Najpiękniejszy sen
Otworzyła oczy. Pokój wydawał się ostrzejszy, promienie słońca wpadały prosto w zawieszony przy oknie pryzmat optyczny, tworząc przepiękną tęczę na ścianie. Czuła się dużo lepiej. Dziwnie wyspana i świeża. Wczoraj miała 80te urodziny i naprawdę już w jej głowie nie pojawiały się zbyt często myśli, że czuje się dobrze. Częściej czuła się słaba, powolna i zmęczona.
Poczuła, że może wstać szybciej. Przyzwyczajona do bólu biodra, nauczyła się delikatnie obracać na bok i w pierwszej kolejności opuszczać nogi w stronę podłogi i czekających tam kapci. Dopiero potem siadała i, zanim wstała do pionu, czekała kilkanaście sekund, żeby nie zakręciło się jej w głowie. Tym razem było jednak inaczej. Czuła, że ciało jest zwarte. Ból nie pojawiał się w nogach.
Rozejrzała się po pokoju jeszcze leżąc i zrozumiała niezrozumiałe. To nie był pokój z wczoraj… Nie było jej kapci, balkonika przy łóżku ani szarego szlafroka zawieszonego na krześle. Kwiaty w pokoju były mniejsze, ale pełne życia. Bez uschniętych końcówek, odżywione i regularnie podlewane, odbijały ofiarowaną im troskę.
Usiadła i popatrzyła w przód na stojące naprzeciwko łóżka lustro. Nie robiła już tego dość dawno. Omijała swoje odbicie jak niechcianego gościa, nie łapała kontaktu wzrokowego, nie rozpoznawała siebie, nie przyglądała się pochylonej, powolnej postaci. Teraz zobaczyła swoją dawną twarz. Niewiarygodne… Twarz bez głębokich zmarszczek. Włosy rozpuszczone, opadały swobodnie poniżej ramion. Nie siwe, tylko kasztanowe z delikatnym, ciemniejszym odrostem, który w tamtym okresie pewnie uważałaby już za wymagający fryzjera. Teraz był tak piękny i naturalny.
Ramiona wystające spod bezrękawnika koszuli nocnej były gładkie, silne i niepokryte starczymi piegami. Jak to możliwe? W tamtym czasie widziała tylko wiotczejącą skórę na rękach. Wróciła do siebie sprzed jakichś 40 lat... Jak to możliwe? Niemożliwe.
A jednak. Porozglądała się uważnie, odnajdując we wspomnieniach przedmioty i szczegóły, które teraz leżały przed nią jakby nigdy nic. Jakby ten czas nie upłynął. Ciało czterdziestolatki było teraz na nowo jej ciałem. Jak mogła wtedy uważać, że jest już stara? Cellulit na udach, który teraz był prawie niezauważalną oznaką kobiecości, wydawał się wtedy okropny i nie potrafiła już swobodnie rozbierać się na plaży. Latem przed 38. urodzinami kupiła sobie jednoczęściowy strój i od tego czasu, jej teraz tak zgrabny, lekko zaokrąglony, gładki brzuch nie widział już promieni słonecznych.
Nagle usłyszała niemożliwe: dźwięki w domu. Ciche śmiechy na parterze, pomieszane z radosnym krzykiem i dynamicznym ruchem, odbijały się echem po korytarzu, wpadając prosto do sypialni. To one. Jej dzieci. Te małe istoty, które wtedy tak bardzo chciały się przytulać. Cały czas. Teraz przecież dorosłe, zajęte swoimi sprawami, dziećmi, pracą, wyjazdami…
Dźwięki sobotniej pobudki, przepychanie się w pokoju na dole o to, kto pierwszy wbiegnie do łazienki, napełniały jej serce wzruszeniem. Psy szczekały radośnie, wiedząc, że nocna nuda dobiegła końca. Biegiem po schodach, gubiąc łapy, skoczyły na nią z impetem. Jak dawno ich nie było! Dwie czarne, włochate kulki zaczęły ją lizać po rękach i szyi, merdając ogonami, szczęśliwe z nadchodzącego dnia. Ile razy w takiej chwili zrzucała je z łóżka, krzycząc, żeby szły na miejsce i dały jej spokój? Teraz miała wrażenie, że to jest najbardziej wymarzony poranek, jaki mogłaby sobie wyobrazić.
Już dawno nie były przy niej. Odeszły stare i zmęczone chorowaniem. Pamięta dzień pożegnania, cierpienie, jakie wlało się w nią i w całkiem samotny, bezdźwięczny dom. Nie wzięła kolejnych. Często o tym myślała, ponieważ dom bez zwierząt wydawał się zbyt cichy, ale ciągle coś powodowało, że przekładali tę decyzję. Może po wakacjach, bo będzie problem, z kim psa zostawić. A to po świętach, bo na sylwestra szczeniak będzie się bał. Dzieci się wyprowadzają, to też bez sensu, bo sami nie dadzą rady wyprowadzić. I tak minęło ponad 40 lat bezzwierzęcej samotności, w której zapomniała, jak wspaniale mieć towarzysza, który zawsze patrzy na ciebie z radością, zaufaniem i chęcią życia. A przede wszystkim JEST, i to ta obecność daje tak ogromnie wiele.
Wstała szybko i zbiegła po schodach, nie mogąc uwierzyć, że ten chaos w domu dzieje się naprawdę. Wszędzie porozrzucane drobiazgi. Na podłodze w pokoju dzieci leżały, zdjęte przed snem, pogniecione ubrania. Zabawki w pośpiechu wypuszczone z małych rączek zaległy porzucone na środku, czekając, kiedy znów będą w bohaterskiej akcji podskakiwać, wydawać udawane dźwięki lub turlać się od ściany do szafy.
Ten rozgardiasz, który kiedyś wydawał się powodem do podniesionego tonu, do wydawania poleceń, teraz wyglądał jak zapowiedź wspólnie spędzonego czasu wśród śmiechu, przytulań, rozmów o rzeczach tak istotnie nieważnych. Dzieciaki śmiały się w łazience, przepychając się przed lustrem i robiąc do siebie głupie miny ze szczoteczkami w ustach. Pasta ciekła po umywalce i kolorowych piżamach. To, co kiedyś było problemem, teraz było życiem. Ich wspólnym, szczęśliwym światem. Radością, która wraz z białą pastą wyciekała z małych ust. Po co kiedyś krzyczała? Po co złościła się od rana na te uśmiechnięte buźki, które teraz wydawały się najważniejszymi promieniami słońca w łazience bez okien?
Usłyszała dźwięk naczyń wyjmowanych ze zmywarki – tak dawno niesłyszany dźwięk. Ostatnio jedynym używanym naczyniem była mała, ulubiona, niebieska filiżanka na herbatę i biały talerzyk, przemywany w zlewie po śniadaniu, żeby w porze obiadu mógł posłużyć do małej porcji warzyw albo gotowych pierogów ze sklepu. Nie miała już sił ani chęci lepić ich sama.
Powoli, idąc za usłyszanym dźwiękiem, weszła boso, po zimnych kaflach, do przestrzeni pełnej szafek, słoików, warzyw, owoców i zapachów.
Nachylał się nad blatem. Nie mogła uwierzyć, jak dobrze wyglądał. Silny, postawny, wyprostowany mężczyzna, w którego ramionach zawsze czuła się bezpiecznie. Uwielbiała te chwile, kiedy przerywali sobie codzienne czynności tylko po to, żeby oprzeć się o siebie w objęciach. Jego lekko przerzedzone włosy i siwiejące skronie dodawały mu uroku i męskości. Zerknął na nią radosnymi oczami. Znowu. Pełnymi miłości.
Nagle odniosła wrażenie, że tak wiele razy przegapiała ten moment. W pędzie życia, pomijając to, co ważne, biegła do przodu, krytycznie oceniając się w lustrze, nie widząc siebie w odbiciu jego oczu. Nie zawsze wierzyła jego pięknym słowom i gestom. Chciała być lepsza, piękniejsza, bardziej zaradna, ogarnięta, wykształcona, uzdolniona. Zawsze trochę bardziej wystarczająca – mimo zapewnień o miłości, która była tak ogromnym, danym im darem.
Narzucała na siebie nowe zadania, cele, szkolenia. Ile miała wtedy siły! Ile energii, żeby sprostać tak wielu wyzwaniom. Zbliżając się do czterdziestki, nie powtarzała sobie nigdy tego, co zobaczyła teraz. Tego, jaka jest wspaniała, piękna i szczęśliwa. Teraz, patrząc z dystansu, widziała niesamowitą osobę. Widziała dom pełen dźwięków, boskiego chaosu, za którym tak teraz tęskniła.
Wtedy, siedząc w tym rozgardiaszu, zdarzało się jej myśleć, jak dobrze byłoby pobyć chwilę samej i móc posłuchać własnych myśli. Oj nie. Ma dosyć ciszy, a jej myśli wcale nie są tak wybitne i wspaniałe, żeby słuchać ich całymi dniami. Ten pęd, nieprzewidywalny bieg za życiem, ten chaotyczny bałagan – był wszystkim, co razem stworzyli, i to to wszystko razem napędzało cały świat energią. Czystą energią.
Powoli, jakby w każdej chwili mógł zniknąć i rozpłynąć się w powietrzu, podeszła do niego i przytuliła się mocno do umięśnionych, dużych pleców. Poczuła jego ciepło, które mimo upływu lat tak dobrze pamiętała i kochała. W powietrzu unosił się zapach świeżo zmielonej kawy. Włączony piekarnik świecił słabym światłem i prezentował już ładnie wyrośniętego omleta z jabłkami. Oparł się lekko o nią i zastygł w bezruchu. Mimo że nie widziała jego twarzy, czuła, że jest uśmiechnięta.
Ich wzajemna obecność zawsze dawała im poczucie ogromnego, niewytłumaczalnego szczęścia. Byli dla siebie darem od wszechświata, błogosławieństwem od Boga albo zwyczajnie szczęśliwym trafem – obojętne było źródło tego małego cudu. Mieli świadomość, że mając siebie, mają wszystko, czego potrzebują.
Dzieciaki wbiegły do kuchni wesołe i rozchichotane. Chciała chłonąć tę chwilę wszystkimi zmysłami. Teraz, kiedy ich dom był tak pusty i cichy, patrząc znów na ten zamęt, poczuła całą sobą, że jej życie było pięknym snem. Snem, który teraz wydawał się tak krótki.
Kiedy była młoda i myślała o tym, że będzie żyć 80 lat, miała uczucie, że na pewno będzie już nasycona codzienną kawą, ciągłym puszczaniem prania, długimi rozmowami, tańcem do rana czy trzymaniem się za ręce. Nie była. Oddałaby dużo za to, żeby móc spokojnie usiąść na podłodze w łazience i, słuchając ulubionych piosenek, znów segregować ubrania pachnące dziećmi.
Zagubiła się, nie wiedząc, co jest jawą, a co marą. Jedyną słuszną decyzją wydawało się patrzeć na to wszystko i uśmiechać się szeroko. Robiła wszystko, co mogła, aby wdzięczność z każdej chwili płynęła w niej jak rwąca rzeka. Pamiętała też, jak dużo było ciężkich chwil, przytłaczających emocji, które czasami wydawały się nie do udźwignięcia. Zawsze razem wychodzili z tego obronną ręką. Zresztą ciekawe było to, że te trudniejsze momenty rozmywały się we wspomnieniach, jakby traciły ostrość, pozostawiając jedynie uczucie siły, wytrwałości i nadziei.
Usłyszała śpiew ptaków. Karmnik powieszony na dachu, wypełniony nasionami słonecznika, przyciągał małe, żółto-czarne sikorki. Poczuła na skórze wpadający do kuchni przez okno letni wiatr. Zamknęła oczy.
Znów leżała w łóżku, otulona pod szyję ciepłą kołdrą. Nie chciała otworzyć oczu, ale to nie obroniło jej przed świadomością bolącego ciała, słabych ramion i zdrętwiałych lekko stóp. Znów słabsza i wolniejsza. W myślach złapała się kurczowo wdzięczności za życie, które ma. I mimo że teraz inne, spokojniejsze, kochała je – a jutro, to co dziś, może okazać się najpiękniejszym snem.
Może jutro nie będzie miała siły wstać i wyjść na spacer. Może za rok nie usiądzie z wnuczką na ławce w parku i nie posłucha śpiewu sikorek. Dziś może zjeść dobrą zupę, którą przyniosła jej córka. Włączy muzykę flamenco i pokręci się w kółko na środku pokoju przez kilka minut. Bo może. Ubierze się i zadzwoni do syna, żeby po południu przyjechał po nią, bo muszą coś załatwić. On zrobi to z uśmiechem, bo zawsze jest dla niej, kiedy go potrzebuje. Ma to po tacie.
Leżąc spokojnie, poczuła zapach świeżo zmielonej kawy…
– Skarbie? – zawołała w stronę korytarza.
– Tak, złotko?
– Dziś pojedziemy po psa.
Usłyszała wolne, tak dobrze sobie znane kroki na schodach. Otworzyła oczy i zobaczyła go w drzwiach. Wciąż wyprostowany, chociaż dużo słabszy i szczuplejszy. Całkiem siwy, tak jak ona. Stanął przy łóżku i z wielkim uśmiechem na twarzy oraz spojrzeniem pełnym miłości, powiedział:
– Zwariowałaś?
– Może tak, ale chcę psa.
– Spoko, może być, będzie fajnie.
– Tak. Jeszcze będzie fajnie. Jest fajnie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania