Na rozdrożu
Nigdy nie udało mi się upodobnić do mojej idolki
Kobiety, której chciałam ukraść życie
Jednak nie potrafiłam być tak dumna, spokojna ani wyniosła
Nie czułam się też piękną
Nigdy nie zaznałam poczucia bycia na swoim miejscu
Przynależności, więzi, akceptacji
A Ona zawsze tu królowała
W mieście raz piękniejszym raz brzydszym
Ono i tak odwiecznie należało do Niej niezależnie od okoliczności
Podczas, gdy ja szalona, w amoku, pełna lęków i fobii - uciekałam
Nie wiadomo dokąd, broniąc się już sama nie wiem przed czym
Za każdym zakrętem uparcie wypatrywałam odmiany swego losu
Liczyłam, że mogę zgubić te czarne oczy, przeznaczenie i przeszłość…
Byłam ciągle w ruchu
Na chybił trafił wybierałam kolejne kraje
Przekroczyłam niezliczoną ilość granic
Straciłam rachubę w tych odjazdach oraz powrotach
Pakowanych i wypakowywanych walizkach
Wciąż nowych początkach
Mężczyznach, których uwielbiałam za mało albo zbyt mocno
Nieustannie napotykałam przeszkody nie do pokonania
Wiatraki, z którymi walczyć się nie dało
Zawsze byłam niedopasowana do środowiska
Ubiorem, nastrojem, miną, gestami, słowem
Nazywano mnie Inną
I często pochylona w niemym przerażeniu nad talerzem zimnej zupy płakałam, że muszę to wszystko zjeść sama…
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania