My już dawno przegniłyśmy - Rozdział 1
I
Lara stała pośrodku spowitego półcieniem buduaru z bladymi rękoma na podołku. Starała się zachować spokój czując, jak strużka krwi powoli meandruje wzdłuż uda. W Noc Zadusznic może wydarzyć się wszystko, ale nie spodziewała się, że właśnie dzisiaj stanie się kobietą. Wiedziała, tak jak każdy, że to zły omen. Była nieczysta, jej ciało zbrukało obrządek i zapewne uraziło przeklęte dusze kotłujące się nad tuligłowskim żalnikiem. Dziewczyna mimowolnie zadrżała na myśl, że duchy mogą ją ukarać. Może już się na nią czają w kłębiących się ciemnościach?
Od zatęchłego powietrza zaczynała boleć ją głowa. Dziewczyna czuła gruby materiał białej sukni oklejający jej ciało. Oczekiwanie stawało się nieznośne. Tylko strach przed oburzeniem jakie by wywołała, powstrzymywał ją od wybiegnięcia z małego pokoju. Zaczynała żałować, że nie ma jej na sali balowej. Wystarczyłoby się przebrać. Czerwona plama została już pewnie usunięta, a goście hrabiny powrócili do zabawy oraz pustych rozmów. Lara miała wrażenie, że tam, w jasnej i gwarnej sali, byłaby mniej widoczna niż tutaj.
Nagle przez otaczający ją półmrok przebiła się struga światła. Myśli tak szczelnie ją otoczyły, że nie usłyszała zbliżających się głosów. Odetchnęła z ulgą, gdy we wchodzących postaciach rozpoznała pałacowe służące. Obie dziewczyny, niewiele starsze od Lary, nie poświęciły jej zbytniej uwagi, a przynajmniej nie większej niż wielkiemu meblowi, obok którego trzeba się przecisnąć. Jedna przykucnęła przy kominku,a druga położyła spory kosz na niskim stoliku i zaczęła rozpakowywać jego zawartość. Lara zastygła w miejscu. Ze zdziwieniem poczuła wilgoć cisnącą się jej do oczu.
– Ah, moja droga! Jak się czujesz? – zapytała wchodząca na końcu hrabina Kiereńska. Jej oblicze zdawało się wyrażać szczerą troskę. Stanęła przed dziewczyną. – Czy będziesz chciała wrócić do Imbramowa? Wyglądasz na zmęczoną.
Lara zdziwiła się bezpośredniością hrabiny, ale sama odpowiedziała zgodnie z etykietą:
– Dziękuję, hrabino. Czuję się dobrze, jestem tylko zmęczona – zapewniła i postarała się szczerze uśmiechnąć. – Jeżeli moi rodzice nie będą mieli obiekcji, chętnie pojadę do dworu.
Hrabina skinęła głową i posłała jedną ze służących po pana Imbramowskiego. Lara zawsze czerpała szczerą przyjemność z przypatrywania się pani Sławie. Czarne loki nienagannie spływały po cienkiej szyi, a usta dyskretnie połyskiwały szkarłatem. Szlachcianka, jak zresztą zawsze, była ubrana ze smakiem. Tak jak wszystkie damy przywdziała odświętną białą suknię, ale przez detale w postaci długich, wykończonych koronką rękawów oraz perłowych kolczyków, wyróżniała się w tłumie pospolitych kreacji. Lara nie zazdrościła wdzięku hrabinie, tylko z radością przebywała w jej towarzystwie i pozostawała głucha na wszelkie niesmaczne komentarze, jakie w półszeptach krążyły wokół młodej jeszcze wdowy.
– Pewnie nasłuchasz się wielu zabobonów, ale uwierz mi, nie warto poświęcać im uwagi – uśmiechnęła się pokrzepiająco. – Ludzkie języki są pełne podłości, ale trzeba po prostu wzruszyć ramionami i iść dalej.
Dziewczyna przytaknęła, bo potrzebowała miłych słów, ale drzwi do pokoju otworzyły się, a za powracającą służącą do środka weszła matka Lary. Pomieszczenie skurczyło się, dziewczyna czuła, jak ściany nagle zaczęły na nią napierać albo to ona sama mimowolnie zaczęła się kulić w sobie, żeby nie rzucać się w oczy własnej matce. Pani Imbramowska stanęła przy wejściu, więc hrabina podeszła do niej. Matka obrzuciła córkę karcącym spojrzeniem. Lara poczuła, jakby do ust wepchnięto jej kamienie. Wiedziała, że nie ma prawa się już odezwać.
– Pani Urszulo – Kiereńska dygnęła na tyle, na ile pozwalała jej mała przestrzeń. Ani jej twarz, ani głos nie wyraziły zdziwienia na jej widok.
– Pani hrabino – odpowiedziała skinięciem głowy. Pani Imbramowska mogła sobie pozwolić na taki drobny nietakt ze względu na swój wiek. – Jesteśmy z mężem dozgonnie wdzięczni za dyskrecje. Raz jeszcze pragnę panią przeprosić za zakłócenie tego wytwornego balu. Nie będziemy pani dłużej niepokoić. Mąż musiał się jeszcze rozmówić z Franem Pachelskim, ale niezwłocznie wrócimy do Imbramowa.
– Ależ, moja droga przyjaciółko – hrabina uśmiechnęła się i poufale położyła dłoń na ramieniu pani Imbramowskiej. – Kim jest gospodyni, która nie pomaga własnym gościom? Poza tym, tak jak mówiłam twojej Larysie, to nic poważnego. Wieczór jest jeszcze młody. Wiele zdąży się jeszcze wydarzyć i przykryć tę drobną wpadkę – skrzywiła się na własny nietrafny wybór słów. Urszula zmarszczyła brwi i prychnęła z cicha, ale nic nie powiedziała, więc hrabina ciągnęła dalej: - Poza tym jako gospodyni tego balu nie mogę pozwolić, by moi goście tak wcześnie mnie opuszczali, zwłaszcza tak znakomici. Czy nie byłoby lepiej, gdybyście z Arkadym zostali w Tuligłowach, a Larysa wróciła sama do dworu?
Dziewczyna widziała, jak matka się zastanawia, ale nie potrafiła wiele wywnioskować z jej kwaśnej miny. Wiedziała tylko, że w jej mniemaniu decyzja i tak doprowadzi do kolejnej niedogodności, której winna będzie jej niesforna córka. Hrabina Kiereńska musiała wyczytać z tej twarzy więcej, ponieważ ponownie się odezwała:
– Widzę, że się pani waha. To zupełnie niepotrzebne! Moje służące wszystkim się zajmą, wyjaśnią i przygotują. Niech pani zobaczy – ruchem ręki wskazała Larysę, która wzdrygnęła się, nieprzygotowana na to, że będzie częścią tej rozmowy. – Dziewczyna i tak jest zmęczona, zaśnie jeszcze w powozie. Nie widzę powodu, żeby państwo również wracali. Zwłaszcza, że naprawdę nie obejdziemy się bez pani – dodała znacząco. Lara widziała, że matka nadal miała sceptyczny wyraz twarzy, ale komplementy nie zostały niezauważone. Zmarszczka na czole wygładziła się.
– Hrabino, dziękuję za te miłe słowa, ale naprawdę nie rozumiem dlaczego uważasz naszą obecność za konieczną.
– To przecież pierwsza Zadusznica od śmierci młodych Lubieńskich. Droga baronowa na pewno będzie potrzebować naszego wsparcia. Muszę przyznać, że jak na razie zachowuje wzorowy spokój, ale to tylko pozory – dodała i zmarkotniała, przypominając sobie starą kobietę pod ciężarem żałoby. W głowie pani Imbramowskiej pojawił się zupełnie inny ciąg myśli i obrazów niż hrabina mogła się spodziewać, mimo to wywołały odpowiedni efekt.
– Tak, hrabino. Masz zupełną rację – spojrzenie pani Imbramowskiej ostatni raz skierowało się na córkę, jakby kobieta próbowała ocenić wartość jej mięsa i kości, określić ile powinna wynosić wartość przyszłego posagu, by wyrównać wszelkie braki i mankamenty jej osoby. Larysa spuściła wzrok.
– Tak, Larysa ma już dość wrażeń na dzisiaj. Nie jest już tutaj potrzebna. Niech wraca do Imbramowa – utwierdziła się w powziętej decyzji. – Im szybciej zniknie, tym lepiej.
Przez drobny odprysk sekundy na twarzy hrabiny Kiereńskiej można było dostrzec konsternacje, ale natychmiast zakryła ją poleceniami dla służących.
– Majda i Sofje wszystkim się zajmą. Czy użyczyć wam powozu?
– Nie – pani Imbramowska uniosła głos, ale momentalnie się opanowała. Uwielbiała komplementy, ale nie znosiła otrzymywać przysług. – Nie, to zbyteczne. Nasz woźnica miał pozostać w Tuligłowach.
Hrabina skinęła głową. Obie damy wyszły, pani Kiereńska spojrzała na Larysę, ale dziewczyna nie dostrzegła tego gestu, wzrok nadal miała wbity w ziemię.
Majda i Sofje sprawnie zajęły się Larysą, ale równie dobrze mogłyby teraz polerować rodowe srebra Kiereńskich albo skubać gęś na obiad. Larysa była jednak wdzięczna za ciszę, zdecydowanie lepszą i łatwiejszą do wytrzymania niż próba nawiązania rozmowy albo zadanie pytań, które zaczęły kwitnąć jej w głowie. Co dzieję się z jej ciałem i czemu bielizna, którą wyciągnęła dla niej Sofje ma tyle falban. Ale Larysa milczała, a służące opowiadały, jak zakładać gałganki, jak często je zmieniać, jak prać oraz, że odstąpią jej jeszcze jedną parę bielizny. A co najważniejsze, żeby jej broń boginię nie odsyłała. Hrabinie nie będzie więcej potrzebna. Mówiły to wszystko, a Larysa stała przed nimi naga i skrępowana, ale ani Majda, ani Sofje zdawały się nie dostrzegać jej ciała i ciemnej krwi, którą starły z jej ud.
Okazało się, że hrabina użyczyła jej również jednej ze swoich starych, jeszcze panieńskich sukien. Butelkowa zieleń ze srebrnymi wstawkami (???) już dawno przestała być upragnioną kreacją młodych szlachcianek, ale Larysie przypadła do gustu. W duchu ucieszyła się, gdy powiedziano jej, że ją też może sobie zatrzymać. W międzyczasie Majda przygotowała ziołowy napar, który miał przyćmić możliwe bóle. Postawiła pełny imbryk na stoliczku przy fotelu. Larysa podziękowała, ciepły napój to zawsze dobry pomysł. Dziewczyna rozsiadła się w fotelu i spod przymrużonych powiek przypatrywała się ruchom służących. Wystarczyłby jej cienki pled, a mogłaby tu spędzić resztę nocy.
– Na kołku jest futro panienki – głos Sofje przebił się przez senną otoczkę, której ulegała Larysa. – Jak naszykują powóz, przyjdę po panienkę. Ale ten wasz woźnica gdzieś się zapodział. Pewnie pije – dodała cierpko, marszcząc się z obrzydzenia.
Larysa przytaknęła. Oby tylko nie wypił za dużo.
– Proszę pić, naprawdę pomaga. To podle recepty mojej babuli, mniszek i ruta – zachęcała Majda. – I niech panienka zlicza dni – dodała wychodząc za zniecierpliwioną towarzyszką.
Kobiety zniknęły i znowu została sama, ale tym razem czuła się raźniej. Larysa dopiła pierwszą filiżankę i od razu nalała sobie kolejną. Ogień z kominka rozjaśnił pomieszczenie. Zdziwiła się, że zmieściło się tutaj aż tyle osób. Pokój można było przejść w 6 krokach, a większość przestrzeni zajmował stary fotel i kominek.
Larysa walczyła ze snem, powieki ciążyły jej coraz bardziej. W zwyczajny dzień już dawno by spała. Przelała resztkę naparu z imbryka, był już gorzki. Patrzyła w falujący ogień, usypiający ogień. Głowa już jej opadała, gdy nagle poczuła dotyk zimnego powietrza koło ucha, jakby ktoś bawił się niesfornym kosmykiem włosów.
Natychmiast zerwała się z fotela, zawartość filiżanki rozlała się na dywan. Ręka nadal jej drżała, ze strachu albo przez jeszcze gorący napar. Nic się nie stało. Chyba nadal była tutaj sama. Odwróciła się i po raz pierwszy zerknęła, co znajduje się za jej plecami.
Komentarze (1)
Napiszę, bo mam przy tym tekście dość dziwne odczucia (i takie coś przytrafia mi się chyba po raz pierwszy), z jednej strony widzę tutaj rzeczy, które mi się podobają - choćby klimat i sam pomysł na scenę - a z drugiej strony przez większą część tekstu miałam problem ze zrozumieniem tego rozdziału jako całości.
Jakbym miała to wyjaśnić: Nie chodzi o to, że nie rozumiem poszczególnych zdań, bo w większości rozumiem je bez problemu. Problem pojawia się gdzieś pomiędzy nimi. Chwilami gubię po prostu „kamerę” i przestaję wiedzieć, gdzie dokładnie znajdują się bohaterowie, kto właśnie wszedł, kto wyszedł, kto z kim rozmawia i jak jedno wydarzenie przechodzi w kolejne. Na początku miałam wręcz moment, w którym zastanawiałam się, skąd nagle pojawiły się te służące (i czemu), gdzie dokładnie znajduje się Lara i czym właściwie jest wspomniany mebel, obok którego się one przeciskają. Miałam dosłownie w głowie, że oni wszyscy kucają za jakimś meblem. Później podobnych momentów było jeszcze kilka. Przez to zamiast skupiać się na fabule, zaczynałam rekonstruować sobie całą scenę w głowie. Przez to też tekst wydawał mi się momentami nudny. Nie dlatego, że fabularnie nic ciekawego się nie działo, tylko dlatego, że za dużo uwagi poświęcałam na zorientowanie się, co właściwie dzieje się w danym momencie.
No i podejrzewam jeszcze, że brak akapitów dodatkowo ten problem pogłębił, bo przez to wszystko zlewa się w jeden ciąg informacji.
Szkoda, bo sam klimat jest tutaj w porządku. Noc Zadusznic, przesądy związane z pierwszą miesiączką, relacja Lary z matką i lekko niepokojący element pod koniec. Ma to potencjał.
Ale w końcu, (po dość długiej analizie :D), doszłam do tego, co właściwie wydarzyło się w tym rozdziale.
I jak mówiłam, to chyba pierwszy tekst, przy którym miałam aż tak silne poczucie, że rozumiem pojedyncze zdania, ale gubię całą scenę. I wobec tego jestem też ciekawa, czy tylko ja miałam takie wrażenie. Bo może być, że to tylko ja.
Pozdrawiam. :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania