Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Na Granicy Śmierci #1
Wynajęty vauxhall nova przeleciał przez zardzewiałą bramę z kutego żelaza, a następni pomknął ciągnącą się przez pół kilometra drogą jednopasmową w kierunku kolistego podjazdu, gdzie skręcił w prawo - tak, jak się tego w Anglii nie robi.
Roztrzęsiona brunetka siedząca na jego kierownicą strzeliła balonem i gumy d życia, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w okazałą rezydencję. Znajdowała się wystarczająco daleko od Manchesteru, żeby snop światła wytwarzany PR reflektory jej niewielkiego samochodu były wyraźnie widoczny na tle gasnącego nieba. Budynek był ogromny - dwie wzniesione z kamienia kondygnacje otoczone rozległym, zapuszczonym trawnikiem. Za czterema białymi kolumnami widoczne były imponujące drzwi dwuskrzydłowe. Po ich obu stronach znajdowały się okna, a w każdym z nich naliczyła szesnaście małych szybek. To była jej pierwszy wizy na tej stronie Atlantyku i dopiero trzeci w życiu wyjazd z Nowego Jorku, tak więc - jeśli nie licząc posiadłości gubernatora, obok której przejeżdżali, gdy wraz z czternastoma innymi dziewczętami została zwerbowana na prywatne przyjęcie w Albany - Zero nigdy wcześniej nie widziała niczego podobnego. Wyłączyła silnik i rozpięła suwak skórzanej kurtki. Spod przedniego fotela wyciągnęła czarny plecak z cielęcej skóry. Wewnątrz znalazła męską chustkę do nosa, kłębek waty, łyżeczkę, zapalniczkę oraz przezroczystą plastikową strzykawkę z zainstalowaną igłą. W bocznej przegródce znajdował się wypełniony jasnobrązowym proszkiem plastikowy woreczek n kanapki zwinięty ciasno jak cygaro.
Po umieszczeniu kilku szczypt proszku na łyżeczce i dodaniu coca-coli, którą popijała z puszki, Zero odpaliła zapalniczkę. W ciągu paru sekund proszek rozpuścił się pod wpływem ciepła i napoju. Używając wacika jako filtra, zanurzyła koniec igły w powstałym płynie, po czym szybko pociągnęła za tłoczek, żeby wciągnąć heroinę do strzykawki.
Po obwiązaniu górnej części ramienia chustką zaczęła badać wewnętrzną stronę łokcia. Początkowo nie mogła znaleźć żyły, ale chwilę później błękitna linia objawił się na skórze. Wyćwiczonym ruchem umieściła na niej igłę. Jej ciało wypełnił płomienny ogień. Żar jak zwykle najpierw wypalił jej serce, a potem głowę. Wzdychając, osunęła się na oparcie fotela i czekała, aż płowienie sięgną kończyn.
Wraz z upływem czasu mile widziane odrętwienie znieczuliło w końcu i jej duszę.
W pogrążonej w mroku piwnicy otworzyły się oczy mężczyzny. Usłyszał opony chrzęszczące na żwirze. Potem silnik zamilkł. Tylko jedna osoba, przynajmniej w zasięgu jego zmysłów. Co dziwne, drzwi samochodu otworzył się i zamknęły dopiero po prawie trzydziestu minutach.
Po zgromadzeniu wystarczającej ilości energii, aby zacząć działać, Zero zdjęła chustkę z ramienia. Wsunęła plastikowy woreczek pod czarną skórzaną bluzkę z odkrytymi ramionami, którą miała na sobie, wrzuciła portfel do plecaka, a strzykawkę wraz z resztą oprzyrządowania włożyła do schowka.
Była gotowa.
Wysiadła z samochodu i poprawiła opinający jej biodra szeroki skórzany pas, którego klamrę stanowiła srebrna jaszczurka z diamentowymi oczami pożerająca własny ogon. Wyciągając plecak przez otwarte okno, spojrzała na swój zegarek nawiązującym jakiegoś serialu - krótsza wskazówka mierzyła w serce chłopaka, a dłuższa spoczywała między jego jajkami. Pięć godzin różnicy, jak twierdziła stewardesa. Czyli co? Siódma trzydzieści w Manchesterze? Nie zawracała sobie głowy przestawieniem zegarka - nie miała zamiaru długo tu zabawić.
Zero zajrzała przez jedno z brudnych okien w przedniej ścianie domu. W środku panowała zbyt duża ciemność, żeby dało się cokolwiek dostrzec. Na wszelki wypadek zapukała do drzwi przy użyciu zardzewiałej kołatki w kształcie róży o pokrytej kolcami łodydze. Nie oczekiwała, że ktoś na to odpowie, i miała rację. Udała się n tyły budynku i weszła do środka przez składzik, którego drzwi miały zepsuty zamek.
W kuchni po omacku przesuwała dłońmi po ścianie, aż jej palce na trafiły na włącznik światła. Nacisnęła go, ale nic się nie stało.
- Super...- wymamrotała, grzebiąc w plecaku, w którym w końcu znalazła latarkę oraz kartkę papieru. Przyświecając sobie, raz jeszcze przeczytała notkę. Instrukcja numer 7 brzmiała:
"Przeszukaj cały dom, każdy jego pokój bez względu na rozmiar, począwszy od piwnicy, a na strychu skończywszy.
Każde zamknięte drzwi, włącznie z szyframi, otwórz przy użyciu kluczy uniwersalnych.
Jeśli nie będą działać, użyj łomu.
Pamiętaj o tym, aby przybyć na miejsce PO ZMROKU"
Była zbyt naćpana, żeby czuć coś więcej niż lekkie podenerwowanie. Mimo wszystko jednak, gdyby nie była do tego zmuszona, to raczej ni byłoby jej w tej chwili w tym cholernym miejscu! Znalazła drzwi do piwnicy. Słońce już właściwie zaszło, ale tak naprawdę ni było jeszcze ciemno, ona jednak nie miała zamiaru czekać.
Pojedynczy intruz, kobieta o ostrym zapachu:
słodko-metaliczna woń krwi, skóra ociekająca kwaskowatym strachem.
A co to takiego? Gorzkawy odór, którego nie był w stanie rozpoznać.
Nie bał się, rzecz jasna, był jedynie ciekawy. To nie miało sensu. Z pewnością musi ich tu być więcej. Zawsze przychodzili grupami.
Ale gdy skoncentrował zmysły, nie wykrył nikogo oprócz wolno zmierzającej w jego kierunku kobiety. Do jego ciekawości dołączyła niecierpliwość, a to, ja dobrze wiedział, mogło być groźne. Dla niej.
Stare schody prowadzące do piwnicy zaskrzypiały i stopa Zero przeszyła na wylot przez przegniłe drewno trzeciego stopnia.
- Jasna cholera! - krzyknęła, a gdy straciła równowagę, promień latarki zatańczył po przepastnych ścianach pomieszczenia.
Przesunęła snopem światła po warstwach pajęczyn, kurzu i brudu. Powietrze było wilgotne, zapleśniałe. Nagle jej ręka zastygła w powietrzu, a serce zaczęło tłuc się w piersi jak oszalałe. Na środku podłogi stał duży kamienny sarkofag.
- Muszę sobie walnąć! - wyszeptała, automatycznie sięgając po heroinę.
Przeraziła ją jednak wizja tego, że mogłaby przedawkować w miejscu, gdzie nikt nie byłby w stanie jej pomóc. Poza tym wcale nie była na głodzie. Gdy już skończyła zajmować się tym, o co t przyszła, nagrodzi się kolejną działką.
"Wciągnie porządnych prochów przez nos to czyste marnotrawstwo" - pomyślała, wysypując odrobinę narkotyku na zaciśniętą pięść.
Gdy wdychała proszek, katar wysunęła się jej z dłoni i spadła na dół, odbijając się od schodów.
W krwiobiegu Zero krążyła teraz tak duża ilość heroiny, że dziewczyna nawet nie drgnęła i w ciągu kilku sekund przekonała samą siebie, że się uspokaja. Po zejściu ze schodów podniosła latarkę i ostrożnie zbliżyła się do prostokątnego grobowca. Przesunęła światłem o jednym z jego boków i odczytała inskrypcję:
DEVON LILE HARRISON
1863-1893
NIECH BÓG MA W OPIECE
DUSZE POETÓW
Zero zmusiła się do podejścia do sarkofagu i położyła na jego wierzchu wszystko, co ze sobą przyniosła, prze co pomieszczenie wypełniło się się upiornym światłem. Wbiła stopy w posadzkę i naparła na wieko z całych sił, próbując je poruszyć. Przesuwało się bardzo powoli i wkrótce zaczęła się pocić.
Gdy wieko przesunęło się wystarczająco, wzięła latarkę i zajrzała do środka.
- O Boże To jest chore! - wyszeptała.
Na zapleśniałej satynie spoczywało ciało mężczyzny odzianego w staromodne ubrania. Faliste jasne włosy sięgające mu poniżej ramion okalały bladą, posągową twarz. Delikatne białe dłonie złożone były na piersi w klasycznej pozie nieboszczyka. Nie wyglądało na to, aby oddychał, ale notka ostrzegała, że to ni ma znaczenia.
Zero włożyła drżące dłonie do wnętrza plecaka, z którego wyciągnęła drewniany młotek oraz zaostrzony kołek.
- Jezu, ni mogę tego zrobić! - zawołała.
Strach, który usłyszała we własnym głosie, prawie przedarł się przez heroinowe zamroczenie, zbytnio się do niej zbliżając. Zdecydowała, że nie zaszkodzi podładować raz jeszcze swoje morale, po czym szybko wciągnęła nosem dwie porcje narkotyku, które stłumiły przerażenie, zanim było ono jest stanie jeszcze bardziej ją osaczyć.
W końcu drżącymi rękoma umieściła zaostrzony koniec kołka w miejscu, w którym powinno znajdować się serce mężczyzny, uniosła młotek i wykonała zamach.
Z trumny wystrzeliła zimna dłoń i złapała ją za gardło.
Narzędzia uderzyły o podłogę, a ona, walcząc o oddech, została przesunięta do tyłu. Zaraz za dłonią z sarkofagu wynurzyła się reszta ciała. W nikłym świetle promienia latarki dojrzała przypominające budzący się do życia koszmar lśniące oczy oraz wykrzywioną w furii twarz.
"Śnie. To musi być sen - pomyślał. - Ona wróciła".
Ale po kilku sekundach rzeczywistość nabrała konkretnych kształtów. To nie była Ariel. Ta dziewczyna była jednak równie piękna.
"Niczym współczesna Afrodyta, nawet pomimo mocnego makijażu". - Przyszło do głowy Devonowi.
Drobna i delikatna tak ja Ariel, a pod skórzanym ubraniem skrywała się prawdopodobnie wspaniała figura. Kasztanowce barwa włosów oraz lazurowe oczy z pewnością były inne. Nadawały jej miękkości i kobiecości.
Otaczała ją jednak również niezbyt słodka aura, coś nieprzyjemnego, czego nie był w stanie zidentyfikować, co nie było jednak związane z tym, że prze chwilą próbowała przebić mu serce grubym kawałkiem głogowego drewna. Na myśl przyszły mu ironiczne słowa lorda Byrona:
"Ach! doskonała... lecz że doskonali Ciężarem nudnym są nędznego świata"*.
Pchnoł ją n drugi koniec pomieszczenia.
Uderzyła przodem ciała o kamienną ścianę, po czym błyskawic mu czoła.
- Ty bydlaku!
Gdy ruszyła w jego kierunku, sprawiała wrażenie kompletnie przerażonej, chociaż ni było tego słychać w je głosie.
- Stary, lepiej trzymaj ręce przy sobie! Hej, posłuchaj, tylko spokojnie, okey? Mam prochy. Możemy poimprezować, trochę się zabawić, co ty na to? Mogę sprawić, że poczujesz się jak to niebie.
Właśnie to wyczuł wcześniej. Była harda, ale krucha. To czyniło ją nieprzewidywalną, chociaż dla niego nie stanowiła żadnego zagrożenia. Złapał ją w ramię. Jego głos nawet w jego własnych uszach brzmiał chrapliwie. Dużo czasu minęło, od kiedy miał ostatnio okazję by niego korzystać.
- Kim jesteś?
Wpatrywała się w niego, jakby był potworem z horroru.
Potrząsnął nią lekko, żeby przywołać ją do rzeczywistości.
- Mam n imię Zero. Hej, popatrz na to! - Spomiędzy piersi wyciągnęła plastikowy woreczek i pomachała mu nim prze nosem.
- Hera. Prawie czysta. - Posłała mu uwodzicielski uśmiech, który był do tego stopnia nieszczery, że aż żałosny. Prawie zaczął jej współczuć.
- Jesteś całkiem niezły - powiedziała. - Tak jest, mogę sprawić, że poczujesz się naprawdę super.
Devon wyrwał jej torebeczkę z dłoni i cisnął ją w ciemny kąt.
- EJ! - wrzasnęła. - Oszalałeś? Tam są całe trzy gramy warte tysiąc pięćset dolców! Wiesz, jak długo musiałam na nie pracować?
Zamachnęła się na jego twarz, a jej ostre jak brzytwa paznokcie rozorały skórę, z której pewnie pociekła by krew, gdyby ta się po nią znajdowała.
Przycisnął ją do kamiennej ściany, zmagając się z żądzą przemocy.
- Dlaczego chciałaś mnie zabić?
Posłała mu wściekłe spojrzenie, kręcąc głową. Nagle jej noga wyprostowała się niczym składany scyzoryk, a kolano o mały włos nie trafiło w jego krocze.
Devon, który w przeszłości dopuszczał się potwornych czynów, ale nigdy wcześniej nie uderzył człowieka, zaskoczył sam siebie. Gdy jego uszu dobiegł rozbrzmiewający w piwnicy dźwięk dwóch zderzających się ciał, zdał sobie sprawę z tego, że wnętrze jego dłoni weszło w kontakt z jej policzkiem.
Ona nie wyglądała na wystraszoną, ale nim wstrząsnęło to, co zrobił.
- Masz ładną buzię - syknął, z trudem odzyskując kontrolę nad emocjami. - Rób tak dalej, a może się to szybko zmienić.
Miał nadzieję, że tyle wystarczy, żeby ją zastraszyć. Ale jednocześnie myślał:
"To masochistka, która chce mnie skłonić do aktów sadyzmu. A ja wyrażam na mnie zgodę. Czy Ariel aż tak bardzo mnie odmieniła?".
- Wybacz - powiedział.
Jej oczy wypełniły się pogardą, co znowu go rozsierdziło.
- Wszyscy jesteście tacy sami, złamasy. Zniosę wszystko, czym mnie uraczysz, tak że możesz się dymać! - Tym razem wymierzyła mu mocny cios w splot słoneczny.
Wykręcił jej dłonie za plecy i pociągnął tyłem przez pokój, martwic się, że dziewczynie może podobać się bycie maltretowaną. A wystarczająco dobrze znał własną naturę, b wiedzieć, jak łatwo jest wstanie dać się ponieść tego typu mrocznym fantazjom. Wiele rzeczy można było o nim powiedzieć, ale Devon nie był brutalem i nie miał zamiaru się nim stać. Znajdzie na nią inny sposób.
Zmierzając ku wyjściu z piwnicy, podniósł jej plecak.
Ciągnięta od tyłu Zero zauważyła, że wnętrze budynku wypełnione było kurzem, jakby nikt w nim nie mieszkał. Miejsce przyprawiało ją o gęsią skórkę jak jakiś nawiedzony dom. Zdawała sobie sprawę, że powinna się bać, ale strach nie był w stanie przebić się przez stworzoną przez narkotyki zaporę. I była za to wdzięczna. Przeszkoda ta jednak długo nie wytrzyma. I gdy w końcu rozpadnie się n kawałki, ona znajdzie się w wielkich tarapatach.
Pokój na pierwszym piętrze, do którego ją zaciągnął, wyglądał, jakby nikt do niego nie zajrzał od pół wieku. Na podłodze zostały ślady ich stóp.
Pchnął ją na pokaźne łoże z baldachimem. Brudna kołdra buchnęła obłokiem kurzu. Obserwując, jak mężczyzna zasuwa regiel w drzwiach i zapala pół tuzina świec, Zero dotknęła policzka i pomyślała, że niezły z niego drań. Jednak owa myśl uciekła jej z głowy, gdy zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu.
Przy kamiennym kominku stały stare fotele, których oparcia i podłokietniki okryte były sczerniałymi serwetami. Oprócz nich w pokoju znajdowały się drewniane stoły we wszystkich rozmiarach i kształtach, a nogi niektórych z nich owinięte były pożółkłymi koronkami. Na ścianach oklejonych brudną tapeta w kwiatki wisiały fotografie w owalnych ramkach.
Większą część drewnianej podłogi zakrywał spory tkany dywan, którego wełna była zbyt brudna, by dało się rozpoznać jego kolor.
"Co za chlew" - pomyślała.
Zero przyglądała się mężczyźnie badającemu zawartość jej plecaka. Jego strój był wymięty, ale w rysach miał coś szlachetnego - niczym osoba z innej epoki, która wpadła w zakrzywienie czasoprzestrzeni.
"Niezły z niego psychol - pomyślała. - Wydaje mu się, że jest Drakulą".
Skórę miał białą jak papier, a ubranie wisiały na nim jak na anorektyku. Jego twarz miała poważny wyraz osoby z tendencjami do zamartwiania się. Mogła się założyć, że identycznie wyglądał już jako dziecko.
Gdy skończył przeglądać jej rzeczy, wbił w nią swoje przerażające piwne oczy.
- Zgodnie z twoim dokumentem identyfikacyjnym nazywasz się Anabell Stevens.
- Wszyscy mówią na mnie Zero - odparła nieprzyjaźnie.
- Pochodzisz z Nowego Jorku - czytał z jej prawa jazdy, ale ton jego głosu był zaskakująco łagodny. - Masz dwadzieścia jeden lat. - Upuścił portfel do plecaka. - I jesteś zabójczynią.
Zero się zaśmiała.
- Swój zawsze pozna swego, co? Chyba że jesteś wampirem wegetarianinem?
- Ta notatka z instrukcjami. Od kogo ją otrzymałaś?
Zrobiła głęboki oddech i zatrzymała powietrze w płucach.
Nigdy mu tego nie zdradzi, bez względu na to, co będzie chciał jej zrobić. Gdy mężczyzna ruszył w stronę łóżka, zaczęła żałować, że nie ma przy sobie heroiny. Cała się napięła w oczekiwaniu na kolejny cios.
- Zero, jesteś w poważnych tarapatach. - Miało to zabrzmieć złośliwie, ale nie do końca mu to wyszło. - Czy jesteś do tego stopnia odurzona, że nie zdajesz sobie sprawy z tego, gdzie trafiłaś? Wdałaś się w coś, co cię przerasta. Osoba, którą starasz się ochraniać, nie jest warta tego, co może się nie tobą stać.
Wysunęła podbródek, próbując wyglądać zadziornie. Wiedziała, że mężczyźni robią się jeszcze bardziej brutalni, gdy okaże się in strach.
- Kto cię przysłał? - Devon czuł, że znalazł się w kropce.
Wiedział, że mówi niczym gangster ze starego filmu. Nie był jednak przygotowany na aż taki opór ze strony zwykłej śmiertelniczki. Ariel sprawiała, że na nic już nie był gotowy.
Dziewczyna była zbyt otumaniona, żeby dało się ją zahipnotyzować. Jedynym pomysłem na rozszyfrowanie, o co w tym wszystkim chodzi i kto ją przysłał, było spuszczenie jej manta, a nie miał najmniejszego zamiaru się do tego uciekać. Wyrządził już wystarczająco dużo krzywd.
Pomyślał, że jest ładniutka. Przypomina trochę małe, płochliwe leśne zwierzątko. Zaśmiał się gwałtownie z własnych myśli. Mała i płochliwa! Raczej jadowita niczym pająk, poprawił się.
Starał się ignorować zapach jej krwi, ale ten coraz bardziej go obezwładniał. Upłynął już tydzień od ostatniego posiłku.
Nie będąc w stanie się powstrzymać, postawił ją na nogi. Na szyi nosiła czarny wisiorek ze srebrną główką lisa. Zwierzę miało w oczach te same klejnoty co jaszczurka u jej pasa. Zerwał z niej naszyjnik i przyłożył zęby do żyły na jej szyi, zanim była w stanie zareagować.
Och, jak bardzo pragnął przebić tę skórę! Przyzywał go słodki zapach płynącego pod nią rozgrzanego płynu. Ciepło powlekło by mu wnętrze ust i spłynęło przełykiem, wypełniając energią i rozniecając w nim iskierki życia. Było to niezapomniane uczucie i za każdym razem pragnął, by trwało wiecznie. Krew była obietnicą, która dodawała mu sił.
Przez głowę przemknęła mu myśl, że skoro jest aż tak odurzona, to nie będzie pamiętać, co z nią robił. Ale ta krew została splugawiona narkotykami - rozpoznawał już ich odór. Tłumaczyło to jej dziwaczne zachowanie. Jego ciało było w stanie skutecznie oddzielić składniki odżywcze i wydalić truciznę, ale heroina wywołała by w nim tymczasową dezorientację, a w tej chwili nie mógł sobie pozwolić na utratę kontroli. Jej krew nie przyniosła by mu satysfakcji, a co więcej, ni miał zamiaru zdradzić wartości, w które wierzył. Poddawanie się własnej obsesji było wystarczającym poniżeniem. Skoro już musiał żywić się krwią, a dobrze wiedział, że tak właśnie jest, to sam będzie decydował, kiedy i jak to zrobi, oraz do kogo będzie ona należała
Drżąc, zrobił krok do tyłu. Bolały go korzenie zębów, a szczękę ogarnęły spazmy. Gdy dostrzegła jego kły, na jej twarzy pojawił się wyraz niedowierzania, który widział już wcześniej u tak wielu innych osób.
- Kto cię przysłał? - spytał groźnie, pozwalając jej dobrze mu się przyjrzeć w nadziei, że szok wydobędzie z niej prawdę.
Przyłożyła dłoń do szyi, a chwilę puźniej ją odsunęła. Brak wilgoci na palcach wcale jej ni uspokoił. Wpatrywała się w niego z przerażeniem.
- Zdradź mi to, Anabell. Po co miałabyś cierpieć?
Dokonany wybór napełnił go siłą. Mięśnie jego twarzy zaczęły się rozluźniać, a głód rozgrywający mu trzewia nieznacznie zelżał.
" Jest silna - pomyślał - a jej barwy są równie delikatne i eteryczne jak te na obrazach. Hipnotyzująca. Niczym kobra" - upomniał sam siebie.
Nagle wyraz jej twarzy raz jeszcze uległ zmianie, jak gdyby to, czego przed chwilą była świadkiem, zostało wymazane z pamięci. Uśmiechnęła się nie niego ponętnie. Czuł, że za uwodzicielskością kryje się coś więcej ale nie miał pojęcia, co to może być.
Zaczęła bawić się guzikami jego koszuli, przysunęła się do niego, kołysząc biodrami, i spojrzała mu prosto w oczy. Miała szklisty wzrok. Zanim zdążył zareagować, rozerwała jego wargi swoimi ciepłymi ustami, a potem zszokowała go, wsuwając między nie język. Zaczął się zastanawiać, czy dziewczyna nie jest przypadkiem szalona.
Zdjęła kurtkę i rozsunęła kamizelkę. Jej piersi były pełne i krągłe, a nabrzmiałe sutki przypominały mięsiste koraliki. Gdy położyła na nich jego dłonie, ciepło i faktura jej skóry w połączeniu z wyczuwalnym pod nią pulsowaniem pobudziły w nim kilka rodzajów apetytu. Poczuł, jak zasycha mu w ustach, a jego krocze pęcznieje.
" Być może jeśli okażę jej sympatję i zachęcę do zaufania mi, odzyska zdrowy rozsądek" - rozmyślał, częściowo tylko świadomy tego, że próbuje racjanalizować jej kompletnie nieistotne zachowanie.
Zsunęła z siebie skórzane spodnie i botki, a następnie położyła się na łóżku, szeroko rozchylając nogi. Sprawiała jednocześnie wrażenie bezbronnej i niemożliwej do zranienia. Zdał sobie sprawę, że tak sytuacja najwyraźniej nie była dla niej nowością. Upomniał się szorstko, że przecież to zabójczyni i narkomanka, która ma zamiar go zniszczyć.
Ale wtedy ona zaczęła przyciągać go do siebie, przesuwać dłońmi pod jego koszulą i rozpinać mu spodnie.
- Lepiej powiedz mi to, co chcę wiedzieć - powiedział chrapliwym, kompletnie nieprzekonującym głosem.
- Może tak właśnie zrobię - roześmiała się.
Obserwował jej twarz, mając nadzieję dostrzec ją niej jakąś słabość. Nagle przyszło mu na myśl porównanie jej do gąbki, bo uświadomił sobie, że chociaż dziewczyna wchłania w siebie pobudzające bodźce, w rzeczywistości wcale nie doświadcza tego, co się dzieje. Wydawała się jednak bezgłośnie prosić go o więcej. Z zawstydzeniem wyobraził sobie, jak strofuje go w myślach za brak asertywności.
Devon odsunął się, a następnie położył obok niej i cały oszołomiony zaczął się jej badawczo przyglądać, mając wrażenie, że jest obiektem manipulacji. Wyglądała jak osoba, która przed chwilą skosztowała czegoś, co przypadło jej do gustu, ale co z pewnością nie zaspokoi jej apetytu.
- Chodźmy do piwnicy po towar - zaproponowała radosnym głosem i zaczęła się podnosić. - No, chodź! Koszmarnie tu nudno. Nie ma nawet pojęcia, jak się dobrze zabawić. Jeśli tak sobie wyobrażasz seks, to potrzebujesz prochów jeszcze bardziej niż ja.
Przycisnął jej ramiona d łóżka, kompletnie zdezorientowany tym brakiem emocji z jej strony.
- Kurczę, przyćpałabym. - Zadrżała, ale podejrzewał, że ni z strachu przed nim.
- Kotku, ale nie ciebie nudziarz. Nie ma mowy, żebyś otrzymał ode mnie jakiekolwiek odpowiedzi. Chodźmy do piwnicy i spróbujmy się trochę rozluźnić. Masz tu gdzieś jakieś igły?
Possał górną wargę, przyglądając się jej. Była niczym postać z opowieść Burroughsa. W końcu jednak powiedział.
- Powiesz mi, jeśli dam ci narkotyki?
- Jasne - odparła z udawaną nieśmiałością.
Sięgnęła ku jego kroczu, ale odepchnął jej dłoń.
- Stary, czy wszystkie wampiry są takie spięte? Hej, jak to właściwie jest, gdy się nie żyje? Pewnie super, co? Zero problemów. Załatwisz mi to?
- Idziemy. - Postawił ją na nogi i wyprowadził przez drzwi. Po odnalezieniu niewielkiej torebki z proszkiem patrzył, jak dziewczyna wsypuje go na zwiniętą w pięść drżącą dłoń, a potem wciąga przez nos. Jej źrenice, które i tak wyglądały na zbytnio zwężone w bladym świetle latarki, teraz stały się jeszcze mniejsze, osiągając rozmiar główki od szpilki.
- Chcesz trochę? - spytała.
- Kto cię przysłał? I gdzie są pozostali?
Wyciągnął dłoń ociężałym ruchem.
- No chodź tu, kotku, t trochę dostaniesz.
Wyrwał jej woreczek i umieścił po jej zasięgiem, chociaż i tak była zbyt otępiała, żeby go zdobyć.
- Nic innego cię nie przeraża, więc może to zadziała. Przyjmę na siebie rolę strażnika tego narkotyku i zobaczymy, jak długo będziesz w stanie się nie bieg obyć.
Wyglądała na wystraszoną. W końcu trafił na ślad właściwych emocji i miał zamiar dopilnować, by się stopniowo nasilały.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania