Nie lękajcie się, cz. 1

Temat opowiadania jest zgodny z poprzednią edycją LbnP, w której następujący utwór miał brać udział, powstał jednak zbyt późno, ponieważ autor nie miał weny ani głowy do pisania. Dlatego publikuję poza konkursem i dzielę opowiadanie na części.

 

Niedaleka przyszłość.

 

Marcin i Dawid wychowali się w jednej wiosce na zachodnim Mazowszu. Chodzili do tej samej szkoły, zanim ich drogi się rozeszły, gdy o rok starszy Marcin wyjechał uczyć się w liceum w mieście powiatowym. Dawid wybrał technikum w innym mieście, wolał dojeżdżać, niż mieszkać na stancji czy w internacie, jego rodzice też woleli, aby został w domu. Trudno jednak powiedzieć, żeby ich drogi zbyt często się przecinały, choć mieszkali w jednej miejscowości i chodzili do tej samej podstawówki. Znali się, czasami wyjeżdżali na wycieczki rowerowe przy okazji spotkań ze swoimi bliższymi kolegami. Rodziny chłopaków miały ze sobą jakiś zadawniony spór o miedzę, dlatego ich rodzice nie utrzymywali ze sobą kontaktu, jednak nie zakazywali kontaktować się swoim synom, nie zachowywali się też wobec siebie nawzajem złośliwie czy agresywnie. Uznali, że przedawniło się i jedna rodzina ustąpiła drugiej, choć nie bez pewnego bólu. Kiedy obydwaj chłopcy, już mężczyźni, poszli na studia, ich kontakt urwał się niemal całkowicie. Kilka razy minęli się na głównej ulicy swojej wsi, cześć-cześć i tyle.

 

Drogi Marcina i Dawida skrzyżowały się ponownie w zdumiewających dla nich okolicznościach po latach.

 

Czas, kiedy szli na studia był bardzo burzliwym okresem nad Wisłą. Po ewidentnie sfałszowanych wyborach władzę i samodzielną większość parlamentarną utrzymała dosyć popularna w małych miejscowościach i na wschodzie kraju formacja polityczna, ku wzburzeniu elektoratu wielkomiejskiego i z zachodnich oraz centralnych województw. Protesty zostały brutalnie stłumione między innymi przez tajne partyjne milicje złożone głównie ze środowisk chuligańskich i przestępczych. Wybory zbojkotowała cała opozycja, bez względu na różnice w poglądach. Z racji oszacowania wyników przez opozycjonistów, którzy wzięli poprawkę na fałszerstwa, ogłoszono zwycięstwo Demokratycznego Bloku Centralnego, skupiającego socjaldemokratów, lewicę liberalną, centrowych liberałów, ludowców i chrześcijańskich demokratów, czego oczywiście nie uznała rządząca Narodowa Prawica Rzeczpospolitej. Opozycja ogłosiła więc w Łodzi powstanie samozwańczego rządu, tymczasem władza nadal tłumiła protesty z poparciem Kościoła ("protestują zdrajcy, zaprzańcy, niewierni"), nadal mającego w Polsce olbrzymie wpływy, nieproporcjonalne do poparcia społecznego. Tu warto nadmienić, że wcześniej Watykan bardzo nieprzychylnie patrzył na to, co dzieje się w Polsce, choć tolerował ten stan ze względu na płynące znad Wisły świętopietrze, co w dobie kryzysu finansowego tej instytucji i niezdolności papieża do pełnienia urzędu miało kolosalne znaczenie. Przymknięto więc oko nawet na całkowite nierespektowanie celibatu, kolejne skandale seksualne (przemilczane przez "narodowe" media, a innych już prawie nie było) i rozprzestrzenienie się nowych ruchów charyzmatycznych, które w swojej liturgii i nauczaniu przestały mieć cokolwiek wspólnego z tradycyjną nauką Kościoła Katolickiego. Dawno minęły czasy, kiedy do seminariów szli delikatni, zniewieściali chłopcy z konserwatywnych rodzin, trzon kleru zaczęły stanowić środowiska skrajnie prawicowe, kibicowskie i importowani z państw Trzeciego Świata radykałowie. Mieszanie polityki z religią, co i wcześniej nie było w tym kraju czymś obcym, w tamtym czasie stało się już nową normą, a przedstawiciele "nowego" polskiego Kościoła, radykałowie i "duchowi żołnierze" zaczęli coraz liczniej zasiadać w ławach poselskich. Księża sprzeciwiający się głośno, jak to nazywali, degrengoladzie i odejściu od wartości chrześcijańskich byli uciszani przez swoje zwierzchnictwo, a ci mniej pokorni również siłą. Kilku zaginęło w niewyjaśnionych okolicznościach.

Wojna domowa wisiała na włosku. Zmobilizowano wojska i milicje. Przeszkolono na szybko wielu fanatycznych zwolenników partii rządzącej w całym kraju. Przeciwnicy władzy również nie próżnowali w przygotowaniach do starcia. Premier ogłosił stan wyjątkowy. W końcu jednak ktoś poszedł po rozum do głowy i zanim doszło do większych incydentów, w Łodzi spotkali się przedstawiciele samozwańczego rządu ("zdrajcy") i obozu władzy ("ciemniacy"). Co uzgadniano przez kilka burzliwych, obfitujących w protesty dni - nie wiadomo, obrady były tajne. Zawarto jednak pewien konsensus. Zdrajcy i ciemniacy podali sobie ręce i postanowili zaprowadzić kuriozalny w ramach Europy i zachodniego świata porządek. Otóż formalnie Rzeczpospolita Polska pozostała jednym państwem w ramach Federacji Europejskiej, niemal natychmiast jednak zaczęto wytyczać nową granicę między "zachodem" i "wschodem". Jedno państwo, dwie władze, dwie stolice i błyskawicznie rosnące zasieki. Polska pęknięta prawie idealnie na pół. Po stronie "zdrajców" zostało mniej-więcej wszystko po staremu z zapowiedzią większego zbliżenia do coraz bardziej zacieśniającej się i transformującej w nowe mocarstwo Federacji Europejskiej, dopuszczono do pospiesznie utworzonej Izby Państwowej (tymczasowa nazwa nowego parlamentu, do czasu rozpisania wyborów obowiązujących na terenie Rzeczpospolitej Zachodniej) polityków opozycji (czyli z tej opcji, która rządziła w RP Wschodniej). Na stronie "ciemniaków" natomiast w ciągu kilku dni zniknęły wszystkie gwiaździste flagi i zapowiedziano zmianę konstytucji, przywracającej Polsce "ustrój zgodny z wolą Bożą, chrześcijańskimi korzeniami Europy oraz wolą Narodu, jego prawdziwej części".

Układ był najwidoczniej w miarę prosty. U nas wy położycie uszy po sobie, u was my.

Nazwę stolicy zmieniono na Niepokalanów i wyznaczono czas na przeprowadzenie procedur urzędniczych z tym związanych. Nagą syrenę w herbie zastąpiła Matka Boska. Propozycję podobnego manewru w nowej, zachodniopolskiej stolicy zbywano ironicznymi uśmiechami, a proponowane były przez działaczy tak wdzięczne nazwy, jak Oświatów, Postępów, Nowa Warszawa czy Stolica Odrodzenia lub po prostu Odrodzenie. Uznano jednak, że do lepszej przyszłości najlepiej powiosłować łodzią.

Gospodarka już od dłuższego czasu się sypała, a podział, na papierze przecież nieistniejący, jeszcze ten stan pogłębił. Ale o tym może później.

Polska pęknięta na dwie połówki, zszyta drutem kolczastym w środku pola czy lasu. Ucieczki w obydwie strony nadal miały miejsce, choć mur rósł z dnia na dzień coraz dłuższy. Ludzie zostawiali wszystko, żeby być wśród tych bardziej swoich. Nasi bohaterowie pozostali na stronie wschodniej, starali się raczej żyć innymi sprawami niż polityka, choć ona upomniała się o nich szybciej, niż by przypuszczali.

Średnia ocena: 3.6  Głosów: 10

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • madmike 3 miesiące temu
    Wizja przyszłości? Jednak mam nadzieję, ze będzie w końcu normalnie, 5/5
  • cos_ci_opowiem 3 miesiące temu
    Obawiam się, że proroctwo. Dzięki za głos.
  • Bajkopisarz 3 miesiące temu
    Jako urodzony realista (bo przyszłość łatwo przewidzieć - wystarczy spodziewać się najgorszego), nie sądzę, żeby mogło w "kraju nad Wisłą" dojść do takiego podziału na postawie samej tylko umowy. Musi być wojna domowa. Układ rozpadowy nie mieści się w głowach, bo za bardzo przypominałby dawne ustalenia z Magdalenki. Wojna na wyniszczenie to jest to, czego wtedy zabrakło i czego do dziś wielu nie może odżałować. Więc będą dążyć do spełnienia młodzieńczych fantazji.
  • cos_ci_opowiem 3 miesiące temu
    A jeśli po cichu zaangażuje się w to np. obce mocarstwo grające na rozbicie jak w przypadku Ukrainy?
  • Bajkopisarz 3 miesiące temu
    cos_ci_opowiem - to tylko ułatwi wojnę domową. Przecież w takiej sytuacji owo obce mocarstwo jeszcze więcej skorzysta.
  • cos_ci_opowiem 3 miesiące temu
    Bajkopisarz mogą jeszcze się dogadać obce mocarstwa między sobą i podzielić tort. Dziś jest raczej tendencja do unikania otwartych konfrontacji; oczywiście zdarzają się, a appeasment czasami działa, czasami nie.
    To jest political fiction, kierunek zmian ogólnie jest taki, jaki widzimy i opisałem go chyba trafnie, a w co się to wszystko rozwinie, czas pokaże.
  • Bajkopisarz 3 miesiące temu
    cos_ci_opowiem - wydaje mi się, że z punktu widzenia obcych mocarstw daleko lepsze jest wywołanie destabilizacji w postronnym państwie, najlepiej wojny domowej, żeby to państwo osłabić i tym łatwiej mieć tam swoje wpływy. Chyba, ze się tam już ma szerokie wpływy gospodarcze, wtedy konflikt zbrojny nie jest na rękę, za dużo zniszczeń. Poza tym migranci i uchodźcy wojenni - nie pójdą raczej na wschód ;)

    Oczywiście to political-fiction, więc pewne uproszczenia muszą być i jak na razie wszystko jest dość klarowne, obejdziemy się bez wojny domowej na razie :)
  • cos_ci_opowiem 3 miesiące temu
    Bajkopisarz Nie ma standardowych sytuacji. Kilka razy zdarzyło się, że Polska została pozbawiona całkowicie podmiotowości i decydowano o niej za zamkniętymi drzwiami. Przypuszczam, że dziś "odstąpionoby" pół Polski lub całą w sposób pokojowy, nikt nie chce się kłócić na głowice atomowe.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania