Myśl pozytywnie

Rajka jest jak rekin. Musi się ruszać, żeby żyć. Gdyby czterdzieści lat temu Chorwacja istniała jako samodzielne państwo, do którego docierają nowinki medyczne- Rajka miałaby zdiagnozowane ADHD. W czasach, kiedy przyszła na świat, nikt nie słyszał o ADHD, a w jej rodzinnym domu było tyle pracy, że mama dziękowała prawosławnemu Bogu, że po czterech chłopakach urodziła dziewczynkę, która od małego garnęła się do roboty. Bo oprócz zwykłych prac w domu, było też gospodarstwo do ogarnięcia i trochę świń. Więc Rajka jako urodzona pracowita dziewczyna, nie spędzała dni bez czynnie. Świat zadbał o to sam z siebie. Bo mama umarła jak Rajka była jeszcze mała, no miała dwanaście lat, może trzynaście- teraz Rajka wie, że była mała w tym sensie by zająć się rodziną, która przecież była pomysłem mamy a nie jej. Ale co zrobić, nie ma co biadolić- tym bardziej, że czasu na to nie starczało nawet nocą. Ciężko było. Ciężko nawet pamiętać, więc Rajka zapomina i podnosi wysoko głowę. Teraz już naprawdę rzadko myśli o nim, nawet zapomniała, jak ma na imię jej brat, niech lepiej nikt nie mówi o nim przy Rajce. I nikt nie mówi- mama nie żyje, więc z nikim nie ma sensu o tym gadać. Nikt nie zrozumie, że mama kazała się opiekować chłopakami, więc co miała robić? Rajka się uśmiecha, kiedy ktoś pyta o ojca- tak był. Nie warto nawet o nim myśleć. Lepiej, żeby go nie było. Więc generalnie na niewiele się przydawał w jej życiu. Rajka nie rezygnuje, kiedy pojawiają się trudności, ale z domu wyszła jak tylko pojawiła się taka możliwość w postaci jej męża.

-Przepraszam, chyba nawigacja mnie źle poprowadziła. Tu miała być jakaś szklarnia- wpadłam w panikę, zawsze tak mam, jak mnie wysyłają do nowej pracy i nie znam drogi. Tyle razy zmieniałam już miejsca, że nawet stres wpisany w zmianę pracy mnie bawi. Po tylu latach nawet nie bardzo jestem ciekawa co konkretnie będę robiła- nie oczekuje niespodzianek w branży szklarniowej. Zawsze jest ciężko a jedyna różnica to -zrywasz kwiatki -zrywasz pomidory. Denerwuje mnie tylko to, że nie znam jeszcze drogi a z nawigacją nie zawsze się dogaduje.

-To jest szklarnia tylko nowoczesna- poinformowała mnie jedna z piętnastu dziewczyn palących papierosy przed wejściem.

-Acha- starałam się nie brzmieć zbyt ironicznie, bez potrzeby zupełnie, bo nikt na mnie nie zwracał uwagi.

-A do kogo mam się zgłosić? Jestem z agencji. - starałam się w miarę możliwości obczaić najbardziej szefową z grupy, taka strategia wypracowana przez lata. Obstawiam w myślach, tą z niezadowoloną miną- podnoszącą oczy ku niebu.

- Trzeba przejść tam i tamtymi drzwiami iść. Na kantynie jest lista. Trzeba się podpisać.

-Dobra dzięki- nadal jestem uprzejma, bo co mi zależy. Podpiszę listę i jeszcze wrócę na papierosa.

Kiedy jestem pod drzwiami wejściowymi, okazuje się, że się nie otwierają. Nie znam kodu. Przez ramię zerkam na brygadzistkę, udaje, że mnie nie widzi- sprawdza telefon. Nie ma sensu wracać i prosić o kod. I tak już mnie zapamiętała- podjechałam prywatnym autem, nie służbowym z biura, pewnie mam zwrot kosztów dojazdu. Takie fakty nie sprzyjają nawiązywaniu przyjaźni w szklarniach czy fabryko-szklarniach w Holandii.

Więc stoję i czekam, w końcu ktoś zmarznie i otworzy - wprawdzie jest kwiecień, ale w nocy były przymrozki a jest dopiero5.30 więc jakby nadal noc.

Zerkam z niecierpliwością na palarnie- może w końcu pani brygadzistka się ruszy i wpuści nas do środka. Od czasu, kiedy stanęłam pod drzwiami przybyło parę osób- wszyscy jesteśmy nowi- już wiem, że przyjęli nas na akcję na dzień matki. dobre i to- pomyślałam, teraz jest ciężko z pracą.

Trzymali nas tak jeszcze dziesięć minut, po czym jakiś Holender dostrzegł, że tłoczymy się pod drzwiami. W innych okolicznościach pewnie by go to nie ruszyło, ale jest wirus i pracodawca jest zobligowany do pilnowania dystansu między pracownikami. Kary są poważne. Na szczęście dla nas otwierając drzwi dostrzegł brygadzistkę na palarni, która nieźle się bawiła trzymając nowych na dworze. Niestety zapomniała o nowych regułach. Zostały jej w dość agresywny sposób przypomniane przez szefa-jak się okazało-na oczach wszystkich. Mamy przerąbane. O ile wcześniej nas nowych po prostu nie lubiła, o tyle teraz nas nienawidzi.

Rajka zna tutaj wszystkich. Pracuje już tu trzy lata. Miała być brygadzistką, ale nie mówi dobrze po polsku, a nie wszyscy z polski mówią po angielsku. Ona może rozmawiać jeszcze po włosku i słoweńsku, ale ma wrażenie, że tylko ona a rozmowa wymaga co najmniej dwóch osób.

Przez kilka następnych dni będzie cyrk. Dużo pakowania, dużo nowych osób. No i to zachowywanie dystansu- śmieszne- nie możesz stać blisko na kantynie, a jak rusza taśma i tak wszyscy na siebie włażą, bo nie nadążają.

Stoimy w kolejce przed wejściem na halę. Już widzę co będę robić- kartony, doniczki, kwiatki- obraz potu i łez. Najgorsza fucha na szklarni. Wymaga siły fizycznej, zręczności i zdrowego kręgosłupa. A mój już nadwyrężony jest i parę razy wypadnięty-więc może popracuję do pierwszej przerwy.

Na ten moment nawet gdybym chciała zrezygnować i tak nie mam jak stąd wyjść- droga w jedną stronę zaznaczona żółtą taśmą na podłodze. Dostałam przydział- mam szczęście nie jestem na pierwszym stanowisku- nie będę składać kartonów- co za szczęście- to się trafiło Ance. Ankę znam z jakiejś innej firmy, poznała mnie i tylko dlatego, że była tu nowa powiedziała mi cześć. Anka ma chyba ze sto lat, no może 48 ale należy do tych doświadczonych przez życie zbyt mocnymi promilami. Przez chwilę, nawet mi przemknęło, żeby odstąpić jej moje miejsce, ale zaraz sobie przypomniałam, że nie ma co rezygnować z prezentów od Wszechświata a jedynie przyjmować je z wdzięcznością.

I byłam wdzięczna, że dziś moja praca polega na wkładaniu do pudełka trzech doniczek koloru białego. Mało tego jestem pierwsza na taśmie więc mam ułatwione zadanie- jak będę miła włożę doniczki równo, by uczynić pracę innych doniczkowych mało wymagającą, jak będę nie miła, albo się na kogoś zdenerwuję, to moje doniczki włożę byle jak, i każda kolejna osoba będzie miała problem upchać swoje- a są jeszcze jedne trójki białe, trójki czerwone dwie różowe i dwie fioletowe.

-Wszyscy wiedzą co mają robić? - pytanie skierowane jakby koło człowieka, zawisa w powietrzu.

-Pytam, czy wiedzą co mają robić? - teraz już wiadomo, że to do nas nowych. Oczywiście przytakujemy starając się nie patrzyć wprost w oczy brygadzistki. Bo i po co nam to.

Zerkam na moją sąsiadkę. W ogóle nie zwraca uwagi ani na słowa ani na samą brygadzistkę- desperatka albo długo tu pracuje. Wnioskuję, że długo pracuje, bo wystarczyło, że spojrzała na wózkowego a już za plecami nastąpiło poruszenie i stanęły dwie palety z doniczkami na wyciągnięcie ręki i niestety przy dolnych partiach też kręgosłupa. Nie muszę nadmieniać, że doniczki były białe- czyli moje i jej.

-Trzymać się swoich kwadratów. Namalowane na podłodze. Nie łazić między stanowiskami. Krzyczeć, jak braknie doniczek. - w taki oto miły sposób został nam przedstawiony regulamin pracy. Nie wiem już jak wyglądała brygadzistka. Nie wiem czy w ogóle była człowiekiem- widzę ją jako głos- przepalony tytoniem więc może przez to taki zgryźliwy i pogardliwy, bo przecież nie przez osobowość- niespełnionego zawodowo człowieka, który na facebooku udaje, że nie pracuje na szklarni, ale jest team leaderem w Holandii.

Poszła sobie a taśma ruszyła. Pudełko kartonowe- do środka plastikowa podkładka, doniczki-białe to przestrzeń dla mnie- potem znowu białe- to Rajka- tak się nazywa moja sąsiadka- nie Polka- potem dalej czerwone, różowe i fioletowe. Przez trzynaście godzin-odliczając godzinę na przerwy.

Początki są trudne. Trzeba wejść w rytm- ma to ułatwić energiczna muzyka. Głośniki mamy nad głowami-przyczepione są do torów pod dachem, na których jeżdżą stoły z kwiatkami. Bo na koniec do pudełek wkładane są orchidee- i tak – do białych doniczek białe, do czerwonych bordowe i tak analogicznie jak można się domyśleć do każdej doniczki dopasowany jest kolor kwiatka. Trzeba uważać, żeby się nie pomylić, bo nie wiem, może ktoś zejść na zawał. Jeżdżące stoły nie są zbyt przyjemne. Często z nich kapie, oczywiście zawsze mówią, że to woda, ale po wodzie rzadko miewa się wysypki i ropne bąble- ale nie wszyscy tak mają, więc nie ma o czym gadać.

Po pięciu godzinach wszystko się zmienia. Ciało zaczyna się buntować i człowiek zauważa, że muzyka nie jest puszczana z radia, ale jest odtwarzana-jakieś dwanaście utworów w kółko. To już nie energetyzuje, ale drażni. Zazwyczaj w szklarniach jest puszczane radio, wtedy się wie ile jeszcze czasu do przerwy, bo w radiu podają czas. Ale jak już było wspomniane to nowoczesna szklarnia i tutaj w nowoczesny sposób wykorzystuje się zasoby ludzkie-nie znasz godziny więc nie będziesz zwalniał pięć minut przed przerwą. Tak to sprytnie obmyślili.

Po pięciu godzinach mam dosyć. Patrzę na Rajkę, szukam zrozumienia i współczucia- nic. Ale jakoś mnie to nie zraża. Nawet przez głowę przelatuje mi myśl, że ona jakaś w sobie sympatyczna jest, mimo, że albo ćpa, albo ma ADHD. Przez moment nawet trzymałam się swojego kwadratu, ale potem już ciągle przekraczałam przestrzeń Rajki. Nie reagowała, przynajmniej nie jakoś bezpośrednio w przeciwieństwie do dziewczyn na innych stanowiskach, na których omal nie dochodziło do rękoczynów. Powściągliwość mojej nowej koleżanki pozwoliła mi na wypracowanie systemu współpracy, który pozwolił nam rozłożyć doniczki w taki sposób, że korzystając naprzemiennie z naszych palet, mogłyśmy pozwolić sobie na rozmowę. I od tego momentu na chwilę mogłam przestać żałować, że przyjechałam do tej pracy.

- Rajka, ile jeszcze do przerwy? – pytam pełna nadziei, że mnie zaskoczy odpowiedzią.

- Jeszcze godzina- odpowiada z troską w głosie, jakby podejrzewała, że ja to już na oparach lecę. -zmienili przerwy, normalnie były częściej, ale teraz jest zamieszanie. Mi to nie przeszkadza-mówi a ja się nie dziwię, jej ciało porusza się ciągle z taką samą intensywnością jak pięć godzin wcześniej- ale martwię się o Aliego bo ma problemy z barkiem

- A Ali to ten facet na końcu taśmy, zauważyłam, że czasami się do ciebie uśmiecha - Rajka czyżby jakiś romans?

- Nie no co ty - odpowiada jednocześnie zerkając w tamtą stronę - to mój mąż. Drugi mąż - spojrzała na mnie tak jakby właśnie przyznała się, że kogoś zabiła i oczekuje fali krytyki.

Na początku nie dotarło do mnie, dlaczego posiadanie drugiego męża może być czymś wstydliwym - szczególnie w świecie zdominowanym przez heteroseksualne związki. Ale każdy ocenia siebie według własnych, wpojonych przez rodzinę systemów wartości. W związku z tym, że między mną a Rajką nawiązało się jakieś szczególne duchowe porozumienie, pozwoliłam sobie na komentarz osobisty

- A ja ciągle nie mam żony - reakcja była bezcenna - pokiwała ze zrozumieniem głową i tyle.

- Długo jesteście już w Holandii?

- Trzy lata, miną jesienią. Ali nie lubi tu być. Narzeka, że tutaj tylko się pracuje. Nie ma życia. Jedynie w weekend można gdzieś wyjść- ale teraz nie można, bo wirus. Tłumaczę mu, że jeszcze tylko parę lat i wrócimy do Chorwacji. Ja bym chciała kawałek ziemii, zwierzęta. Wiesz takie gospodarstwo. Wychowałam się na wsi i mi tego brakuje. Teraz remontujemy dom, jeden z braci mi pomaga, pilnuje, żeby robotnicy niczego nie zepsuli- mieliśmy w czerwcu jechać dopilnować jak będą okna wymieniać, ale nie można, bo kwarantanna.

- No wiem, też nie mogę jechać do Polski, znaczy mogę, ale nie wiem, czy wytrzymałabym dwa tygodnie w zamknięciu z rodzicami. Raczej nie sądze.

Roześmiała się tak szczerze, że mimo iż moje myśli pobiegły już do traumatycznych wspomnień relacji z rodzicami, jej reakcja spowodowała, że wróciły na miejsce dobrego humoru niczym odpustowa piłka na gumce.

Rajka w ogóle jest szczera. Wszystko co myśli to mówi, wszystko co czuje to czuje na zewnątrz. Kiedyś tak nie było, ale teraz jest.

Z pierwszym mężem żyła dwadzieścia jeden lat. To był dobry człowiek, tak w głębi siebie, ale jego rodzice bardzo się wtrącali. I on ją bił, chyba przez to wtrącanie. Sześć razy była wciąży- dwa razy rodziła, ale martwe dzieci, pozostałe umierały na początku ciąży. Kiedy umarli rodzice pierwszego męża nie miał się już kto wtrącać- ale mąż bił dalej. Wtedy odeszła.

Łatwo nie było. Nie miała gdzie iść. Ojciec by jej nie przyjął, zresztą może gdyby mu powiedziała, co przeżywała to może i by zrozumiał, ale pewności nie miała. Parę dni chodziła po ulicy- z mężem mieszkała w takim małym miasteczku- nie na wsi. Na szczęście było ciepło- w końcu to Chorwacja. Potem spotkała bratową- ona zrozumiała i pozwoliła Rajce z nimi zamieszkać. Poszła za nią, choć na brata nigdy nie spojrzała. Był bardzo miły i uczynny. Rajka wiedziała, że mu wstyd Że chyba nawet się jej teraz boi- bo ona tu jest i może wszystko powiedzieć-wiedział, że jak Rajka powie to jego żona jej uwierzy. Myślał, żeby jej nie wpuszczać do domu, ale nie wiedział, jak to wytłumaczyć żonie, która widziała w nim dobrego człowieka. I wtedy dopiero do Rajki dotarło, że życie, którym żyje od trzydziestu siedmiu lat jest jej własnością- musi tylko w to uwierzyć. Każdego dnia coraz bardziej do niej docierało, że odejście od męża, nie było kapitulacją a oznaką siły. Czasami jednak wracały myśli, że może za łatwo zrezygnowała. Przez dwa miesiące bardzo schudła, czasami płakała po nocach. Pewnego dnia poszła do sklepu i kupiła sobie dwa wina. Wypiła i chorowała cały następny dzień. Potem doszła do siebie i postanowiła nie mieć już depresji. Znalazła prace i wyprowadziła się od brata.

- Jak ja rzygałam, mówię ci myślałam, że umrę- śmieję się do mnie- bo ja nigdy nie piłam -nie mogę patrzeć na czerwone wino.

Teraz dopiero się jej przyglądam. Jest w moim wieku, choć myślałam, że jest młodsza, kiedy widziałam ją z daleka. Filigranowa figura, odejmuje lat. Wbrew temu co opowiada jej twarz nie zdradza ciężkiego wieloletniego życia w toksycznym związku. Oczy ma pełne radości tak bardzo, że ta radość zakrywa nawet ich kolor. Dziewczyna o radosnym kolorze oczu. Jedynie dłonie zdradzają jej wiek- są wysuszone i żylaste jak u każdej czterdziestoletniej kobiety opiekującej się domem i pracującej fizycznie, która nawet nie myśli, by zakładać rękawiczki do zmywania czy prania delikatnych ubrań. Palce trochę wykrzywione przez reumatyzm. Ale nie bolą - czasami tylko jak ma padać. – Cholera Rajka, ale to Holandia, tu ciągle pada- no wiem- odpowiada śmiejąc się.

W końcu przerwa, wyrywam do przodu, by ominąć kolejkę. Chcę zdążyć na kawę i zapalić. Wymaga to dobrej strategii, biorąc pod uwagę, że nie znam kodu do drzwi a na fajkę muszę wyjść na zewnątrz. Kątem oka widzę, jak Rajka podchodzi do Aliego- faktycznie jest stary, ale nie przez wygląd- jego starość manifestuje się w spojrzeniu.

Rajka spotkała Aliego, kiedy już była po rozwodzie. Nie zależało jej na związku. Cieszyła się ze swojej pracy w restauracji i małego pokoju, który wynajmowała blisko pracy. Było już po wojnie, wszystko wracało do normy- chociaż Rajka nie bardzo się wojną interesowała nawet jak była. Nikt z rodziny nie zginął a na polityce się nie znała. Poza tym ona wtedy była mała. Nie wie, dlaczego myślała wtedy o wojnie, chyba, przez tego mężczyznę, którego przyjęli do jej restauracji na zmywak. Podobno był w łagrach. Czasami coś opowiadał i wtedy ona słuchała tak bardzo chcąc go przytulić. Nie wie, dlaczego- to był dorosły, starszy od niej mężczyzna a ona czuła po prostu, że on chce by go przytuliła. I pewnego dnia to zrobiła i tak już do dzisiaj to robi. Opiekuje się nim- to część jej.

- Rajka a Ali się tobą opiekuję? - patrzę jak jej twarz się rozpromienia-

- On mnie szanuje- mówi to w taki sposób, że nie pozostawia to cienia wątpliwości, -że Rajka wie czym jest szacunek- Zresztą ma tylko mnie. Matka go zostawiła na ulicy jak miał pięć lat. Mówi, że od tamtej pory jest mu ciągle zimno, a ja jestem ciepła. Czasami karze mi się koło siebie położyć i tak leżymy cały dzień- bo ja mam ciepłe ciało- śmieje się, kiedy to mówi i dotyka dłonią mojego policzka- parzy.

- O kurczę to może ty jesteś bioenergoterapeutą? - próbuję poprawie wypowiedzieć to słowo po angielsku- nie udaje mi się- no wiesz kimś takim kto leczy ciepłem?

- O nie- odpowiada udając zbulwersowaną- ja to tylko dla męża mam to ciepło.

- No i trochę też dla mnie- rzucam nieśmiało i spoglądam jej w oczy, które potwierdzają moje przypuszczenia.

To był dobry dzień. Napracowałam się jak nigdy dotąd, choć dotąd też łatwo nie było. Wychodząc do domu dostałam oficjalne zaproszenie na kolejny dzień. Super, będą jednak mnie tu trzymać do końca akcji, odbierając szansę by agencja znalazła mi lżejsze zajęcie.

Następny dzień jest dokładną kopią poprzedniego- znów nie dogadałam się z nawigacją, osoby, które spotykam wyglądają inaczej, ale zachowują się tak samo- grupa paląca patrząca spod byka na nowo przybyłych. Kod do drzwi nadal pozostaje tajemnicą, ale mnie to już nie dotyczy, bo właśnie Rajka mnie zauważyła i dała znak bym podążyła za nią. Tłum się rozstąpił i wkroczyłam do środka jako trzecia- za Rajką i jej mężem. Brygadzistka powiedziała mi - „cześć” - nie ma wątpliwości, że się ustawiłam tą znajomością z Rajką.

Chwilę jeszcze rozmawiałyśmy, nim okazało się, że pracujemy dziś tylko do południa. Ulga przeplatała się z rozczarowaniem- mało godzin- mała wypłata- ale ciało odpocznie. Patrzę na Rajkę, jak w sposób migowy stara się przekazać informację mężowi- dostrzegam ulgę na jego twarzy.

-Ali nie mówi w żadnym języku, tylko po chorwacku. Starałam się go uczyć, ale on kompletnie nic nie łapię, więc straciłam cierpliwość. - i znowu się uśmiecha. Ta kobieta ciągle się uśmiecha, nawet kiedy tego nie widać.

Przypomniała sobie jak kiedyś starała się mu wytłumaczyć, że rano i popołudniu w Holandii używa się innych zwrotów by się przywitać. Omal się nie pobili, na szczęście w tym małżeństwie takie sytuacje kończą się w łóżku.

- To jak dostał tutaj pracę? Mnie egzaminowali z angielskiego.

- Powiedziałam, że się zwolnię jak go nie przyjmą. Bo najpierw pracował na budowie, ale się skończyła praca. Siedział w domu dwa tygodnie. To było straszne. Ciągle narzekał, więc wciągnęłam go tutaj. Nie jest tak ciężko, tylko czasami, tak jak teraz gdy jest akcja.

Spotkało nas ogromne szczęście na zakończenie pracy. Oficjalnie zostaliśmy poinformowani, że ustanowiliśmy nowy rekord w pakowaniu kwiatów do kartonów. Rekord Holandii- szef był naprawdę zadowolony. Dostaliśmy paszteciki. Przyjęliśmy z wdzięcznością. Na koniec już można było trochę wyluzować. W głowie plączą mi się różne myśli. Patrzę na Rajkę i wiem, że ona chyba nie zdaje sobie sprawy jak ciężkie życie miała. Przypominam sobie kobietę, której córka leżała przez pięć lat sparaliżowana a ona ze zdziwieniem odpowiadała na pytania obcych- jak może mi być ciężko? Przecież to moje dziecko.

- Rajka czy ty wierzysz w Boga albo w jakąś siłę, która sprawia, że wszystko jest takie jakie powinno być? - zdaję sobie sprawę, że zadawanie takich pytań na odchodne może wydawać się głupie, ale wiem, że pewnie upłynie dużo czasu zanim znowu się spotkamy, o ile w ogóle to nastąpi.

- Wiesz- mówi powoli co absolutnie nie jest podobne do niej- może pomyślisz, że jestem nienormalna, ale u mnie w wiosce się mówiło, że karmi się świnie dla kiełbasy. Ja chyba robię to całe życie i Bóg niewiele ma z tym wspólnego.

- Masz racje- jesteś nienormalna.

Przytulamy się na koniec wbrew nakazowi trzymania dystansu- nie jestem pewna, czy Rajka zrobiła to bo mnie polubiła, a może wiedziała, że ja też potrzebuję jej ciepła.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania