Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
MYŚLI BOLESNEGO GŁOSU. (opowiadanie mystery o głosach)
MYŚLI BOLESNEGO GŁOSU.
(opowiadanie mystery o głosach)
Każdemu z Nas, ujebało się w głowie, iż " słyszy własne myśli ".. Tylko: czy zawsze chcemy słuchać tego, co mówią?..
Jako przyjaciela, uznała swój własny telefon: spędzając z nim każdy wolny moment, jakby stanowiła wraz z nim, sprecyzowany układ przekładni mosiężnych kół zębatych, odmierzającą każdą jego część, zegarowym mechanizmem. Bezwiednie zawieszając wzrok pośród kolejno uznanych za adekwatne wobec siebie stron, niczym przeciwstawny element, stanowiący zwrócenie jej rzeczywistości, stuknęła palcem w kolejny, jasnoniebieski napis. Hmm... niby zjawiska paranormalne to tylko odskocznia dreszczyku, jednak: była ciekawa, co za nimi stoi: niczym zjawa, ukrywająca się za mrocznie czarną, lustrzaną taflą. Nie mniej jednak, podjęła lekturę, jakby dostępując zaszczytu posiadania wiedzy pradawnego mistyka. Co wydało jej się najdziwniejszym: pomimo spodziewania się wrzaskliwego pojawiania przerażających postaci na kolejnych, krótkich filmikach: owa strona, nie miała czegokolwiek wspólnego z takową rozrywką: niczym Koło Różańcowe, drwiąc z grona oczekujących w świetle latarni, prostytutek. Podzielona tematycznie, w każdym z działów, zdawała się zawierać rzeczowe informacje, fakty, a także szczegółowe opisy zdarzeń: zdające się sprawiać wrażenie bycia przedkładanymi przez osoby, traktujące temat zupełnie poważnie. Zaintrygowało ją to dostatecznie, iż nie zdając sobie sprawy, ze szczerego zaczytania w objawieniach zjaw, samoistnym przemieszczaniu się przedmiotów, a także niewiadomego pochodzenia hałasach: wykraczających poza techniczny dogmat, dotarła, aż do akapitu brzmiącego tytularnie zakładką:
- " GŁOSY ".
Chłonąc uprzednie niecodzienności, niczym spoczywające na dnie zapomnianego żałobą grobu, trumienne drewno: czerń esencji stawania się kolejnego ze zmarłych, cmentarną ziemią, oddała się zdumiewającej lekturze. Odczuwszy przenikający jej układ nerwowy, dotkliwie uporczywy chłód, spojrzała w palenisko kominka, wewnątrz którego, romantyczna ściana płomieni, trawiła bukowe polana, niczym uznane za mezaliantyczne, uczucia. Cóż. Jeszcze kwadrans temu, uznałaby to za " dziwne, kuźwa. .? ", obecnie jednak, klasyfikując to, jako " przejaw wyczulenia na nieznany aspekt obecności ", co ucieszyło ją, pozwalając zapomnieć o zgrozie, niczym o przejściu bitewnego frontu, zostawiającego za sobą pola jeszcze stygnących, rozerwanych odłamkami pocisków, trupów: tkwiących pozbawieniem życia, pośród przestających smużyć dymem przepalonego prochu strzelniczego, luf artyleryjskich dział. Jak właśnie zyskała świadomość: " słyszenie słów zmarłych, jest przenikaniem Zaświatów, ku doczesności: mogącej nieść za sobą nieprzewidywane oddziaływania ". Co więcej: " dawne, Ludowe Podania, jasno precyzują zaistnienia takowej okoliczności ". Niestety, nic ponadto. Co nie zniechęciło jej, ku wpisaniu w okno wyszukiwarki:
" Podania Ludowe o wskrzeszaniu zmarłych aby z nimi rozmawiać ".
Kolejna ściana jasnoniebieskich napisów, odbiła się w pełnym życia blasku jej oczu, tak połyskliwym, jak odczuwana przez nią ekscytacja. Pośród setek elektronicznych skanów, kilkuwiekowych, pożółkłych stronnic zabytkowych dokumentów, spisanych odręcznie, zapewne jeszcze wówczas codziennym: ostrościętym piórem, maczanym w kałamażu z atramentem, parabolizowanych dostojnym stylem piśmienniczym, schludnych charakterów rąk, jej uwagę przykłuł obecny, pozornie czymkolwiek nie odbiegający od uprzednich, jednak... kreślony purpurą. Nadwyraz pieczołowity, ułożeniem każdego zagięcia pośród litery, kulturalnym przeostrzeniem, nosił w ten sposób tytuł: " Mówiący ". Chociaż spisany w języku polskim, ze względu na charakter odręcznego pisma, każdym wersem, zatrzymywał na sobie kilka kwadransów jej uwagi, co spowodowało, że bujany fotel, zaczął zgniataniem doskwierać jej lędźwiom. Dzięki temu uczuciu, przypomniała sobie, że właściwie... jest jej zimno. Zaintrygowana, niechętnie odłożywszy telefon na podłokietnik, z gracją dźwignęła się w stronę oświetlającego zabytkowe wnętrze jej mieszkania, paleniska: chwytając w smukłą dłoń jedno z kolejnych, spękanych wyschłą korą, polan. Gdy tylko ogień zaczął je tulić, pozwoliła sobie moment pomyśleć.
" Jak Nieobecni mówią, głosem ich, myśli zwane są. Odwiecznie słowami wiedzione, pozostałą żywymi. Wśród martwych. ".
Wydało jej się to nie mniej abstrakcyjnym, od postrzegania Kubistycznego obrazu, bezpośrednim udziałem w imprezie na tyle kameralnej wartkością toku akcji, iż nie odbiega od całokształtu. Nie mniej jednak: skoro sama świadomość umysłu, znaczenia powyższego, miała stanowić obecność czegokolwiek niewyjaśnionego, a przynajmniej: w stopniu wykraczającym poza codzienność, niczym zaćmienie, spowijające ją mrokiem... posiadała ją przecież obecnie: pośród momentu doczesnego, zdającego jej się logiczną kondygnacją jej świadomości, w drodze powrotnej ku bujanemu fotelowi, chwytającej z wnętrza komody, gruby, wełniany koc, otulający ją ciepłem, usilnie skłaniającym przytuleniem, ku momentowi sennego zapomnienia.
Rześkość wczesnojesiennego poranka, skłoniła ją do postawienia kołnierza swego czarnego płaszczyka, gdy spacerując brzegiem strumienia, słuchała własnych myśli, niczym melodii, brzmiącej echem jej umysłu na łamach Zaświatów. Taktowane leniwym nurtem poszumiewanie przejrzystej toni, opływającej tkwiące w piaszczystym dnie brymbulce, pozwalała zaznać odpoczynku, zdającego się trwać stawianiem kolejno przemyślanych kroków, kojąc wzrok delikatnymi zawirowaniami powierzchni.
- ".. zob.. jak zaza... oni to ja... tam... ja... " - kakafonie wybiórczo rwanych słów, zdawała się szumem nurtu wypełniać jej osobowość.
Nie potrzebowała dużo czasu, aby przestać zwracać uwagę na owe werbalne zbitki. Pozwalając im trwać, ulatując w nicość, a wraz z nimi, całemu negatywizmowi tejże okoliczności. Odetchnęła z ulgą, czując kojący wpływ na jej umysł, szumu.
- ".. tam.. teziel... to... "- szepty jej świadomości, rozwierając powieki, utkwiło jej wzrok w leniwym odpoczynku świadomości.
Odczuwając niekrytą fascynacje, pozwoliła spocząć wzrokowi, na piaszczystym przepłyceniu. Tkwiące w nim kamyki, posiadały ciosane nurtem, przeróżne barwy odcieni brązu, ich własnych, gładzonych wiekami milczenia, kubatur. Jednak, nie każdy mógł być niewyjątkowym. Przynajmniej w takim stopniu, iż usta rozwierając zachwytem, niczym widok skarbca rażącego wzrok blaskiem kosztowności, jej spojrzenie utkwiło w seledynie, przechodzącym w granatowy odcień nieregularnych pasm, tkwiących opływaniem kilkunastocentymetrowej toni. Fascynujące, jak piękno może zalegać pośród szpecącej okoliczności, będącej na tyle w zasięgu dłoni, iż świadomość wiodła jej kroki, mącąc zabieraną nurtem doczesność. Cholera. Będącą utkwioną w piaszczystym dnie, uniemożliwiając cokolwiek, poza dotykiem. Nie szczędziła go, pozwalając miło szorstkim kamykom, odpływać w chmurkach przemyśleń bezwiednego biegu nurtu, zdającego się trwać, odkrywając coraz większe poły jej fascynacji.
- "... góra... jająweź... to... "- kolejna uporczywa plątanina myśli, postanowiła goszcząc w umyśle, rozsiąść się na miejscu rozsądku.
Tym razem, echo kłębiące się w jej świadomości, zdało się na tyle racjonalnym, iż postanowiła mu uwierzyć: chwytając w dłoń seledyn, zdający się ustępować zalegania, naporem jej siły, gdy przeciwstawiając się jakby lepkim magnetyzmem, słabło. Przynajmniej do momentu, gdy ustępując całkowicie, utkwiło w jej dłoni obły, majestatyczny kształt... z którym nie chcąc się rozstać, postanowiła opuścić senną świadomość swojej własnej obecności.
Zbudziła się okryta kocem, siedząc w bujanym fotelu, nieopodal przygasającego w palenisku kominka, płomienia. Wzduchając leniwie, z jawną niechęcią odrzuciła na podłokietnik miękkość otulającego ją ciepła. Nie wokół, co chciała zmienić, ujmując w dłoń masywnie sęczaste polano. Płomień je przyjął, goszcząc blaskiem także w jej spojrzeniu. To takie... fascynujące... nie pozwalając jej powstrzymać się przed ujęciem w dłoń kolejnego z polan. Dopiero przy następnym, jej umysł wypełnił kłąb myśli, zdający jej uprzednio, zwyczajnie się śnić:
- ".. buaha-ha-ha... że... ginaj...aaa... "- co aż wzdrygnęło dreszczem jej ciało, otulając je ramionami, wzdrygnięciem otrzęsienia wzroku, skupiającego go na tańczących w palenisku płomieniach.
Nie zdąrzyła krzyknąć, gdy zrozumiała, że trawiące polana płomienie, liżą pośród spalanej materii drewna... bratni im barwą, nadszargnięty korozją pocisk moździerzowy: którego przeplatana smugami granatu seledynowa powierzchnia mosiężnego zapalnika, odczuwszy pocałunek ognia, stanęła jej przed oczami wrzaskiem bieli, każącej jej myślom zamilknąć...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania