Najazd #Prolog, Rozdział I #1
PROLOG
Gdy na Ziemie przyleciał statek obych, każdy był zaniepokojony. Każdy zadawał sobie jedno pytanie: o co im chodzi? Po kilku dniach rozmów kosmitów z wszystkimi przedstawicielami każdego państwa w radiach można było usłyszeć:
- To... to się stało ludzie... koniec świata... nadchodzi...
Załamany głos wprowadzał jeszcze większy strach.
- Kosmici przylecieli i... powiedzieli każdemu prezydentowi, kanclerzowi czy królowi, że to dzięki nim żyjemy i teraz chcą żebyś my im podziękowali... nie byle jak, ale... mamy im oddać trzy miliardy ludzi by pracowali dla nich na ich planecie. Jeśli tego nie zrobilibyśmy groziła by nam wojna... którą napewno nie wygramy... więc nasi przywódcy zgodzili się... dlatego z każdego kraju będzie zabrana część ludzi. Dlatego też żegnam was bo moge to być też i ja. Narazie.
Każdy był przerażony. Nie wiedzieliśmy co zrobić. Byłem wtedy tylko dzieckiem kiedy... oni przyszli i zabrali moich rodziców. Moja mama płakała tak samo jak ja, a mój ojciec próbował walczyć. Nadarmo... zabili go. Byłem zdruzgotany. Nie miałem do kogo iść, a śmierć była blisko. Więc szedłem. Szedłem przed siebie nie zważając na niebezpieczeństwo czyhające na każdym kroku. Razem z moim misiem w piżamie szedłem prosto przez ulice. Dookoła były ciała walczących, ale poległych. Łzy wciąż towarzyszyły mi przez moją podróż, aż wkońcu ktoś się zlitowalł i mnie przygarnął. Był to mężczyzna w podeszłym wieku, ale widać było energię którą emanował. Spytał co mi się stało, a gdy opowiedziałem mu o wszystkim powiedział żebym się nie martwił. Spytał też czy chce iść z nim. Zgodziłem się. Był sympatyczny. Zapytałem czy mogę do niego mówić tato. Był zaskoczony, ale po chwili się zgodził mówiąc, że czeka nas masa przygód. Wierzyłem w to. Wiedziałem też, że oni wrócą. Nie teraz, ale wrócą. W jedną noc zdążyli zabrać trzy miliardy ludzi, a zostało jeszcze cztery. Ludzie nie wierzyli w to co się stało i wciąż bali się o swoją przyszłość w obawie przed kolejnym najazdem. Każdy miał żal do najwyżej położonych osób, że się zgodzili. A ja szedłem przez życie razem z moim tatą z nadzieją o lepsze jutro. O jutro w którym nie będziemy się przejmować strachem, a będziemy żyć jak przed tym incydentem. Doczekaliśmy się go. Po 20 latach ludzkość zapomniała o tym wydarzeniu, ale nie na długo.
Rozdział I
W momencie gdy w końcu czas leciał powoli i bez strachu, ludzkość postanowiła coś zrobić. Zawiązała ruch oporu, który miał walczyć do ostatniego żołnierza by zadbać o wolną Ziemię. Tak wyglądało w teorii, ale jak miało wyjść w praktyce każdy miał się o tym przekonać w późniejszym czasie.
Miałem 25 lat, a mój przybrany ojciec umierał na moich rękach postrzelony przez jakiegoś popaprańca , który nie wytrzymał presji życia w świecie gdzie każdy może cię zabić, a oni znów przylecą żeby nas zabrać, dlatego postanowił strzelać do każdego kogo napotka, aż jego samego nikt nie odstrzeli. Dopiął swego. Gdy płakałem na truchłem mego ojczyma on podszedł do mnie i spytał się czy coś się stało i czy może pomóc po czym zaczął się gromko śmiać. Podszedł bliżej i przyłożył mi lufe magnum do skroni. Wtedy nie wiedziałem co robię. Odtrąciłem jego rękę i złapałem go za szyję, podnosząc i dusząc. On opuścił pistolet i próbował się wyrwać. Na próżno. Padł martwy, a ja miałem pierwszą duszę na moim sumieniu. Płakałem jeszcze bardziej. Nie byłby wtedy ze mnie dumny, ale nie żył i musiałem sobie dać radę sam. Najpierw zakopałem ciało ojczyma i tworząc prowizoryczny grób. I odszedlem idąc przed siebie tak jak wtedy... Wtedy pomyślałem, że wszystko może się zdążyć. Mogłem umrzeć i mogłem przeżyć.
Po kilku dniach wędrówki natrafiłem na miasto. Chyba Poznań, ale nie byłem pewien. Poszedłem do najbliższego baru i zamówiłem coś do picia. Podszedł do mnie jakiś typ dziabnięty już ostro . Chciał się bić. Odmowiłem, ale on nie oczekiwał takiej odpowiedzi. Każdy zaczął się się śmiać w sali, a on złapał mnie za ramię i wyrzucił do tyłu. Uderzyłem o stół...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania