Niebieskooki (tytuł roboczy)
ROZDZIAŁ PIERWSZY
„Zarząd Zieleni Miejskiej – Kadry” – Zbychu przeczytał na drzwiach. Nacisnął klamkę, poczuł jej chłód i wszedł. Kobieta za biurkiem patrzyła jeszcze chwilę w papiery, zanim podniosła wzrok. Właściwie nawet nie podniosła, tylko oczy spod okularów przerzuciła na Zbycha. Dwie świetlówki o barwie miodu szwankowały i wrzucały postać kadrowej to w półcień, to w złotawe światło. Tik tak. Na czole Zbycha pojawiły się kropelki potu. Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że to nie światło mruga, tylko on sam znika i wraca. Stanął za plastikowym krzesłem. Spojrzenie ślizgało się po meblach. Na półce rząd zielonych segregatorów przechylających się na siebie. Ostatni prawie wypadał. Oparł się o krzesło. Ze zgrzytem przesunęło się do przodu. Kadrowa podniosła głowę.
— Pan… — widział, jak jej twarz rozświetlała się i gasła. – No jak pan się nazywa?
— Ja, ja się nazywam Zbyszek Burski.
— Pan siada!
Położyła pulchną rękę z trzema pierścionkami na biurku, wyprostowała się. Jej oczy błysnęły. Potarł dłonie pod stołem.
— Wykształcenie?
Jej korpulentne ciało szukało lepszego ułożenia. Krzesło jęknęło.
— To znaczy chodziłem do technikum.
— Co to znaczy chodziłem…? – zaatakowała. Za oknem zatrzymał się samochód. Trzasnęły drzwi. Usłyszał pokrzykiwania. Nie rozróżniał słów. W ustach sucho.
— No, w trzeciej mnie wywalili.
Kobieta odchyliła się do tyłu. Jarzeniówka migotała. Przymknął na chwilę powieki i wykrzywił wargi.
— Ja proszę pani miałem kłopoty. To było w trzeciej – rzucił na nią spojrzenie, na sekundę. – Policja i takie tam. W końcu się odczepili – wypuścił resztę powietrza z płuc. – Ale ze szkoły już wywalili.
Ledwo mieścił się w plastikowym krześle. Zastygł, żeby nie skrzypiało. Potrzebował tej pracy; z zasiłku na Zuzię nie mogli wyżyć.
— Czyli niepełne średnie – kobieta przeglądała papiery. – No ale trzeba przynieść zaświadczenie o niekaralności. – Jej twarz zastygła, z oczu zrobiły się szparki. – My tu nie chcemy kłopotów. No nie wiem…
Pokój drgnął. Meble straciły ostrość. Korpulentna postać przed nim rosła. Była coraz większa. Wszystko się ruszało. Wciągnął go wir. A tam wpadł na Mundka i Blachę. On wymachiwał rękoma. - Nie, już nigdy z wami nie pójdę – krzyczał. Patrzyli na niego jak na kundla. – Idź, śmieciu, w pizdu – rzucił Mundek i pokazał fucka. Już ich potem nie widział.
Pokój przestał wirować. Ręce wilgotne. Dalej siedział nieruchomo.
— Ja, proszę pani od wtedy to już nic…
— A skąd ja to mogę wiedzieć? – przerwała. Każdy tak mówi. A potem znowu się wpakuje jeden z drugim w jakieś… – Jej pierś unosiła się i opadała. Milczała. W pomieszczeniu pełnym rozklekotanych mebli zawisła cisza przerywana trzaskiem zepsutej świetlówki. Kobieta wyprostowała się.
— Ostatnia praca?
— Na śmieciarce jeździłem. Ale jak te trzy koty zobaczyłem w śmieciach, to w cholerę rzuciłem. Ich miałczenie w nocy jeszcze słyszałem. Nie mogłem tego znieść. Następnego dnia wymówiłem. Kto takie rzeczy robi?
Coś w niej puściło. Zmarszczki wygładzone, brwi podniesione. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Po raz pierwszy mu się przyjrzała. Badała, świdrowała. Coś na kształt uśmiechu przemknęło po twarzy. Podniósł głowę.
— Nawet nie ma komu wymienić tej świetlówki – powiedziała. No dobrze. Potrzebujemy pracowników. Na okres próbny pana przyjmę.
— Ja mogę zmienić – pierwszy raz się poruszył. Tylko pani drabinę da.
Wyjął przepaloną świetlówkę, założył nową. Teraz pokój się rozjaśnił. Z góry dostrzegł jej zadowoloną minę.
Dopiero, kiedy wyszedł, nabrał pełną piersią powietrza. Chwilę przyzwyczajał wzrok do ostrego światła pierwszych dni marca. Potem wystawił twarz na słońce i klasnął w dłonie. Zachciało mu się śpiewać. W mieszkaniu miał kilka CD z Rynkowskim, Krawczykiem i takie tam podobne. Znał na pamięć te piosenki, kiwał się przy nich, a Zuzia aż podskakiwała. Stał przed lustrem i robił miny. Brał głęboki wdech, zagłuszał Krawczyka, a wtedy węzeł w trzewiach puszczał. Teraz ruszył zdecydowanie. Dostał tę robotę.
Przy kościele zwolnił. Tam była ciemność. To znaczy wcześniej. Jeszcze poprzedniego dnia. Zawsze obchodził tą czarną wyrośniętą do nieba mroczność z daleka. Bał się, że go wessie. Albo przygniecie. Ale ten śpiew ze środka… Aż spod samych sklepień. Mocne, zwielokrotnione brzmienie. Buty same zaniosły go do środka. Wszedł skulony, stanął przy samych drzwiach i słuchał, poruszając ledwie ustami. Chwycił melodię i zanucił kilka słów refrenu. Potem wyszedł, ale pieśń zabrał ze sobą. Wracał, wybijając rytm o chodnik.
W domu Zuzia wyciągała szyję, słuchając jak nuci. Nie znała tej piosenki. Była zadowolona, kiedy zobaczyła tę jego minę: niby taką samą jak zawsze, a jednak inną. Spojrzenie jaśniejsze.
Nie lubił dużo gadać. Nawet w domu. Bo i z Zuzią nie było jak. Uczyła się wszystkiego powoli, ale gesty pamiętała lepiej niż słowa. Dlatego mieli swój system. Podnosił brwi, a ona klaskała. Marszczył – stawała na baczność i salutowała. Jej potrzebne były takie gesty, zwłaszcza od trzech lat, kiedy zostali w domu sami.
Kolejnej niedzieli Zbychu w kościele stał za ostatnią ławką. Pani Ania przed nim. W czasie „Baranku Boży” szepnęła starszej sąsiadce: „Teraz znak pokoju, pani Zosiu, nie gubimy kolejności” –, jednocześnie przyglądała się Zbychowi. Jego głos wyróżniał się. Mocny, dźwięczny, wzbijał się wysoko w górę. Śpiewano: „Pan Jezus już się zbliża, już puka do mych drzwi…”. Katechetka bardziej piskliwie: „Pobiegnę Go przywitać, z radości serce drży”. Drgnął, gdy przekazywali sobie znak pokoju; jej spojrzenie ślizgało się po jego przybrudzonej marynarce. Nagle potrząsnęła zaciśniętą w pięść ręką.
– Chór – rzuciła nie wiadomo do kogo.
Po mszy zaczepiła:
— Pan pięknie śpiewa.
Oczy jej błysnęły, usta poruszały się szybko. Przez te skaczące usta odwrócił głowę. Zrobił krok w bok.
— Proszę poczekać! Tutaj. Niech pan nigdzie nie idzie. Ja zaraz wrócę.
Ruszyła w kierunku ołtarza. Obejrzała się za siebie i palcem pokazała jego buty. Stał w prawie pustym kościele. Wyrównał oddech. Katechetka wróciła z księdzem Maciejem.
— To jest pan… jak pan ma na imię?
— Zbychu– chrząknął. – Zbyszek – poprawił się.
— Panie Zbyszku, właśnie zaproponowałam księdzu, by pana przyjął do chóru kościelnego. Pan bardzo wzmocni ten chór.
Podniósł brwi wysoko. Nie wiedział, co zrobić z rękami. Otarł je o spodnie.
— Do chóru? Śpiewać? – brwi powędrowały w górę. – Nikt mi nie mówił, że mam jakiś… Ja zwyczajnie lubię sobie pośpiewać.
Ksiądz Maciej spojrzał przymrużonymi oczami. Tak jak kadrowa, kiedy naprawił świetlówkę.
— Czy zechce pan przyjść na próbę? – zapytał ksiądz.
Zbychu rozglądał się na boki. Pierś, wcześniej pełna, teraz opadła. Jak zwierzę w kręgu światła. Znów to uczucie gorąca.
— To znaczy… Nie wiem. Żeby śpiewać? Ale ja nie przychodzę na mszę – miętolił w rękach czapkę. Wzruszył ramionami. – Jak trzeba to wszystko – pokazał brodą ołtarz – to ja nie chcę. Ja…, ja nie chodzę tak w ogóle do kościoła.
Ksiądz przez chwilę milczał.
— Nie, żeby śpiewać, nie trzeba, jak to pan ujął, robić tego wszystkiego – ruchem brody wskazał prezbiterium. – To nie jest żaden warunek.
Pani Ania odchyliła się, jej powieki rozwarły się szeroko. Stała z przylepionym uśmiechem.
— My tu mamy chór, zespół muzyczny, to są bardzo mili ludzie – ciągnął ksiądz. – Brakuje nam właśnie bary… czyli takiego głosu jak pana.
Nikt wcześniej tak do niego nie mówił. Nie wiedział, że tak można. Przerzucił wzrok z księdza na katechetkę. Czekał, aż poklepią go po ramieniu i się roześmieją w nos: „Dobra, Zbychu, to taki żart był”. Ale się nie śmiali. Tylko patrzyli otwartymi oczami. Czekali na odpowiedź.
— Czemu nie, mogę przyjść – powiedział w końcu. – Ale nie chcę tego całego klękania i wstawania. To nie dla mnie.
Ksiądz wyjaśnił gdzie i kiedy. Nałożył czapkę i natychmiast zdjął. Schował do kieszeni, mruknął coś na pożegnanie i wyszedł.
Następnego dnia siadł na kosiarkę, założył słuchawki i kosił pas po pasie, a trawa zamieniała się w miękki dywan. Do domu przyniósł zapach koszonej trawy i spalin. Na stole położył stokrotkę, zerwaną dla Zuzi przy ścieżce.
— Będę w chórze śpiewał – powiedział, prostując plecy.
— Gdzie będziesz śpiewał? – zapytała Zuzia z kuchni. Metodycznie myła i wycierała naczynia. Stała w rozklepanych kapciach, prostej spódnicy w kratkę i fartuchu z napisem „Nie oddam fartucha”. Lubiła go, bo sama potrafiła zawiązać z tyłu.
— W chórze, z ludźmi gdzieś przy kościele. Taka pani mi powiedziała, że mam dobry głos.
Pocierał zarost na policzkach. Trzeba zgolić – pomyślał. Żyletka tępa, a ona powiedziała, że tam będą ludzie. Wezmę tę marynarkę z szafy, tę szarą – zdecydował.
Siostra sapała przy swojej robocie, wpatrując się w każdy talerz. Podnosiła do góry, ustawiając do słabego światła w kuchni i przyglądała się, czy nie ma smug od mycia. Nagle przestała brzęczeć talerzami. Słyszał jej przyspieszony oddech.
— Tata też śpiewał. Pamiętasz?
Zbychu zazgrzytał zębami, jakby trafił na skorupę orzecha.
— Zuza! Przecież wiesz, że taty nie ma – syknął. Skurczył się w sobie, znieruchomiał.
Kiedy mówił „Zuza” oczy mu czerniały. Wtedy nie mogła na niego patrzeć. Odwróciła się z talerzem w ręku. Miała odłożyć, ale ciągle trzymała. Czekała.
— Zuza, nie wytłumaczę ci tego, nie mogę. Nawet gdybyś nie była… i tak bym nie potrafił.
Potem zrobiło się cicho. Dalej stała z talerzem.
— Nie pytaj o tatę.
Cicho odstawiła talerz.
„Znów ojciec!” – schował twarz w rękach.
Wyszedł do parku. Było po zmroku, ale wcześniej wykonana robota jakoś go uspokajała. Nie lubił gadać, ale było w nim życie. W jego głowie mieszkały stwory. Czasem to był niebieskooki, a innym razem kosmata wredna gęba, karzeł warczący z głębi. Prawdziwe czy nie, obie były jego.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania