Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

"Napisz Opowiadanie"

Rozdział 1

„Ziemia wasza jest pełna pyłu, a pycha ludzka plami przestrzeń. Przeto nakazuję wam: przykryjcie to, co szare i obrzydliwe, bielą czystą jak pierwszy śnieg na szczytach Halla-san. Kto dopuści, by plama skaziła materiał wydany na Moją chwałę albo kto zaniedba obmycia miejsca, na którym stoję, będzie patrzył we śnie, jak dławią go własne nieczystości. Rano wstanie bez języka, by nie mógł plamić świata mową swoją. Albowiem biel jest Moją własnością, a wy jesteście jedynie stróżami jej czystości”.

Artur niemal bezwolnie zapisał notatkę. Chwilę na nią patrzył, a lęk mieszał się w nim z chorobliwą dumą. Zablokował telefon, odłożył go ekranem do dołu i głęboko odetchnął, przywołując na twarz spokój.

Na kanapie siedziała Magda, a obok niej zwijał się w kłębek schorowany shih tzu. Dziewczyna wstała, poprawiła czule kocyk na grzbiecie psa i poszła do kuchni. Po chwili wróciła z kolacją. Odstawiła naczynia na stół, stanęła za mężem i położyła dłonie na jego ramionach.

– Przynajmniej w nocy masz wreszcie spokój – mruknęła, kciukami rozmasowując jego kark.

Artur nakrył jej palce własną dłonią.

– Padam z nóg – odparł cicho. – Po kilku godzinach w kanale mózg sam się wyłącza. Bez myślenia, bez snów.

– Siedzisz w tym garażu dzień w dzień – stwierdziła, rzucając okiem na ścienny zegar. W jej głosie słychać było niepokój. – Dacie radę wyciągnąć z tego jakiś konkretny grosz? Sam wiesz, ile kosztują te zastrzyki dla małego.

– Damy, spokojnie. Pieniądze będą duże, ale przy renowacji nie da się niczego przyspieszyć. Klient płaci po skończonej robocie, więc musimy jeszcze trochę wytrzymać.

Pochyliła się, chcąc przytulić policzek do jego głowy, ale nagle zastygła w pół ruchu. Wciągnęła powietrze nosem.

– Co tak pachnie? Jaśmin?

Artur odpowiedział gładko, idealnie opanowanym tonem:

– Kamil załatwił z hurtowni mocną pastę do rąk. Tylko to domywa stary smar. Za darmo miał, to wziął.

– Dziwna ta pasta. Jakbyś wyszedł z drogerii – zamruczała niepewnie, ale zmęczenie wygrało z dociekliwością. Pocałowała go w czubek głowy. – Idę się położyć. Nie siedź za długo.

Gdy drzwi się zamknęły, Artur powoli wypuścił powietrze. Dopiero teraz poczuł, jak schodzi z niego napięcie.

 

Rozdział 2

Amanda docisnęła ostatnią parę dziecięcych spodenek.

– Naprawdę nie możesz pojechać z nami? – Rozpuszczone, jasne włosy opadały na ramiona, a w ruchach miała specyficzną, lekką niecierpliwość.

Oparłem się o futrynę sypialni z kubkiem czarnej kawy.

– Kochanie, tłumaczyłem ci już. Mam dwa ważne spotkania, których nie przełożę, a dzisiaj po pracy jestem umówiony. Załatwię Kacprowi dodatkowe lekcje u gościa z filharmonii. Młody ma ogromny talent.

Z salonu dobiegły ciche dźwięki szarpanych strun. Kacper siedział na dywanie, ostrożnie układając palce na progach. Gwałtownie podniósł głowę, jakby poczuł na sobie nasz wzrok, po czym wypiął dumnie pierś i zagrał płynnie cały motyw z popularnej bajki.

– Kuba, patrz! Bez pomyłki! – zawołał z błyskiem w oku.

– Słyszałem, mistrzu – odpaliłem z uznaniem. – Wracasz w niedzielę i ciśniemy dalej z materiałem.

Młody uśmiechnął się od ucha do ucha i wrócił do grania. Spędzaliśmy razem wieczory, ślęcząc nad nutami, a w nim była prawdziwa, nieprzymuszona iskra. Patrząc na niego, czułem po prostu dumę, jakby był z mojej własnej krwi.

– No dobra, jakoś sobie poradzimy, będę tęsknić – westchnęła Amanda, podchodząc do mnie. Stanęła na palcach i pocałowała w usta. – Widzimy się w niedzielę wieczorem. Kacper, wychodzimy! Babcia już na nas czeka.

– Uważajcie na siebie. I zadzwoń, jak dojedziecie.

Patrzyłem, jak znika w korytarzu. Kochałem ją, choć nasza relacja od początku przypominała zderzenie dwóch różnych planet. Pochodziłem z zamożnego, poukładanego domu, gdzie każdy krok miałem zaplanowany od kołyski. U Amandy wszystko potoczyło się inaczej – trudne dzieciństwo i wczesna ciąża wywróciły jej młodość do góry nogami.

Zarabiałem na tyle dobrze, że nie musieliśmy się martwić o rachunki, a ona odwdzięczała się stworzeniem prawdziwego domu. Jedno tylko nie dawało mi spokoju. Amanda wciąż żyła z dozą chaosu, którego nie potrafiłem ogarnąć. Częste wyjścia z koleżankami i spontaniczne wypady do klubów doprowadzały mnie do szewskiej pasji. W tych momentach czułem, jakbym stawał na kruchym lodzie.

Zwlekałem z zakupem pierścionka zaręczynowego jeszcze z jednego powodu – moich rodziców. Do tej pory delikatnie wyrażali swoją dezaprobatę. Gdyby dowiedzieli się, że chcę się ożenić z dziewczyną bez wykształcenia i z dzieckiem z poprzedniego związku wydaliby wyrok natychmiast.

– Kuba! Przesuniesz mi walizkę pod drzwi? – Dobiegł mnie jej głos z przedpokoju.

Odstawiłem kubek, podszedłem do łóżka i uniosłem ciężką torbę. Pomyślałem, że te kilka dni w pustym mieszkaniu dobrze mi zrobi. Będę miał czas, żeby wreszcie podjąć decyzję.

 

Rozdział 3

Fałdy białego materiału spowijały surowe ściany z pustaków i rury wentylacyjne. Na brudnym, zimnym betonie klęczało kilkanaście osób ustawionych w idealne rzędy. Każda miała na sobie grubą, ciasno zapiętą obrożę, od której biegła czarna smycz. Wszystkie linki łączyły się przy ołtarzu, powiązane w potężny węzeł. W centrum, na podwyższeniu z palet, stały one – ciężkie, wojskowe buty, wypolerowane na absolutny błysk. Przed nimi tliły się dziesiątki świec.

Artur uniósł głowę, a za jego przykładem, z cichym szelestem ubrań i brzękiem karabińczyków, poruszyła się reszta tłumu. Wszyscy wpatrywali się hipnotycznie w czarną skórę obuwia. Na twarzach malowało się wycieńczenie i fanatyczny lęk.

Z drugiego rzędu dobiegł nagle spazmatyczny szloch. Kobieta w umazanym błotem płaszczu zaczęła się trząść.

– Zrobiłam to – wykrztusiła, a jej głos załamał się ze strachu. – W samym centrum pasażu handlowego. Po prostu padłam na kolana.

Artur patrzył na nią z kamienną twarzą. Dziewczyna oddychała głośno, gwałtownie.

Serce waliło mu jak oszalałe, a skóra pod obrożą piekła od potu. Wyciągnął przed siebie drżącą rękę, chwycił butelkę z jaśminowym olejkiem i zaczął powoli wylewać go wokół palet, tuż obok splecionych smyczy. Intensywny, aromatyczny opar uderzył w płuca zgromadzonych.

Cała hala zamarła. Ludzie, bez jednego słowa rozkazu, położyli się na brzuchy, naciągając czarne linki i wciskając twarze w brudną posadzkę. Artur poczuł ciężar węzła tuż nad swoją głową.

 

Rozdział 4

W gabinecie ordynatora panowała cisza, mącona jedynie cichym brzękiem jarzeniówek. W powietrzu unosił się ciężki dym z papierosa, którego doktor Kaczmarek palił wbrew przepisom. Za oknem powoli świtało, ale nikt z czwórki lekarzy nie myślał o powrocie do domu.

– To fizycznie niemożliwe – odezwała się doktor Anna Janicka, rzucając na blat plik skanów rezonansu.

Miała podwójną specjalizację z neurologii i psychiatrii oraz niezłomną wiarę w empiryczną naukę. Duszę uważała jedynie za poetyckie określenie sieci neuronów. Pacjenci nigdy nie byli dla niej suchymi kartami chorób – autentyczne powołanie sprawiało, że walczyła o każdego z nich. Teraz jednak jej twarda logika pękała.

– Czysto – kontynuowała. – Brak guzów, udaru czy śladów toksyn. A pacjent od trzydziestu sześciu godzin nie stanął na nogi.

– Próbowałaś go chociaż posadzić? – warknął Kaczmarek, wypuszczając dym nosem.

– Gryzie. Ma tak silny odruch kąsania, że o mało nie straciłam palca. Kiedy zbliża się sanitariusz, ten człowiek warczy. To czysto gardłowy, dziki dźwięk.

Ordynator masował skronie w milczeniu. W głowie wciąż miał obraz z wieczornego obchodu. Dziewczyna znaleziona w parku leżała zwinięta w kłębek pod łóżkiem szpitalnym. Nie reagowała na swoje imię. A gdy podano jedzenie, zrzuciła je z tacy i zlizywała papkę bezpośrednio z kafelków, bez użycia rąk. W jej oczach nie było obłędu. Było tam absolutne, pierwotne posłuszeństwo.

– Ile mamy takich przypadków? – zapytał ordynator.

– Oficjalnie siedemnaście na naszym oddziale – odpowiedział rezydent, wertując tablet. – Nieoficjalnie… SOR dzwonił przed chwilą. Przywieźli małżeństwo. Szpitale w całym województwie są przepełnione, przekształcają oddziały ogólne na izolatki.

Ordynator powoli otworzył szufladę biurka i wyciągnął policyjny raport.

– Jest coś jeszcze – powiedział cicho, a lekarze nachylili się nad stołem. – Zanim ich psychika pęka, wszyscy zgłaszają to samo. Potworne, przewlekłe koszmary senne. I paraliże.

– Koszmary? – dopytała Anna.

– Tak. A w ich mieszkaniach policja zabezpiecza specyficzne przedmioty. Zobaczcie sami.

Ordynator rzucił na środek biurka zdjęcie zrobione przez techników. Przedstawiało sterylne pomieszczenie, w całości obwieszone białym materiałem. Na środku dywanu stały jedynie ciężkie, wojskowe buty.

– Co to ma być? Jakiś kult? – Kaczmarek zmrużył oczy.

– Nie wiem – szepnął ordynator, patrząc w okno, za którym budziło się miasto.

 

Rozdział 5

Oczy mam otwarte, ale ciało nie należy do mnie. Leżę bezwładnie, wtopiony w materac, z oddechem spłyconym do minimum. Paraliż. Ciemność w pokoju ma dziwną, gęstą konsystencję, a powietrze pachnie nagle czymś specyficznym. To aromat niezwykle drogich, ekskluzywnych perfum o magnetycznej, jaśminowej nucie. Woń, która normalnie by mnie zachwyciła, teraz budzi czysty lęk.

Słyszę dźwięk. Ciężki, powolny stukot wojskowej podeszwy o panele. Jeden. Drugi. Stopa za stopą.

Z mroku wyłania się sylwetka. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to nieskazitelne, hipnotyzujące piękno. Ma gładką, porcelanową skórę o azjatyckich rysach i długie, czarne włosy. Biała, delikatna, jedwabna sukienka układa się na niej idealnie, niemal świecąc w ciemności. Od pasa w górę jest filigranowa, ale jej odsłonięte nogi są nienaturalnie umięśnione, zakończone ciężkimi, skórzanymi butami.

Podchodzi bez pośpiechu. Pochyla się, a jej twarz znajduje się centymetry od mojej. Przesuwa nosem wzdłuż mojej szyi i linii żuchwy jak drapieżnik sprawdzający ofiarę. Jej smukła dłoń gładzi mój policzek — delikatny, aksamitny gest, który całkowicie dezorientuje. Zastygam w oczekiwaniu na cios, ale ona wolno odsuwa rękę i znika w mroku.

W tym samym momencie łapię potężny haust powietrza. Ciało znów jest moje. Do świtu nie zamykam oka, starając się racjonalizować to, co się stało.

Przez pierwszych kilka godzin w pracy idzie mi znośnie, choć przed trzema monitorami wykresy zlewają się w bezkształtne plamy. Wszystko pęka o czternastej w biurowej kuchni. Gdy powietrze nagle gęstnieje od duszącej woni jaśminu, kubek z kawą wypada mi z rąk i rozbija się o kafelki. Odwracam się gwałtownie z sercem w gardle.

To tylko Kinga z marketingu. Przechodzi obok, przepraszając za zbyt intensywne perfumy, ale jej głos dociera do mnie jak zza grubej ściany.

Biorę zwolnienie, kłamiąc o zatruciu. W drodze powrotnej każdy krok przechodniów brzmi w mojej głowie jak stukot wojskowej podeszwy. Jeden. Drugi. Stopa za stopą. Wracam do mieszkania, odpalam laptopa i przekopuję fora o zaburzeniach snu. Pośród setek wpisów o melatoninie i stresie trafiam w końcu na wątek poświęcony zjawisku określanemu jako NINI. Czytam wypowiedzi ludzi opisujących ten sam zapach, te same ciężkie kroki i aksamitny dotyk. W komentarzach powtarza się jedno ostrzeżenie: „Ona rozciąga czas. Jeśli każe ci pełzać, pełznij”.

Zasnąłem przed komputerem, z twarzą na klawiaturze.

Znów paraliż, ale sceneria się zmieniła. Leżałem na zimnej, betonowej posadzce w jakimś nieskończonym, ciemnym hangarze. Zapachniało jaśminowymi perfumami, a z mroku wyłoniła się Nini. W ręku trzymała klepsydrę wypełnioną czarnym piaskiem. Postawiła ją na betonie, a potem zaczęła się tresura.

Nini wciąż milczała. Jej azjatycka twarz zachowywała nieludzki, nieskazitelny spokój, gdy potężnymi nogami zadawała ból z chirurgiczną precyzją. Czułem każde pęknięcie kości, każdy rozrywany mięsień. Trwało to tak potwornie długo, że zapomniałem, jak się nazywam. Przeżyłem tam całe wieki, zamieniając się w bezwładną masę cierpienia.

Nagle przerwała. Płynnym, obojętnym ruchem podsunęła wojskowym butem klepsydrę wprost pod moją twarz. Spojrzałem na nią. W jej dolnej części leżało jedno ziarnko piasku.

Zanim zdążyłem cokolwiek zrozumieć ciężka podeszwa runęła prosto na mój kark. Tresura trwała dalej…

Obudziłem się gwałtownie. Był blady świt. Siedziałem na łóżku, a szarpane niekontrolowanymi drgawkami ciało odmawiało posłuszeństwa. Poduszka i pościel były całkowicie mokre od potu. Minęła zaledwie jedna noc, a moja psychika była już na skraju złamania. Z trudem, trzymając się ścian, doszedłem do łazienki.

– To był tylko sen… – wykrztusiłem do własnego odbicia, ale mój głos załamał się, przechodząc w histeryczny szloch. – To nie dzieje się naprawdę, do cholery, to niemożliwe!

Przez cały dzień nie wyszedłem z mieszkania. Ignorowałem telefony. Moje dłonie drżały, ale zdołałem odpalić forum i zalogować się na wątek NINI.

Wpisałem krótką wiadomość: „Byłem w hangarze. Pokazała mi klepsydrę. To trwało całe wieki, łamała mnie kawałek po kawałku. Błagam, co mam robić? Jak to zatrzymać?”.

Odpowiedź przyszła po niecałych dziesięciu minutach w wiadomości prywatnej. Nadawca: A_rtur.

„Nie zatrzymasz tego. Nie ma leku, nie ma ucieczki. Jeśli pokazała ci klepsydrę, to znaczy, że zaczęła proces. Kolejnej nocy da ci rozkaz. Jeśli odmówisz, znowu obróci klepsydrę i sprawi, że oszalejesz z bólu. Nie walcz z nią. Zrób to, co każe. Przygotuj pokój. Kup biały materiał i jaśmin. Musisz mieć ołtarz, zanim nadejdzie noc”.

Odrzuciłem telefon. Wściekłość wymieszała się z obezwładniającą bezradnością.

– Oszaleliście wszyscy… – syknąłem do pustego pokoju. – To jakaś masowa psychoza. Sekta. Nie dam sobie wmówić tego gówna.

Postanowiłem walczyć. Zamknąłem drzwi wejściowe na trzy zamki. Opuściłem rolety we wszystkich oknach. Poszedłem do kuchni i wyciągnąłem z apteczki silne leki nasenne oraz uspokajające, które zostały mi po okresie trudnych projektów w korporacji. Wziąłem potrójną dawkę, licząc na to, że chemia odetnie mój mózg i nie pozwoli śnić.

 

Rozdział 6

W dawnych salach balowych pałacyku kilkunastu wycieńczonych ludzi pracowało w martwej ciszy, przerywanej jedynie miarowym rytmem zszywaczy tapicerskich i szelestem jedwabiu odwijanego z bel. Była ich zaledwie garstka – grupa z pierwszych dni, która wspólnie przechodziła przez najcięższe noce.

Artur szedł wzdłuż dębowej boazerii, naciągając na dłonie skórzane rękawice. Jego wzrok spoczął na Marku. Mężczyzna siedział pod ścianą z opuszczoną głową. Leżący obok materiał ignorował, wolno rozcierając opuchnięty, czerwony kark.

Artur zatrzymał się przy nim.

– Rzuciłeś materiał, Marek? – spytał cicho. – Nie miałeś dzisiaj nakazów?

Marek powoli uniósł głowę. W jego oczach nie było już przerażenia. Biła od nich jedynie rezygnacja.

– Ty naprawdę uważasz się za zbawiciela? – wykrztusił, a jego głos brzmiał jak zgrzyt żwiru. – Przechadzasz się tu, wydajesz rozkazy, organizujesz ten chory przytułek upadku. Jesteś tylko Jej narzędziem. Najzwyklejszym oprawcą, który pomaga Jej dokręcać śrubę.

Artur nie drgnął. Jego twarz przypominała wyciosaną z kamienia maskę.

– Co to w ogóle za życie? Wolę w całkowitej nieświadomości szczekać, pełzać i szczać pod siebie, niż krok po kroku oddawać Jej swoją godność. Wybrałeś niewolnictwo na własnych warunkach i nazywasz to ratunkiem?

Cisza, która zapadła po tych słowach była gęsta. Artur kucnął wolno przed mężczyzną i spojrzał mu prosto w oczy.

– Myślisz, że nie leżałem w nocy, patrząc w sufit, i nie marzyłem o tym, żeby po prostu postradać zmysły i niczego więcej nie czuć?

Marek zacisnął szczęki. Artur położył dłoń na jego ramieniu.

– Ale szaleństwo nie daje spokoju – kontynuował bez cienia wahania. – Szaleństwo to po prostu nieskończona pętla bólu, w której nie masz żadnego wpływu na to, co zrobisz w następnej sekundzie. Ja traktuję to jak odzyskanie kontroli. Płacę cenę. Zawsze trzeba coś poświęcić, żeby uratować trzon. Ja oddaję dumę, oddaję ciało, ale rano wstaję i pamiętam, kim jestem. Dalej mogę kochać, czuć. Wiem, jak się nazywam. To po prostu nowy porządek, musimy nauczyć się w nim żyć. Tobie też radzę schować dumę do kieszeni, przyznać przed sobą i bliskimi, jakie są realia. To da ci wielką ulgę.

Marek zastygł na chwilę, po czym stanowczo zrzucił rękę ze swojego ramienia.

– Ja już niczego więcej nie poświęcę, Artur. Nie oddam Jej ani minuty mojego rozumu – syknął.

Odepchnął od siebie rolkę białego materiału. Nie sięgnął po sznur ani zszywacz. Z trudem podniósł się z podłogi i ruszył w stronę wyjścia.

 

Rozdział 7

Zmęczenie i potrójna dawka leków okazały się bezlitosne. Moje powieki stały się ciężkie jak ołów. Odciął mnie gwałtowny, chemiczny sen.

Trzecia noc. Tym razem nie było paraliżu w łóżku ani zimnego betonu w hangarze. Ocknąłem się na nogach, w absolutnej, smolistej ciemności. Moje stopy były bose, a wokół panowała cisza tak głęboka, że słyszałem własny, przyspieszony oddech. Powietrze wokół nagle zgęstniało, a w nos uderzyła bezlitosna, dusząca woń jaśminu.

Z mroku, zaledwie kilka metrów przede mną, wyłoniła się Ona.

Nini stała nieruchomo w delikatnej, świecącej w ciemności białej sukience. Poczułem, jak każda komórka ciała krzyczy, że powinienem natychmiast upaść na twarz.

W mojej głowie jak seria z karabinu maszynowego pojawiały się obrazy zmasakrowanego ciała z poprzedniej nocy, ból łamanych kości i ta potworna klepsydra, która rozciągnęła cierpienie w nieskończoność.

Nini nic nie mówiła. Fizycznie była niższa, ale biła od niej tak przytłaczająca, pierwotna potęga, że stałem jak zamurowany.

Wtedy jej spojrzenie spoczęło prosto na mnie. Ciemne, nieludzkie oczy przewiercały na wylot, a ciężka podeszwa rąbnęła o podłogę z hukiem, który zatrząsnął całym otoczeniem.

Moje kolana ugięły się same, zanim mózg zdążył podjąć decyzję. Pochyliłem głowę, rezygnując z jakiejkolwiek próby walki.

Nini postawiła swoją stopę bezpośrednio na moich włosach. Nie użyła brutalnej siły, nie uderzyła mnie – po prostu delikatnie, z chłodną, absolutną precyzją docisnęła moją twarz w dół, aż dotknąłem czołem podłogi. Wcisnąłem policzek w ziemię, całkowicie poddając się jej woli, błagając w duchu, by nie zatrzymała czasu.

Po kilku potwornie długich sekundach nacisk nagle zelżał. Zanim zdążyłem unieść głowę, tuż przed moją twarzą uderzyło coś ciężkiego. Coś zgrzytnęło metalem o posadzkę.

Na ziemi leżała gruba, czarna obroża ze smyczą zakończoną masywnym karabińczykiem. Nini stała nade mną, czekając w milczeniu na następny ruch.

Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w leżącą na ziemi smycz. Moje dłonie trzęsły się tak bardzo, że ledwo zdołałem ją podnieść. Nie rozumiałem. W kompletnym chaosie myśli uznałem, że mam to oddać. Uniosłem obrożę, wyciągając ręce w stronę jej filigranowej sylwetki, jakbym składał jakiś dar.

To był błąd. Potworny błąd.

Nie zdążyłem nawet mrugnąć. Nini nie wydała z siebie żadnego dźwięku, ale jej reakcja była natychmiastowa. Monstrualne, nienaturalnie umięśnione udo napięło się, a ciężki wojskowy but runął prosto w moją klatkę piersiową. Cios miał siłę rozpędzonego pociągu. Huknąłem plecami o podłogę, a z moich płuc z potwornym świstem uleciało całe powietrze. Przez dłuższą chwilę widziałem tylko ciemność.

Ledwo się pozbierałem. Charcząc i plując krwią, z powrotem wczołgałem się przed jej stopy. Mój umysł był całkowicie sparaliżowany strachem przed tym, że czas znowu zwolni.

– Co… co mam zrobić? – wykrztusiłem, a mój głos załamał się w żałosnym skomleniu. – Błagam… co mam zrobić?

Nini stała niewzruszona, jakby była całkowicie głucha na moje błagania. Jej azjatyckie rysy pozostawały idealnie spokojne, wręcz martwe. Znów zaczęła tupać, a każdy stukot rozrywał bębenki w moich uszach.

Wtedy mnie olśniło. Forum. Sekta.

W panicznym locie myśli chwyciłem za gruby pasek. Uderzałem metalowym zapięciem o własny podbródek, desperacko próbując przeciągnąć język przez sprzączkę. Zacząłem nerwowo, ze łzami w oczach, zaciskać obrożę wokół własnej szyi. Dusiła mnie, wpijała się w krtań, ale zapinałem ją coraz mocniej, ząbek po ząbku.

Nagle tupanie ustało, a w hali zapadła cisza. Nini powolnym ruchem opuściła smukłą dłoń.

Rozumiejąc bez słowa, drżącą ręką podałem jej smycz, wsuwając ją prosto w palce. Niepewnie spojrzałem w górę.

Na jej dotąd kamiennej twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech. Piękny, magnetyczny i całkowicie przerażający.

Gwałtowne, bezlitosne szarpnięcie niemal poderwało mnie z ziemi, a skóra obroży boleśnie wbiła się w moją krtań. Nie miałem wyboru – szorowałem nagimi kolanami i dłońmi po niewidzialnej posadzce, słysząc tuż przed sobą powolny, miarowy stukot jej wojskowych butów. Jeden. Drugi. Stopa za stopą.

Po dłuższej chwili z mroku wyłoniła się wielka tablica z ciemnego drewna. Wisiały na niej setki kartek, z czego tylko dwie były zapisane równym, komputerowym pismem. Szarpnęła smyczą, zmuszając mnie do uniesienia głowy i przeczytania tekstu:

Kup obrączkę i wygraweruj na niej „robak NINI”, nie wolno ci jej ściągać.

Uczyń ołtarz i bij pokłony do momentu wyczerpania, aż zaśniesz.

 

Rozdział 8

Złoty dzwoneczek nad drzwiami zabrzmiał radośnie, gdy wszedłem do środka. Za lśniącą, szklaną ladą stał starszy, nienagannie ubrany mężczyzna w okularach. Spojrzał na mnie z wyuczoną, profesjonalną uprzejmością, która natychmiast zamarła na jego twarzy, gdy dostrzegł moją bladą skórę i podkrążone oczy.

– W czym mogę panu pomóc? – zapytał ostrożnie, a jego głos idealnie pasował do atmosfery salonu.

– Potrzebuję klasycznej, złotej obrączki. Męskiej – wychrypiałem. – Rozmiar dwadzieścia. I grawer. Od ręki. Zapłacę potrójnie, jeśli zrobicie to w godzinę.

Jubiler uniósł lekko brwi, zaskoczony moim tonem i desperacją, ale profesjonalizm wygrał z ciekawością.

– Standardowo na grawer czeka się kilka dni, ale…, jeśli sprawa jest tak pilna, a warsztat na zapleczu jest wolny, myślę, że uda mi się namówić naszego rzemieślnika. Proszę wybrać model.

Wskazałem pierwszą z brzegu, prostą obrączkę, nawet nie patrząc na cenę.

– Doskonale – jubiler skinął głową, przysuwając do mnie mały, elegancki notesik i wieczne pióro. – Proszę zapisać treść. Data ślubu, inicjały małżonki?

Moja dłoń zawisła nad papierem. Poczułem paraliżujący wstyd. Przycisnąłem stalówkę do czystej kartki. Moje palce drżały, ledwo udało mi się zapisać kilka liter.

robak NINI

Pchnąłem notesik z powrotem w stronę mężczyzny. Jubiler wziął go do ręki, poprawił okulary i spojrzał na zapisane słowa.

Mężczyzna zamarł. Przeczytał tekst raz, potem drugi. Uniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy. W jego wzroku nie było już uprzejmości handlowca. Było tam głębokie, instynktowne obrzydzenie wymieszane z niepokojem. Patrzył na mnie, jakby miał przed sobą szaleńca albo człowieka uwikłanego w coś skrajnie patologicznego.

– Czy… czy na pewno taka ma być treść? – zapytał, a jego głos wyraźnie stracił wcześniejszą pewność. – Bez daty? Bez imienia? Tylko… to?

– Dokładnie tak – uciąłem, a w moim głosie pojawiła się groźna nuta. – Ma być dokładnie tak, jak napisałem.

Mężczyzna przełknął głośno ślinę. Przez moment odniosłem wrażenie, że chce odmówić, że zaraz każe mi opuścić salon. Jednak chciwość i profesjonalizm ostatecznie wzięły górę nad moralnym niesmakiem.

– Dobrze. Proszę przyjść za godzinę. Będzie gotowa.

Sześćdziesiąt minut później siedziałem już w samochodzie, kurczowo zaciskając dłonie na kierownicy Audi. Nowa biżuteria rodziła czystą grozę, ale była moją jedyną tarczą. To nie była kapitulacja – to była transakcja. Kupiłem sobie kolejny dzień bez rozrywanych mięśni i łamanych kości. Dobę ziemskiego czasu, w którym sekundy nie ciągnęły się przez stulecia.

Nagle ruch na Puławskiej całkowicie zamarł. Sznur samochodów utknął w gigantycznym korku. Kwadrans później podjechałem bliżej i zamarłem.

Na środku trzypasmowej drogi, tuż przed maskami aut, pełzał mężczyzna. Był ubrany w porwany na kolanach garnitur, a z jego zdartych o asfalt dłoni kapała krew. Poruszał się miarowo, nienaturalnie, ignorując wściekłe klaksony. Trzech strażaków chwyciło go za ramiona, ale on wił się, warczał i kłapał zębami. Walczył z nimi jak dzikie zwierzę wyciągane z nory.

„Nie posłuchał” – pomyślałem, a zimny pot zalał mi czoło.

Odpaliłem telefon i wpisałem adres, który dostałem na forum od Artura. Kiedy dotarłem na miejsce, moim oczom ukazał się ogromny, neoklasycystyczny pałac, odcięty od świata wysokim, ceglanym murem.

Na podjeździe stały betoniarki i furgonetki budowlane. Wokół budynku trwał gorączkowy chaos. Ludzie ubrudzeni pyłem nosili ciężkie bele białego materiału. Trwała gruntowna transformacja zabytku w gigantyczną świątynię.

Artur czekał na mnie na tarasie. Był wychudzony, z ciemnymi sińcami pod oczami, ale w jego ruchach widać było fanatyczną determinację.

– Sprzedaliśmy wszystko, Jakub – powiedział chłodno, zanim zdążyłem zadać pytanie. – Domy, udziały w spółkach, auta. Kto nie miał gotówki, wziął maksymalne kredyty. Wszystko poszło na ten pałac i materiały. Podziemny parking był obrazą dla Jej potęgi. Ona wymaga czegoś więcej. Jeśli nie dostanie godnego miejsca kultu na jawie, wróci w nocy. A wtedy… sam wiesz, co dzieje się z tymi, którzy stawiają opór.

– Widziałem faceta na Puławskiej – wykrztusiłem. – Pełzał. Strażacy nie mogli go utrzymać.

Artur spojrzał na mnie z głębokim, chłodnym współczuciem.

– To faza degradacji. Ostateczna tresura. Dlatego tu jesteśmy. Budujemy to miejsce, żeby zachować resztki rozumu.

 

Rozdział 9

Widząc pełną degradację i zdziczenie Marka, jednego z najbliższych mu ludzi w sekcie, Artur pękł. Uznał, że musi podzielić się wiedzą z lekarzami, choćby miał wyjść na wariata. Lekarze, zżerani przez bezradność, siedzieli w milczeniu. Janicka patrzyła wzrokiem błagającym o jakiekolwiek wyjaśnienie.

Podszedł do biurka ordynatora i wyciągnął z teczki plik gęsto zapisanych kartek – opis, który sporządził na podstawie setek relacji z forum i własnych, krwawych doświadczeń. Położył dokument na środku blatu.

– Nie znajdziecie tego w podręcznikach do neurologii ani psychiatrii – zaczął Artur, a jego głos ciął ciszę jak skalpel. – To, co infekuje waszych pacjentów, to zmora nocna. Inteligentna i potężna. Niepodobna do tych z opowiadań czy mitów.

Lekarze poruszyli się nerwowo, ale nikt mu nie przerwał. Kontynuował, czytając fragmenty swojego manifestu:

– Objawia się wyłącznie podczas snów. Przyjmuje postać pięknej kobiety o długich, czarnych włosach i azjatyckich rysach twarzy. Ubrana jest w delikatną, białą jedwabną sukienkę oraz ciężkie, skórzane wojskowe buty.

Doktor Janicka zakryła usta dłonią. Przypomniała sobie relację studentki biologii, która majaczyła coś o białej sukience i butach.

– Jej działanie – czytał dalej – polega na systematycznym, brutalnym łamaniu psychiki poprzez poniżanie i zadawanie fizycznego bólu wewnątrz snu. Koszmary są nieuniknione. Tresura ustaje dopiero w momencie pełnej uległości. Z czasem zaczyna wymagać czci również na jawie. Brak poddaństwa skutkuje natychmiastowym nawrotem nocnej przemocy. Ona rozciąga czas snu do nieskończoności. Sekunda na waszym szpitalnym zegarze to dla ofiary całe wieki tortur.

Ordynator powoli podniósł wzrok.

– A ci ludzie w izolatkach? Ci, którzy biegają na czworakach?

– Gdy Nini uznaje ofiarę za nieprzydatną, tresuje ją na psa, małpę lub robaka – dokończył Artur z kamienną twarzą. – Zachowanie człowieka po przebudzeniu staje się nieodwracalnie zwierzęce. Nie ma na to leków ani egzorcyzmów. Jedyną szansą na zachowanie rozumu jest dobrowolne podporządkowanie się Nini w świecie rzeczywistym.

W gabinecie zapadła lodowata cisza. Słychać było tylko bzyczenie jarzeniówek.

– Ludzie, którzy budują dla Niej świątynie i oddają Jej cześć, odzyskują spokojny sen – dodał Artur, patrząc lekarzom prosto w oczy. – Ciało i umysł dostają glejt bezpieczeństwa. Po pierwszym nawiedzeniu trzeba natychmiast przyjąć nasze zasady. To jedyna droga, by uniknąć degradacji. Jeśli chcecie uratować tych, którzy jeszcze potrafią mówić… wypiszcie ich stąd. Przywieźcie do naszego pałacu. Pomóżcie nam budować świątynię, zanim Ona przyjdzie po was.

 

Rozdział 10

Wieczorem w pałacu podano kolację. Zasiedliśmy przy dębowym stole w dawnej sali balowej, wokół której wciąż krzątali się robotnicy, pospiesznie obwieszając ściany białym jedwabiem.

Jedliśmy w milczeniu. Moją uwagę przykuło jedno. Na samym środku dębowego stołu, pomiędzy półmiskami z jedzeniem a szklankami, stał czarny wojskowy but.

Odłożyłem widelec, nie mogąc na to patrzeć.

– Artur, rozumiem strach. Rozumiem budowę tego miejsca – odezwałem się, wskazując wzrokiem obuwie. – Ale to na środku stołu… to nie przesada?

Artur powoli uniósł głowę. Jego oczy były puste, wyprane z emocji.

– Miałem to na kartce, Jakub – odpowiedział lodowatym, monotonnym głosem. – Wszystko pochodzi bezpośrednio z instrukcji, które dostajemy w snach. Ona nie toleruje kompromisów. Każdy detal ma znaczenie. But musi tu stać.

Krew odpłynęła mi z twarzy. Słowa uderzyły we mnie z siłą obucha, a w mojej głowie otworzyło się wspomnienie z poprzedniej nocy.

– Pokłony… – wycharczałem, a mój głos brzmiał obco. – Druga kartka to pokłony. Do całkowitego wyczerpania.

Odstawiłem krzesło z głośnym zgrzytem, który poniósł się echem po sali. Moje Audi, apartament na Wilanowie, stanowisko analityka – to wszystko przestało mieć znaczenie. Liczyła się tylko realizacja wytycznych.

Opadłem na kolana tuż obok talerza z niedokończoną kolacją. Artur nawet nie próbował mnie powstrzymać, nie skomentował tego. Po prostu odszedł od stołu i razem z kobietą, która trzymała na rękach małego pieska, patrzył na mnie z chłodnym, absolutnym zrozumieniem człowieka, który sam przeszedł przez to samo piekło.

Złożyłem dłonie na podłodze i uderzyłem czołem o drewno. Raz. Drugi. Trzeci.

W powietrzu unosił się gęsty opar jaśminu, który przy każdym skłonie dławił mnie w gardle. Początkowo mój racjonalny umysł próbował jeszcze walczyć, krzycząc, że to upokorzenie, że facet z moim statusem nie może klęczeć przed butem w obecności innych ludzi. Ale z każdym kolejnym uderzeniem czoła o parkiet ten głos cichł. Zastępował go rytmiczny, pierwotny trans.

Po trzydziestu minutach moje stawy zaczęły płonąć, a mięśnie karku zesztywniały jakby były z cementu. Po godzinie z mojego czoła na podłogę kapał gęsty pot, mieszając się z kurzem. Moje ciało krzyczało o ratunek, ale bałem się powrotu do hangaru bardziej niż jakiejkolwiek fizycznej śmierci.

Biłem pokłony przez kolejne dwie godziny, aż moje ruchy stały się całkowicie mechaniczne, a z płuc wyrywał się tylko ochrypły, świszczący oddech. Robiłem to tak długo, aż moje ramiona straciły resztki sił, a świat przed oczami zaczął wirować i ciemnieć. W końcu runąłem bezwładnie na parkiet. Moje ciało było całkowicie zdewastowane, wycieńczone do absolutnego limitu.

Ale w środku, pod tą warstwą fizycznego bólu, poczułem dziwną, chorą ulgę. Druga czynność została odhaczona. Moje zadania z obu kartek zostały spełnione. Kupiłem sobie kolejną noc bezpiecznego snu.

 

Rozdział 11

W gabinecie ordynatora Kaczmarek nerwowo stukał palcami o blat. Doktor Janicka siedziała z głową w dłoniach. Słowa o rozciąganiu czasu do nieskończoności brzmiały dla naukowców jak średniowieczny obłęd. A jednak nikt nie potrafił zaproponować innej diagnozy.

– Chcecie wypisać pacjentów i pozwolić im budować sektę? – odezwał się młody rezydent. – Przecież to złamanie procedur!

– Procedur? – Kaczmarek zaśmiał się gorzko, wypuszczając kłąb dymu. – Chłopie, spójrz za okno. Na SOR-ze leży właśnie ordynator chirurgii plastycznej z sąsiedniego szpitala. Przywieźli go, bo zagryzł własnego psa! Nasze wytyczne nadają się do podtarcia tyłka! Medycyna nie ma pojęcia, co tu się dzieje.

Ordynator powoli podniósł z biurka kartki napisane przez Artura.

– Janicka, co o tym myślisz?

Anna podniosła głowę. Jej twarz była trupio blada.

– Wczoraj rano, zanim studentka z trójki straciła odruchy, rozmawiałam z nią – powiedziała cicho. – Płakała. Mówiła o kobiecie w jedwabnej sukience. Wtedy uznałam to za omamy. Dzisiaj ta dziewczyna warczy, kiedy podchodzę.

Janicka wstała, opierając się drżącymi dłońmi o blat.

– Jeśli ci ludzie w pałacu znaleźli jedyny sposób na zatrzymanie degradacji, to trzymanie pacjentów w izolatkach jest dla nich wyrokiem. Chemia ich nie ratuje. Oni tu po prostu czekają na noc, w której zostaną ostatecznie złamani.

Ordynator przez trzydzieści lat kariery kierował się wyłącznie nauką. Teraz musiał podjąć decyzję opartą na manifeście kultu.

– Dobrze – szepnął. – Podpiszę dokumenty o wypisie na własną odpowiedzialność dla tych, którzy wykazują jeszcze funkcje poznawcze. Jeśli to jedyna szansa, by uratować ich mózgi… niech tam jadą.

Doktor Janicka wyszła ze szpitala jako ostatnia. Usiadła za kierownicą Volvo, zamknęła drzwi i oparła głowę o zagłówek, marząc o śnie.

Nagle zamarła.

W sterylnym wnętrzu auta, prosto z kratek nawiewu, buchnęła dusząca, magnetyczna fala luksusowych, jaśminowych perfum.

 

Rozdział 12

Obudziłem się w miękkiej pościeli jednego z pałacowych pokojów. Nie było hangaru ani klepsydry z czarnym piaskiem.

Wyspałem się. Spojrzałem na złotą obrączkę na moim palcu, a potem na obolałe od wczorajszych pokłonów kolana. To działało. Transakcja przyniosła skutek. Uległość na jawie kupiła mi noc spokoju.

Usiadłem na brzegu łóżka, a w głowie, zamiast panicznego strachu, po raz pierwszy od trzech dni poczułem ulgę. Ta normalność natychmiast obudziła we mnie tęsknotę za prawdziwym życiem. Chwyciłem za telefon i wybrałem numer Amandy. Serce zabiło mi trochę mocniej, gdy czekałem na połączenie.

– Halo? Kuba? – w słuchawce odezwał się wyraźnie uradowany głos.

 

– Cześć, kochanie. Przepraszam, że się nie odzywałem. Miałem koszmarny młyn z tymi spotkaniami i pracą, telefon mi praktycznie padł. Jak tam u was? Wszystko w porządku?

 

– Tak, u nas super, mama upiekła to ciasto, o którym ci opowiadałam. Kacper od rana męczy babcię swoimi nowymi chwytami – zaśmiała się cicho. – A ty jak? Odpocząłeś chociaż trochę po tym całym stresie w biurze?

 

– Tak, wyspałem się jak nigdy – odetchnąłem głęboko, po czym zniżyłem głos, starając się, by brzmiał naturalnie. – Słuchaj…, a jak wam się spało? Wszystko dobrze? Nie mieliście żadnych… nie wiem, dziwnych snów albo koszmarów?

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, po której Amanda wybuchła szczerym, melodyjnym śmiechem.

– Koszmarów? Kuba, błagam cię, od kiedy ty się interesujesz snami? To do ciebie zupełnie niepodobne, panie analityku. Co się stało? Może zaraz wyciągniesz karty i zaczniesz nam wróżyć? – droczyła się, a w jej głosie słyszałem czystą, beztroską rozrywkę. – Spaliśmy jak susły. Nic nam się nie śniło.

 

– To dobrze. Bardzo dobrze. Po prostu… chciałem się upewnić, że u was wszystko w porządku.

 

– Jest super. Słuchaj, muszę kończyć, bo mama właśnie woła nas na śniadanie. Zadzwonię do ciebie jakoś wieczorem to pogadamy dłużej, dobra? Pa!

– Do zobaczenia, kochanie. Ucałuj młodego.

Rozłączyłem się, a świadomość, że ta cała chora rzeczywistość jeszcze ich nie dotknęła, dała mi potężny zastrzyk energii.

Z dołu, przez uchylone okno, dobiegł mnie ryk silników. Podszedłem do szyby. Słońce stało wysoko, a na żwirowym podjeździe pulsowały niebieskie światła pięciu karetek pogotowia. Sanitariusze wyprowadzali z nich ludzi. Niektórzy szli chwiejnym krokiem, rozglądając się z dzikim przerażeniem w oczach. Inni, otumanieni lekami, kurczowo trzymali się personelu.

Na środku podjazdu stał Artur, a przed nim niska kobieta w pogniecionym lekarskim fartuchu. Jej dłonie drżały tak bardzo, że nie potrafiła utrzymać podkładki z dokumentami.

– Pani też powinna tu zostać – usłyszałem lodowaty głos Artura, gdy schodziłem po schodach.

– Skąd… skąd pan to wie? – wykrztusiła kobieta.

– Bo czuję to od pani. Jeśli wróci pani do domu, dzisiejsza noc będzie koszmarem.

– Artur ma rację – wtrąciłem się, podchodząc bliżej. – Jestem Jakub. Trzy dni temu analizowałem rynki finansowe. Dzisiaj noszę na palcu Jej imię i tłukę czołem o parkiet, byle nie wrócić do hangaru. Jeśli się pani objawiła, medycyna nie pomoże.

Kobieta spojrzała na grawer „robak NINI”, a jej twarz zrobiła się trupio blada.

– Doktor Anna Janicka – przedstawiła się łamiącym głosem. – Myślałam, że to da się racjonalnie wytłumaczyć. Ale rano w samochodzie…

Odetchnęła głęboko i wyciągnęła w naszą stronę plik pism z czerwonymi, państwowymi pieczęciami.

– Sytuacja w kraju jest o wiele poważniejsza – powiedziała ciszej, rozglądając się paranoicznie. – To nie dotyczy tylko mojego szpitala. Służby są sparaliżowane. Przenosiny pacjentów do waszego pałacu dostały oficjalną, tajną zgodę rządu.

Artur zmrużył oczy, a po moich plecach przeszedł lodowaty dreszcz.

– Jeśli wasz model zadziała – kontynuowała Janicka, wskazując na ściany pałacu obwieszane białym jedwabiem – jeśli ci ludzie po odprawieniu rytuałów odzyskają stabilność, rząd przechodzi do planu awaryjnego.

– Chcą zorganizować kult na skalę masową? – zapytałem, nie wierząc własnym słowom.

– Nie mają wyjścia. W Kancelarii Prezydenta leży już gotowe orędzie do narodu.

Artur pokiwał głową. Na jego twarzy pojawił się chłodny cień satysfakcji.

– Doskonale. Im szybciej to zrozumieją, tym więcej ludzi przeżyje. Chodźmy do środka, pani doktor.

 

Rozdział 13

Wieczorem neoklasycystyczny pałac w Konstancinie przestał być placówką medyczną czy schroniskiem – stał się miejscem masowego posłuszeństwa.

Przed rozpoczęciem głównej ceremonii Artur chodził od pokoju do pokoju, rozmawiając z nowo przybyłymi pacjentami. Większość z nich była na skraju obłędu. Od kilkudziesięciu godzin nie zmrużyli oka z czystego strachu przed ponownym zaśnięciem i powrotem do nieskończonego hangaru.

Kiedy jednak zobaczyli, że nikt tutaj nie bierze ich za wariatów, że lekarze nie szykują dla nich kaftanów bezpieczeństwa ani igieł, w ich oczach pojawiła się chora, rozpaczliwa nadzieja. Zaczęli współpracować, a każdy z nich, zmuszając swój wycieńczony mózg do ogromnego wysiłku, zaczął odtwarzać zablokowane dotąd wspomnienia. Przypominali sobie swoje „kartki” – precyzyjne rozkazy i zachcianki Nini z ostatniej nocy.

Cała społeczność pałacu, natychmiast ruszyła do działania, by pomóc każdemu spełnić te nieludzkie wytyczne. Młoda dziewczyna musiała odciąć wszystkie guziki od swoich ubrań i włożyć je do butów. Mężczyzna miał rozkaz rozsypać wokół swojego posłania dokładnie sto sześćdziesiąt trzy białe kamienie – pacjenci zbierali je na podjeździe, licząc po trzykroć, by nie popełnić błędu. Każda zachcianka, nieważne jak absurdalna, została spełniona z chirurgiczną precyzją.

O dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt wszyscy zeszli się w gigantycznej sali balowej. Skala rytuału zapierała dech w piersiach. Ponad sto osób uklękło w idealnym, geometrycznym wzorze na parkiecie. Jakub był w pierwszym rzędzie. Obok niego, ramię w ramię, klęczała doktor Janicka. Wszyscy bez wyjątku mieli na szyjach grube, ciasno zapięte skórzane obroże. Od każdej z nich biegła długa, czarna smycz. Wszystkie te linki, niczym potworne naczynia krwionośne, zbiegały się na samym środku sali, powiązane w potężny, skomplikowany węzeł u stóp ołtarza. Na podwyższeniu, obok spiętych smyczy, stały one – ciężkie, skórzane wojskowe buty za kostkę, wypastowane na absolutny błysk, przed którymi palił się mur białych świec.

W sali zapadła pełna napięcia cisza. Słychać było tylko nerwowe, urywane oddechy osób stojących na krawędzi snu i jawy.

Artur wyszedł naprzód. Nie klękał – stał z boku ołtarza, trzymając w ręku zapisany manifest, ale jego głos nie był już głosem przerażonego człowieka. Był to głos kapłana, który wygłaszał oficjalną, przygotowaną wcześniej przemowę błagalną, mającą wyprosić dla nich noc bez degradacji.

– Pani Czasu i Nocy – zaczął Artur, a jego niski, monotonny głos poniósł się echem pod wysokim, białym sufitem. – Spójrz na nas. Jesteśmy Twoimi sługami, którzy wymazali swoje imiona, by przyjąć Twoje brzemię. Zrzekliśmy się dumy. Oddaliśmy Ci nasze domy, nasz majątek i naszą wolę. Spełniliśmy każdą Twoją zachciankę, zapisaną na naszych kartkach. Przynosimy Ci idealny porządek, biały jedwab i zapach Twojego jaśminu. Przyjmij naszą uległość na jawie. Błagamy Cię, o nieludzkie i nieskazitelne Piękno, nie obracaj dzisiejszej nocy swojej klepsydry. Nie zamykaj nas w hangarze cierpienia. Pozwól nam zachować ludzki rozum, byśmy mogli służyć Ci za dnia. Przyjmij nasze obroże. Przyjmij nasz strach.

„Staję przed Tobą bez broni, bez prawa i bez własnego głosu.

Twoja podeszwa jest sprawiedliwa, moja uległość jest doskonała.

Zlituj się nad naczyniem.

Niechaj twa smycz zadusi moją pychę, ilekroć podniosę głowę zbyt wysoko.

Twoja podeszwa jest sprawiedliwa, moja uległość jest doskonała.

Zlituj się nad naczyniem.

Niechaj biel zasłoni mury, które widziały moją dumną przeszłość.

Niechaj gęsty dym jaśminu zmyje z mych ust zapach dawnych słów.

Twoja podeszwa jest sprawiedliwa, moja uległość jest doskonała.

Zlituj się nad naczyniem.

Obroża na mojej krtani jest moim jedynym prawem.

Moim jedynym kierunkiem – twarz wciśnięta w kamień.

Twoja podeszwa jest sprawiedliwa, moja uległość jest doskonała.

Zlituj się nad naczyniem”.

Gdy skończyli modlitwę, wszyscy jednocześnie, bez jednego słowa rozkazu, położyli się płasko na brzuchach, naciągając czarne linki smyczy i wciskając twarze w twardą podłogę. Zbliżała się północ. Ludzie zaczęli masowo zapadać w sen, oddając swoje umysły we władanie demonicznej antagonistki.

Ocknąłem się na betonowej posadzce. Zdałem sobie sprawę, że cały rytuał przeniósł się z sali pałacowej prosto do nieskończonego hangaru.

Z mroku dobiegł ten dźwięk. Ciężki, powolny stukot wojskowej podeszwy. Jeden. Drugi. Stopa za stopą.

W hangarze panowała cisza tak absolutna, że słyszałem paniczne, synchroniczne bicie serc ludzi leżących obok mnie. Nikt nie uniósł głowy. Nikt nie zaryzykował nawet najmniejszego ruchu powieką.

Poczułem, jak powietrze wokół mnie chłodzi się, gdy nad moją głową przeszła filigranowa sylwetka w świecącej, jedwabnej sukience. Nini nie spieszyła się. Spacerowała pomiędzy naszymi bezwładnymi ciałami niczym drapieżnik sprawdzający stan swojego nowo okiełznanego stada. Jej potężne, nienaturalnie umięśnione nogi mijały kolejne rzędy zlanych potem pleców. Podchodziła do poszczególnych osób, zatrzymując się na długie sekundy, jakby weryfikowała, czy dary i zachcianki z kartek zostały precyzyjnie zrealizowane.

Klepsydra z czarnym piaskiem pozostała ukryta w mroku. Nasz masowy rytuał błagalny, biel materiału i absolutne poddaństwo zyskały Jej chłodną, milczącą aprobatę. Przeszła obok nas, zostawiając po sobie jedynie zapach magnetycznych perfum, który powoli zaczął nas kołysać do autentycznego, bezbolesnego snu.

Obudziłem się gwałtownie o siódmej rano. Promienie słońca wpadały przez wielkie okna pałacowej sali, rozświetlając metry białego jedwabiu. Moje ciało było wypoczęte, a umysł działał z pełną, analityczną precyzją.

Wokół mnie podnosili się inni. Ludzie patrzyli po sobie z niedowierzaniem, które błyskawicznie zamieniało się w płacz czystej, histerycznej ulgi. Obok mnie doktor Ania Janicka już trzymała przy uchu telefon

– Ordynatorze? Tak, to ja, Janicka – mówiła szybko, a jej głos drżał, ale tym razem z podekscytowania. – Przeżyliśmy noc! Słyszy mnie pan? Wszyscy pacjenci, których wypisaliśmy, są w pełni stabilni. Poza głębokim wycieńczeniem i lękiem nie ma u nich ani śladu psychozy. Funkcje poznawcze w normie. Żaden z nich nie wyje, żaden nie chodzi na czworakach. Model Konstancina działa. Rytuał uległości zatrzymał degradację. Proszę natychmiast uruchomić procedurę.

Po drugiej stronie linii zapadła krótka cisza, po której usłyszeliśmy chrapliwy, zmęczony głos ordynatora:

– Bogu dzięki, Ania. Przekazuję raport bezpośrednio do MSWiA. Maszynka rusza.

I ruszyła z niszczycielską, państwową siłą.

W ciągu niespełna trzech godzin tajne mechanizmy rządowe weszły w tryb bezwzględnej realizacji. Wytyczne wypracowane przez Artura i całą społeczność przestały być traktowane jako sekciarskie wymysły – stały się jedynym sposobem na przetrwanie.

W największych miastach Polski ogłoszono nagłe, przymusowe zamknięcie obiektów użyteczności publicznej. Setki opuszczonych koszar wojskowych, hal sportowych, nieczynnych magazynów i urzędów skarbowych zostały zarekwirowane przez wojsko i Agencję Rezerw Strategicznych. Ciężarówki wyładowane belami białego materiału tekstylnego zaczęły zajeżdżać przed budynki pod eskortą żandarmerii. Żołnierze, sami przerażeni i noszący na nadgarstkach pospiesznie grawerowane opaski, zaczęli masowo obwieszać ściany gigantycznych hal białym płótnem. A w przypadku braku materiału malowali pomieszczenia na biało. Hurtownie perfumeryjne zostały objęte natychmiastowym monopolem państwowym – każda partia olejku jaśminowego była konfiskowana i transportowana do nowo powstających Świątyń.

Rząd zaczął organizować masowe posłuszeństwo logistycznie, na skalę przemysłową.

O godzinie dwunastej trzydzieści wszystkie stacje telewizyjne, portale internetowe i rozgłośnie radiowe przerwały nadawanie programów. Ekrany smartfonów w całym kraju rozbłysły alarmowym komunikatem RCB. Chwilę później na ekranach pojawił się prezydent RP. Siedział w sterylnym, pozbawionym ozdób gabinecie, którego ściany – co zauważyłem od razu – zostały pospiesznie zasłonięte białym jedwabiem. Na jego biurku, tuż obok godła, stał ciężki, wypastowany na błysk wojskowy but.

Prezydent był blady, a jego oczy, podkrążone od bezsenności, zdradzały, że on również poczuł już zapach jaśminu. Spojrzał prosto w kamerę i drżącym, ale stanowczym głosem zaczął odczytywać manifest:

– Obywatele i Obywatelki Rzeczypospolitej. Nasz kraj, wraz z całą ludzkością, stanął w obliczu zagrożenia, którego nie obejmują dotychczasowe podręczniki medycyny i doktryny obronne. Nie potrafimy tego zwalczyć siłą. Jedyną drogą do ocalenia narodu przed ostateczną, zwierzęcą degradacją umysłową jest natychmiastowe i bezwzględne podporządkowanie się instrukcjom, które część z was otrzymuje w marzeniach sennych oraz trzymanie się zaleceń. Ogłaszam stan wyjątkowy na terytorium całego kraju. Podaję oficjalne wytyczne obrony cywilnej, wypracowane przez ośrodek w Konstancinie…

Siedziałem obok Artura w sali balowej, patrząc na ekran telewizora. Cały świat uczył się właśnie nosić obrożę.

 

Rozdział 14

Piętnaście lat później rzeczywistość nie przypominała już niczego, co kiedykolwiek znaliśmy. Globalna cywilizacja została przeprogramowana, a jej jedynym motorem napędowym, religią i celem istnienia stało się zaspokajanie zachcianek Nini. Każda gałąź światowej gospodarki, nauki i przemysłu działała tylko i wyłącznie po to, by realizować rozkazy z conocnych „kartek”, które bóstwo wkładało w umysły miliardów ludzi.

Krajobraz planety zmienił się w makabryczny monument uległości. Wieżowce w Nowym Jorku, Tokio i Warszawie zostały w całości pokryte gigantycznymi, białymi płachtami materiału. Nad Rio de Janeiro nie górował już Chrystus Odkupiciel – potężny posąg został zburzony, a na jego miejscu wzniesiono monstrualną, stumetrową rzeźbę Nini. Jej buty były utrzymywane w absurdalnej czystości przez cztery zmiany wyznaczonych do tego robotników. Atlantyk i Pacyfik przecinały setki tankowców transportujących już nie tylko ropę, ale i syntetyczny olejek jaśminowy, który masowo rozpylano nad miastami za pomocą systemów irygacyjnych, tworząc duszący, wieczny opar.

Wszystkie zasoby ludzkie podporządkowano logistyce kultu. Pieniądz stracił swoją dawną wartość – teraz walutą były zasługi przy budowie kolejnych Świątyń oraz precyzja w wykonywaniu dziennych rozkazów.

Wszelkie próby buntu, zorganizowanego oporu czy poszukiwania naukowego remedium skończyły się totalną klęską. Żadna szczepionka, żaden lek ani operacja neurochirurgiczna nie potrafiły zablokować Jej obecności.

Konsekwencją jakiegokolwiek nieposłuszeństwa – nawet tego nieświadomego, wynikającego z ludzkiego błędu czy przeoczenia – była natychmiastowa i nieodwracalna apokalipsa ludzkiego umysłu. Ci, którzy odmówili zapięcia obroży lub nie zdążyli spełnić zachcianki z kartki, po przebudzeniu przestawali być ludźmi. Faza degradacji zalała planetę.

Niektóre ulice dawnych metropolii przypominały najgorszy koszmar. Miliony buntowników, którzy próbowali walczyć z systemem uległości, biegały teraz po ruinach i parkach na czworakach. Profesorowie, dawni prezydenci, artyści i naukowcy – zmienieni w psy, małpy czy robaki – zlizywali resztki jedzenia z ziemi, warczeli na siebie w zaułkach i szorowali kostkami dłoni o asfalt, aż do odsłonięcia kości. Nikt im nie pomagał. Byli żywym, przerażającym ostrzeżeniem dla reszty populacji, która każdego wieczoru, drżąc ze strachu, zapinała pasy na szyi i wylewała jaśmin przed ołtarzami.

Siedziałem na tarasie dawnego pałacu w Konstancinie, który teraz był najważniejszą Świątynią w tej części świata. Moje Audi dawno zgniło na podjeździe, a luksusowy apartament na Wilanowie został rozebrany na materiały budowlane. Ja, Jakub – kiedyś starszy analityk, człowiek twardych danych – miałem dziś na sobie tylko białe, jedwabne szaty. Moja obrączka już niemal wrosła w skórę i miała wypisane jedyne właściwe imię.

Obok mnie stał Artur, patrząc pustym wzrokiem w stronę horyzontu, nad którym unosiła się siwa, jaśminowa chmura. Z dołu, z ogrodów pałacowych, dobiegało miarowe, masowe uderzanie czół o ziemię – tysiące ludzi odprawiało popołudniową sesję pokłonów do całkowitego wyczerpania.

– Jak myślisz, Jakub… – odezwał się cicho, nie odwracając głowy. – Co będzie na dzisiejszej kartce?

– Nie wiem – odpowiedziałem spokojnie, czując chłodny, znajomy paraliż w karku. – Ale cokolwiek tam będzie… wykonamy to z wdzięcznością.

Robak

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania