NA PRZEDMIEŚCIACH
Tu też wszystko ma swoją cenę.
Magazyny pachną smarem,
światła stacji benzynowej gasną przed świtem,
ciężarówki ruszają bez słowa,
a w motelach ściany pamiętają więcej niż ludzie.
Przed świtem znowu tam poszedłem.
Jej dłonie wciąż pamiętały.
Jej oczy
starsze,
zmęczone czekaniem na coś,
co nigdy nie przyszło.
Wciąż zbyt mądre na złudzenia.
Patrzyła na mnie tak,
jak patrzy się na coś,
co już przestało mieć znaczenie.
Nie musiała rozkładać kart.
Wiedziała od początku.
Jak wtedy – kiedy byliśmy młodzi,
i mieliśmy wszystko,
co mogliśmy przegrać.
Ale śmiała się wtedy łatwiej,
a w jej głosie było coś,
co sprawiało, że chciałem zostać dłużej.
Tylko, że ja zawsze wychodziłem przed świtem.
A teraz – teraz już się prawie nie śmiała.
Ręce miała chłodne,
pachniały dymem papierosów i czymś jeszcze,
czymś, czego nie umiem nazwać.
Kiedyś chciałem z nią uciec.
Daleko.
Ale uciekałem zawsze sam.
W końcu przestała pytać.
A ja – ja wciąż się oszukiwałem.
Czy z tych resztek
można jeszcze coś złożyć?
Bo zawsze miałem nożyczki,
i zawsze miałem klej.
I te cholerne marzenia jak sensowny film.
Ale jak montować
ze skrawków, których już nie ma.
Czytała z kart, a ja patrzyłem przez okno w miejsce, gdzie zawsze kończyło się miasto
i moja ucieczka.
Wieża.
Wszystko się wali.
Wszystko, co próbujesz utrzymać.
Diabeł.
Nie odejdziesz.
Nie od niej, nie od tego, co cię trzyma.
Dziesięć Mieczy.
Koniec.
Nie nowy początek –
tylko koniec, który nie zostawia miejsca na nic więcej.
I odłożyła karty.
Tak zawsze było zapisane – powiedziała cicho.
Paliła papierosa i nie patrzyła na mnie.
Nie chciała widzieć, co zostało z kogoś,
kto zawsze obiecywał więcej, niż mógł dać.
Wieża.
Diabeł.
Dziesięć Mieczy.
Zawsze tak było – powiedziała cicho.
Jej głos nie miał już tamtego ciepła.
Był jak wszystko tutaj –
zmęczony czekaniem.
Co teraz? – spytałem, choć znałem odpowiedź.
Ona też wiedziała, że wrócę.
Ale nie miała już nadziei,
że zostanę.
A ja – ja miałem tylko nożyczki i klej.
Marzenia były kiedyś,
ale one się nie liczą,
kiedy wszystko się rozsypuje.
Mogłem coś powiedzieć.
Ale słowa są niczym,
kiedy już raz zawiedziesz.
Bo ona nigdy nie miała złudzeń.
A ja – ja miałem ich zbyt wiele.
I to było wszystko,
co nas dzieliło.
I wszystko, co nas zniszczyło.
Teraz wstań.
Nie oglądaj się za siebie.
Bo jeśli spojrzysz,
to nie odejdziesz.
A jeśli zostaniesz,
to zostaniesz na zawsze.
Z tym, co się rozsypało.
Z tym, czego już nie można skleić.
Chciałem coś powiedzieć.
Coś, co odwróciłoby bieg rzeczy.
Ale nie było już słów.
Nie było już nic.
Bo montujesz z tego, co masz.
A ja – ja już nie miałem.
Tniesz.
Składasz.
Ale nie możesz wrócić.
I trzeciej szansy nie będzie.
Wstałem.
Ciężarówki na zewnątrz ryczały silnikami,
jakby świat wcale nie czekał.
Nie zatrzymałem się.
Nie obejrzałem za siebie.
Bo wiedziałem, że jeśli spojrzę,
to nie odejdę.
A jeśli nie odejdziesz w porę –
jeśli zostaniesz za długo –
zostajesz na zawsze.
Z tym, co się rozsypało.
Z tym, czego nie można już poskładać.
A twój film?
Twój film zaczyna się teraz.
Komentarze (2)
Magazyny pachną smarem,
światła stacji benzynowej gasną przed świtem,
ciężarówki ruszają bez słowa,
a w motelach ściany pamiętają więcej niż ludzie.
Przed świtem znowu tam poszedłem.
Jej dłonie wciąż pamiętały.
Jej oczy
starsze,
zmęczone czekaniem na coś,
co nigdy nie przyszło.
Wciąż zbyt mądre na złudzenia."
Później staje się nudne...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania