Nad Brzegiem Morza
Stojąc nad brzegiem morza słabe fale obmywały moje wyeksploatowane stopy. Ile to razy chodziłem z miejsca w miejsce dźwigając kartony z belami materiału w hinduskiej hurtowni tkanin. Tam nie było przebacz, a raczej: przebaczyli, to ty także przebacz. W enklawie wciąż panowała złota godzina. Otoczenie robiło na mnie ogromne wrażenie. Było pięknie. Wpatrywałem się w horyzont rozmyślając nad tym, czy jest coś dalej. Może to właśnie tam znajduje się ten upragniony raj. Nie mogłem się napatrzeć, choć w czyśćcu przebywałem według ziemskiej skali czasu, dobre sześć tygodni. Nie mogłem też przypuszczać, iż za chwilę spotkam samego Boga. Tego, który tak często nade mną czuwał. W życiu miałem z jednej strony, cholerny fart. Można by było nakręcić dobry film ze scenami destrukcji i autodestrukcji. Wiele występków uszło mi na sucho. W momentach zasadzki losu, czułem się chroniony przez Pana. Dbał o to bym nigdy nie wpadł w sidła konsekwencji mych złych, bezmyślnych czynów. Gdy tak stałem, spostrzegłem, że z mej prawej strony, brzegiem ku mnie zbliża się starzec o długich, siwych, rozpuszczonych włosach, białej brodzie, odziany w śnieżną szatę. Zrozumiałem, że to Bóg. Na myśl o tym, co się właśnie dzieje sparaliżował mnie strach, gdyż nie wiedziałem, co od niego usłyszę i jakie są jego zamiary wzglądem mej grzesznej duszy. Kiedy dzieliła nas już tylko dwumetrowa odległość Pan przemówił do mnie.
– Witaj Wojciechu. Cieszę się, że cię widzę. Bądź spokojny. Nie przybyłem tu by cię ukarać albo prawić ci morały. Pamiętaj! Zawsze będziesz moim dzieckiem i bez względu na wszystko zawsze będę cię kochał. Teraz inni mnie nie widzą i nie słyszą. Jestem w tej chwili tylko dla ciebie. Uznałem, iż powinniśmy porozmawiać, ponieważ mam propozycję.
– Panie! To dla mnie zaszczyt, widzieć cię i słyszeć. To niebywałe szczęście. Byłem mocno przekonany, że taka chwila nie nadejdzie. Wiedz, iż za życia byłem kimś jakby w rodzaju tchórzliwego łobuza. Wypowiedziałem wiele słów przeciwko tobie. Wściekłość i gniew sprawiały, że podważałem twoje istnienie, ale jak tylko trafiłem do czyśćca marzyłem by cię ujrzeć, choć i w to wątpiłem.
– Wiem o twoich słowach i wiem także o twoich niechlubnych wyczynach, jednak uznałem, że zasługujesz na więcej niż dałem ci ja i dało ci życie. Rozumiem twój gniew, ale nie zawsze mogę interweniować. Ludzie często sami ściągają na siebie nieszczęście. Podarowałem wam wolną wolę, choć zdaję sobie sprawę z cierpienia i śmierci niewinnych istnień. Nie jestem idealny. Ludzie myślą, że istnieję od zawsze i będę tak trwał. Stworzyłem wiele światów i wszechświatów, lecz sam nie wiem, kto stworzył mnie. Zakładacie, że jestem wszechwiedzący, a prawda jest taka, iż w tej kwestii widzę połowiczną mgłę. Przybyłem do ciebie Wojciechu, aby cię prosić byś podążył za mną poza horyzont. Oferuję ci wydostanie się z tego zawieszonego miejsca. Oferuję ci raj. Chciałbym byś stał się moim pomocnikiem w tym lepszym świecie. Wiesz, jakie ciężkie potrafi być życie. Jeśli pójdziesz za mną uczynię cię aniołem. Aniołem, który będzie wypełniał mą wolę. Będziesz moim posłannikiem, który obwieszczałby wybrańcom na Ziemi moje plany. Czy zechcesz to na siebie wziąć?
– Boże! To wielka, wspaniała propozycja dla mnie grzesznego. Przyjmuję to Panie!
I tak Wyrwałem się z wiecznej, złotej godziny. Czyściec nie jest sam w sobie zły, ale raj to zupełnie inna sprawa. Całe ziemskie życie cierpiałem. Teraz czuję się wyśmienicie. Melancholia i depresja odeszły. Zacząłem żyć jako sługa Boży. Zrozumiałem go. Cała krytyka okazała się nietrafiona. Jeśli mogę coś radzić od siebie tym wątpiącym, proszę byście zaczęli czytać Biblię. Każdego dnia, choć trochę. Tam jest nadzieja.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania