł 55 złotych,

czy pałac za jeszcze mniej, mieszkalną atrapę

ze sklejki i twardego błota.

 

wzwodzą się paluchy. tymczasem mój dziwny

przyjaciel (z wyglądu – trochę jak Jahwe,

tylko bardziej kosmaty) podszeptuje, że nie warto.

 

czort tam ze związkami, zakładaniem stadła,

chromolić dusery, łamanie sobie głowy i serca,

tulenie rozgrzanej do białości blaszanej tarczy

(ma rację, tym w istocie jest niefortunnie

ulokowane uczucie, czy związek bez przyszłości).

 

że lepiej spojrzeć niżej, pod but,

znaleźć taką maleńką klapkę, podnieść ją.

 

i odkryć świat wartościowszych chmur,

tych całkiem spod gleby, krainkę,

do której wmykają się prawdziwi wagarowicze

aby roztrwonić, rozdzierzgnąć, co tylko się da.

Następne częściMuskacze chmur II. Z języczkiem.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania