Nie ma go
Nie ma go jeden pełny dzień i jedną noc. Nie wiem co się z nim dzieje. Jak spędza dzień. Nie wiem czym się interesuje. Jest to odległy punkt. Gdzieś w moich myślach powstały z wyobrażeń. Tam gdzieś zawieszony ponad moją głową. Czuję się tworzona z umniejszania. Z głowy ściskającej się w dół. Tak dotkliwie ściśniętej, że opadającej mimowolnie. Czy to opada moja siła? Resztki gdzieś odznaczającego się uhoronowania. Dla jego postawy, dla słowa wielkiego: sztuka. Dla jego rzemieślniczych zdolności intuicji. Dla wybiegania wciąż i wciąż na nowo. Przed siebie. Wyznaczania jeszcze drogi którą można przebyć.
Już zniknęłam. Wyszłam z siebie i oczekuję mniejszego znaku, kiedy nie kieruje słów bezpośrednio do mnie, ale wypowiada je na platformie. Wtedy widzę, przetarte oczy mogą dostrzec jego wielkość. Jego skondensowanie na słowach. Mogę to nazwać oszczędzaniem inteligencji. Może to robić, gdzieś wypływać na szerokie wody i tonąć w miejscu które sam sobie wyznacza. Utonięcie oznacza wypuszczenie słów na światło dzienne. Powzięcie ich z jasnej strony, z uczuć i melodyjne zatopienie na własnych zasadach. Za każdym słowem tonę, wypisując ten list do niego. Ile słów, ile braku oddechu a jednak coś od nowa przywraca mi dech. Poza tym wszystkim moja klatka piersiowa mieni się feerią przeżyć. Wbijasz w nią igiełki przyjemności które tworzysz z własnej nieobecności. Raz za razem mogę się tak czuć. Poza tym ogarnia mnie pewnego rodzaju przystanie przy Twojej osobie. Idąc ręką w rękę. Piszę do Ciebie nawet wtedy gdy nie piszę. Lub gdy nie mogę bo wyczuwam że nie powinnam Cię niepokoić. Ani słowem ani swoją osobą. Zależy mi żeby nie zaburzać Twojego nastroju. Nie wtykać dłoni w miejsca które nie są do tego przeznaczone. Iść przed siebie zgodnie z duchem który podpowiada co robić, co mówić, co myśleć. Tak naprawdę wszystko jest dane, Twoja osoba pomimo że jej nie ma też. Jest dana w ciszy, w dźwiękach które naśladują ciszę. W odległości mojego wzroku od podłogi. Od światła padającego zza okna. Od wysokich ścian, kątów. Od ciepła. W najmniejszym załamaniu palca. Karku. Muszę się schylić. Muszę przedsiewziąć wiele. Jak najwięcej zabrać do siebie by budować żywotność starczającą mi zaledwie na parę godzin. Mimo to robię co trzeba. Skupiam się na prozaicznych działaniach dnia codziennego. Oczywiście nie wychodzi mi to. Zapominam. I znów stapiam się z tą stroną po której stąpają anioły. Białe postacie nadające mi sens. Tam jestem większość dnia i nocy. W kierunkach nie wymagających ode mnie fizyczności. Strzepuję z ciała osiadające pyłki. Formułuję z nich świetlistą kulę która oświetla mi miejsca do bram. Bram nieba ale i bram Ciebie. Wracam, powzięta z Twojego milczenia. Nie wiem czym się zajmujesz w niedzielne przedpołudnie. Może czekasz na odpowiedni moment. Ten zazwyczaj nigdy nie nadchodzi. Trzeba z nas utkać odpowiedniość, z naszych emocji, które podpowiedzą którędy i kiedy. Chwila jest krucha. Może zaistnieć lub nie. Każda z chwil jest nalana przez codzienne wiersze pragnień. Jeśli tylko damy temu żyć. Jeśli śmierć nie poniesie nas za wysoko, jeśli w ogóle się nie wzbije.
Jest prawie południe, ktoś się krząta po domu i dostrzegam że to ja. To mój obowiązek, który zaciera mi Ciebie, który mi Ciebie zabiera. To moje fatum bycia. Za życia powolne umieranie. Nic nie może być tak nietrwałe jak to krzątanie się, a jednak trzeba to robić, obniżać metodycznie lot. Żyć z rysą na wewnętrznej stronie lewej dłoni, od narodzin.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania