Myśliwi - Czarny Most (13) cz.1
Daaaaawno nie było fragmentu nowego, ponieważ nie miałem przez ten czas internetów... No i przez spory kawał czasu nie będę... Ale jednak udało mi się go wstawić, więc czytajta ;)
******************************
### Martwi nie płacą ###
****************************
- Przed nami dwa dni drogi – oznajmił Polleck, idąc na przodzie kompani mieszańców.
Zaraz za nim dreptał potulnie Mardey. Zarówno jego brat, jak i on, mieli na sobie kolczugi. Półork trzymał u boku tomahawka i półtoraręczny miecz, a człowiek łuk, kołczan i starą, zardzewiałą klingę. Następnym odmieńcem był Doug, który miał na sobie brygantynę niemal lśniący w blasku dnia, a u jego boku wisiał wielki buzdygan. Tuż za jego plecami maszerował Leran w kolczudze i z bułatem w pochwie. Kolejny był Draggar, który kroczył bez żadnego pancerza, z łukiem na plecach, kołczanem i małym sztyletem zawieszonym na pasie, dzięki czemu jego ostrze wisiało na piersi i było łatwo dostępne.
Półelf nie szedł razem z innymi znajomymi, na przodzie, gdyż za jego plecami szła Michonne. Założony miała skórzany strój, a u boku sztylet z grawerowanym ostrzem. Draggar widział go, gdy półelfka przygotowywała się do drogi. Podglądał ją wówczas, napawając się jej widokiem. Nikt tego na jego szczęście nie zauważył, a było to dość ryzykowne, acz opłacalne przedsięwzięcie. Niektórzy nazwaliby go zboczeńcem i niewyżytym chamem, ale on sam uważał siebie za ofiarę własnego losu, który zmusił go do nieoglądania kobiet przez długi czas pobytu w więzieniu. Takie było jego tłumaczenie.
Mardey dreptał za Polleckiem, pozostając w jego cieniu. Nie odzywał się do nikogo, prócz Draggara, który zresztą i tak nie miał większej ochoty na rozmowę z nim. Młodzieńcze doświadczenia przekonały go o tym, że to on jest we wszystkim lepszy, lecz teraz los odwrócił się i to Mardey musiał nadążyć za bratem.
Kompania odmieńców ruszyła jeszcze przed południem, udając się na wschód. Słońce minęło zenit i zmierzało ku zachodowi. Mardey nie do końca wiedział, jaką rolę odegra w odbijaniu mieszańców, ale już teraz czuł w żołądku stres.
Z kontemplacji wyrwał go idący obok Doug.
- Jak się trzymasz? - spytał, lustrując twarz człowieka.
- Mam nadzieję, że ta wędrówka nie jest wędrówką po śmierć – odparł Mardey, szczerząc zęby.
- A czy to nie po nią idziemy? Zebrać żniwo śmierci? - Półork zarechotał. - To będzie pamiętny dzień! - dodał po chwili, spoglądając w dal.
Kompania mieszańców miała szybkie tempo, ale nie tak szybkie, by zdążyć dotrzeć do więzienia szybciej, niż w dwa dni. Mardey obejrzał się i, ku swemu zdumieniu, zobaczył rozmawiających ze sobą Michonne i Draggara. Nie była to może rozmowa tętniąca emojami, ale między nimi doszło do wymiany zdań. Nagle rzuciła mu się w oczy postać idąca tuż za nimi. Miała kolczugę z karmazynową tuniką, a na czubku jej głowy rosła szkarłatnowłosa czupryna.
Conrad! - wykrzyknął w myślach, rozpoznając twarz osobnika. - Co on tu robi?!
- Mardey - usłyszał nagle, jakby w myślach. - Mardey!
- Mardey, ogłuchłeś? - Szkarłatnowłosy schował się za jednego z odmieńców i zniknął. Mardey zmrużył oczy, próbując go dostrzec, postanowił pójść za nim.
Wtem poczuł uchwyt na barku.
- Co jest? - spytał Doug, niepewnie spoglądając w oczy człowieka. Mardey zatrzymał się i spojrzał na półorka ze zdziwieniem. Cała kompania powoli ich mijała.
- Nie ważne, to tylko złudzenie... – bąknął w odpowiedzi tak niewyraźnie, jakby mówił do siebie. Doug mruknął coś, po czym rzekł:
- Dołączmy do Pollecka.
Mardey i Doug powrócili na swoje miejsca w szeregu, z tą różnicą, że teraz szedł tam również Draggar.
- Chcę wysłuchać historii, która złączyła wasze losy i tak dalej... Mówcie – przemówił Polleck, ciągle wpatrując się w dzicz.
Mardey nie wiedział, co ma mówić i od czego zacząć, ale szybko wyręczył go w tym Draggar. Opowiedział on półorkowi o tym, jak zdołali uciec z więzienia, o tym, jak spotkali jego brata, o porwaniu ich przez snotlingi, misji Horna oraz o spotkaniu Conrada w Mrocznej Kniei i ucieczce przed łowcami. Mardey przysłuchiwał się uważnie, bowiem dopiero teraz mieli okazję na spokojną wymianę zdań.
Polleck nie był zadowolony z postępowania człowieka, mruknął gniewnie, kiedy półelf opowiedział mu o wysłaniu Horna do Mrocznej Kniei i planie zabicia Draggara. Oczekiwał ostrej reprymendy, ale ulżyło mu, gdyż półork nie rzekł na ten temat ani słowa.
- I tak mnie tam znalazłeś – dokończył Draggar, a Polleck tylko podrapał się po brodzie.
- Jak się znalazłeś w głuszy? - spytał wreszcie, oglądając się przez ramię.
Mardey drgnął i zwolnił tempa. Nadszedł czas, by im powiedzieć – pomyślał. - To tylko wspomnienie, powiesz i zapomnisz. - Chwilę potem nieco przyspieszył i dogonił kompanów. Spojrzenia Douga i Draggara wpatrywały się w niego ze skupieniem.
- W Mrocznej Kniei spotkałem Dorana – rzekł wreszcie. Polleck obejrzał się przez ramię i zatrzymał. Cała kompania odmieńców również stanęła i rozległy się zdziwione głosy.
- Doran? Cholera, to był... Że też go nie poznałem... - bąknął pod nosem, kiedy uwaga wszystkich zwróciła się ku niemu.
- Nie żyje – rzekł Mardey, mierzwiąc swoją kruczoczarną czuprynę. Dawno niemyte włosy zaświeciły przy blasku słońca.
- Napotkaliśmy jego ciało. Na jego piersi był ślad po bagnecie – dokończył Polleck, patrząc ze smutkiem w ziemię. - Zdjąłem z niego ubrania! Zbezcześciłem jego ciało i nawet go nie rozpoznałem!
Polleck przykucnął i splótł palce przed twarzą. Widząc to, Mardey pochylił się i poklepał brata po plecach.
- Usłyszeliśmy strzał i wybiegliśmy z tamtejszej karczmy. Zobaczyłem wtedy łowców wybiegających z wioski. Nadszedł Lord Conrad, od razu mnie rozpoznał – ciągnął Mardey. Polleck w tym momencie wstał i machnął ręką na znak, żeby odmieńcy ruszyli dalej, sam również ruszył. Myśliwy przyspieszył kroku i zrównał z nim tempo.
- Co dalej? - spytał półork, wykrzywiając twarz w grymasie, ni to złości, ni frasunku.
- Doran wyjął szablę i dźgnął tego szkarłatnowłosego sukinsyna, ale on zdążył się uchylić. Nie mieliśmy czasu, więc wybiegliśmy tylną bramą i ruszyliśmy na ugór. Nie wiedzieć czemu, łowcy ruszyli za nami w pościg. Dopadli nas, ale nie zabili. Próbowali nas aresztować. - Razem z bratem zarechotali.
- Naprawdę myśleli, że Doran odda się bez walki?
- Byli głupi. Na szczęście było ich tylko trzech i kiedy nie patrzeli, Doran ciął jednego przez pierś i zabił na miejscu. Wtedy drugi wyciągnął szablę i zaczęli pojedynek... - relacjonował dalej Mardey, z każdą chwilą malał jego entuzjazm, gdyż zbliżał się punkt kulminacyjny.
- A trzeci? - wtrącił Draggar zaciekawiony.
- Trzecim zająłem się ja. Oczywiście rzuciłem się na niego i nie pozwoliłem, by wyciągnął broń – odparł Mardey. - Doran zabił tamtego łowcę, a potem mi pomógł. Ruszyliśmy...
- Czemu nie wzięliście broni, pancerzy, czegokolwiek? - zdziwił się Polleck, a Mardey zamyślił się.
- Nie wiem, nie pomyślałem o tym. To działo się tak szybko... Doran chyba także, bo niemal natychmiast rzucił się w głąb głuszy, a ja pospiesznie popędziłem za nim jak głupi...
- Jak zginął? - przerwał Polleck. Zapadła głucha cisza przerywana śpiewem ptaków, szumem liści i odgłosów kroków.
- Jak bohater – odparł wreszcie Mardey, przełykając sporą ilość śliny. - Przespaliśmy tę noc pod gołym niebem. O brzasku znalazł nas sam Conrad wraz ze swoją świtą. Doran oczywiście rzucił się w wir walki i nim zdążył położyć jednego z nich, Conrad...
- Rozumiem – ponownie przerwał Polleck. - Doran... Dlaczego zapomniałem jego twarzy? - mruknął pod nosem, że jedynie Mardey usłyszał strzępki zdania.
- Gdybyście wzięli broń nie byłoby problemu – wtrącił się Doug kroczący tuż za Polleckiem, który potwierdził to kiwnięciem głowy.
- Cholera, nie wińcie mnie za to! Strach, zmęczenie... - tłumaczył się Mardey, ale w końcu przestał. Uświadomił sobie bowiem, że gdyby tylko pomyślał, jego przyjaciel nadal mógł żyć. Przynajmniej byłyby na to jakiekolwiek szanse.
- Jak uciekłeś? - spytał Draggar. Jego głos przypominał teraz głos sędziwego dziadygi.
- Gdy tylko zobaczyłem jego śmierć, pobiegłem w głąb głuszy. W końcu udało mi się ich zgubić, ale gdyby nie wy, byłbym martwy... – odparł Mardey.
Potem wszystkie ptaki ucichły i uciekły, wylatując z koron drzew, a zewsząd było słychać ciche stąpnięcia. Zza jednego z pni wystrzeliła chmura dymu i rozległ się straszliwie głośny dźwięk. Kilku odmieńców, włącznie z Leranem, zawyło z bólu.
- Łowcy! - wrzasnął Polleck, orientując się w sytuacji.
Półork natychmiast zrobił przewrót w przód, wyjął tomahawka i cisnął nim w pobliskiego żołnierza, który właśnie w niego celował. Ostrze wbiło się w jego klatkę piersiową, a Polleck, widząc to, ruszył ku następnemu, dzierżąc półtoraręczny miecz.
Mardey zaś padł na ziemię ze strachu i skulił się. Bojowe okrzyki pojedynczych odmieńców i wystrzały z broni palnej wzbudziły w nim uczucie, że właśnie znajduje w środku bitwy. Otaczali go łowcy, mógł być nawet wśród nich Lord Conrad, morderca jego przyjaciela. Przypomniał sobie ostatni raz, kiedy widział Dorana i moment, w którym zginął.
- Mardey! - wrzasnął ktoś obok. - Potrzebujemy cię!
Słyszał uderzenia kling i krzyki rannych. Muszę walczyć! Inaczej wszyscy zginą tak samo jak Doran! - pomyślał sobie, motywując się do działania. Mozolnie podniósł się i zdjął z pleców łuk, po czym wyjął strzałę z kołczanu i napiął cięciwę, którą naciągnął jeszcze w obozie.
Wycelował w pobliskiego łowcę i puścił strzałę, która chyżo pognała ku celowi i wbiła się w pierś żołnierza. Ucieszony Mardey wyjął kolejną strzałę i klęcząc na jednym kolanie, wycelował w następnego napastnika. Nażryjcie się, świnie!
- Polleck! - wrzasnął z boku jakiś odmieniec. Mardey spojrzał na niego kątem oka i zobaczył, jak jeden z łowców przebija go szablą. Krew trysnęła z rany, ochlapując pobliskich walczących. Myśliwy strzelił.
Tymczasem Draggar stronił od bezpośredniej walki ze względu na jeszcze nie do końca zdrową rękę. Biegał pomiędzy walczącymi, próbując pomóc zranionym odmieńcom. Ale jego głównym celem była Michonne, która próbowała dobrać się do jednego z łowców za pomocą sztyletu. Półelf w mig do niej dołączył, zachodząc żołnierza od tyłu. Dźgnął z całej siły, przebijając jego kolczugę, następnie wyjął ostrze i wbił je pomiędzy łopatki zbrojnego.
- Dzięki, poradzę sobie – syknęła Michonne, nawet nie patrząc na swojego wybawiciela. Na jej twarzy wystąpiły rumieńce
Draggar zdecydował jednak nie zajmować się obiektem swoich westchnień, tylko ruszyć na pomoc innym. W ciągu minuty padło z jego ręki czterech łowców, których zadźgał z zaskoczenia, podczas gdy ci walczyli z mieszańcami.
W tym samym czasie Polleck podszedł do jednego z łowców i wyjął z niego swojego tomahawka. Miecz schował do pochwy, a toporek przygotował, kiedy podszedł do niego żołnierz, dzierżąc szablę. Półork nie czekał na atak przeciwnika i zakręcił młynka, zahaczając tomahawkiem o jego klingę, wytrącając mu ją z rąk. Obrócił się i z całej siły wbił ostrze w jego kark.
Nim zdążył wyjąć broń z jego ciała, od tyłu zaszedł go inny, mierząc do niego z arkebuza. Polleck gotowy do walki odwrócił się i poczuł na czole zimną lufę. Usłyszał strzał.
Mardey raz po raz wystrzeliwał strzały w stronę łowców, choć nie zawsze trafiał. Z jego ręki padło dopiero trzech żołnierzy, których zabijał jednym celnym strzałem. Napastników było jednak zbyt wielu i choć padali jeden po drugim, zawsze znajdował się ktoś, kto zabiłby odmieńca za swojego poprzednika.
Doug i Leran zaś trzymali się cały czas razem. Odwróceni do siebie plecami odganiali przeciwników bądź podbiegali i zabijali ich, gdy ci ładowali muszkiety. Półogr kulał, w jego udzie widniała dziura po kuli. Półork obejrzał się przez jego ramię i zobaczył Pollecka zabijającego jednego z łowców tomahawkiem. Za jego plecami jednak pojawił się łowca przeładowujący arkebuza. W jednej chwili Doug rzucił się na ziemię, chwycił jeden z leżących muszkietów i popędził ku Polleckowi. Leran zdążył tylko krzyknąć, gdy jeden z żołnierzy dźgnął go bagnetem.
Półork zatrzymał się pięć jardów od arkebuzera i wycelował. Była to jego jedyna szansa. Usłyszał strzał i poczuł odrzut. Łowca skulił się, a z jego ręki ciekła struga krwi. Polleck szybko zorientował się w sytuacji, wyjął z pochwy miecz i ciął żołnierza w bark, po czym przebił mu pierś. Doug upuścił muszkiet.
Komentarze (1)
I nawet jakieś amory były, tak na chwilę hehe. Zakończenie dość interesujące, 5:)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania