Nanu Nana ,pilery i hieny

Tego lata namalowałam 30 obrazów.

Był 2012 rok.

Tak. Trzydzieści.

Bez szkoły plastycznej, bez kursów, bez profesora, który mówi: „Proszę bardziej czuć tę kompozycję”. Kupiłam pędzel, farby, płótna i jazda.

Najbardziej kochałam te najmniejsze pędzelki. Człowiek siedzi z takim maleństwem i udaje, że właśnie odkrywa impresjonizm, a tak naprawdę próbuje namalować coś, co nie wygląda jak ziemniak.

Oczywiście priorytety były inne. Najpierw buty, dresy, bilety dla dzieci, rzeczy pilne i pilniejsze. A dopiero potem moje farby.

Ale jak już udało się kupić płótno i usiąść…

To przez dwa tygodnie się czaiłam, żeby zacząć.

Boże.

Ten moment, kiedy w końcu bierzesz pędzel, zanurzasz go w farbie albo chwytasz szpachelkę i zaczynasz tworzyć jakieś strukturalne wynalazki, których istnienia jeszcze pięć minut wcześniej nie podejrzewałaś.

I wtedy pomyślałam:

„No. W końcu mogę”.

Kilka obrazów sprzedałam.

A jeden, całkiem niespodziewanie, w ramach licytacji trafił do mojego Prezesa.

I tak oto człowiek maluje sobie niewinne dmuchawce, słucha „Love Me Like You Do”, myśli o zielono-niebieskiej koszuli w kratkę Bossa, a potem dowiaduje się, że będzie się budził przy tych dmuchawcach o poranku.

Jakąś aurą spokoju.

W świętym spokoju.

Statki też do niego trafiły — po dotknięciu mojej dłoni.

I te statki to już kawał historii.

Bo wiecie…

Zamiast po rozwodzie znaleźć sobie chłopa, zapisałam się do szkoły.

Do dziennej.

Trzy dni po sądzie.

Tak właśnie wygląda kryzys wieku średniego po polsku.

Jedni kupują motor.

Inni znajdują kochanka.

Ja poszłam do szkoły.

I dzielnie zapełnialiśmy ławki — podstawówka, gimnazjum i ta moja wymarzona, fachowa, dzienna.

A potem jeszcze zaczęłam malować.

I któregoś dnia w pracy spotkałam wziętego malarza. Takiego, co to wystawia się po świecie.

Burak nad buraki.

Chyba się ścięliśmy.

Mnie było śmiesznie.

Jemu chyba mniej.

Ale koniec końców…

Czy to ważne?

Nie.

Bo najlepsze w tej historii jest to, że zamiast czekać, aż ktoś mi powie, kim mam być, kupiłam sobie pędzel.

I chyba całkiem nieźle na tym wyszłam.

Męża nadal nie mam.

Za to mam obrazy, szkołę, historię i całkiem sporo wspomnień.

I okazuje się, że człowiek po rozwodzie może nie tylko kupić płótno i zacząć malować.

Może też pisać na Opowi.pl.

A potem czytać w komentarzach, że jakiś Wzięty, Pileri i Hiena najwyraźniej już nie mogą tego wszystkiego wytrzymać.

No cóż.

Nie każdy musi lubić moje obrazy.

Nie każdy musi lubić moje pisanie.

Ale skoro nadal czytają, to szczęść im Boże 

I to jest dopiero sztuka.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Paris_Catacombes

    Lumi : Staropolskie: " Ale!: Babo! ": Ty jesteś Mężatką, Pisarką... a że Malarką: to dobrze " już " wiedzieć... jak " kryzys wieku średniego ": jakbyś za dekadę od daty moich narodzin: kazała mi do Siebie mówić " mamo ".. Reasumując:.. Madź.: NoCoTy... 🙄🤨

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania