Niedzielna przygoda pana T.
Pan T. pochylony nad garnkiem gorącej grochówki wielką chochlą wyławiał strzępy wieprzowiny,
jednocześnie drugą ręką podtrzymując obszerny brzuch, przyciskał plecy do ciepłego jeszcze
telewizora.
„Na reumatyzm, łamanie w kościach i bóle w karku najlepszy jest magnetyzm gasnącego
telewizora” – pomyślał, więc przyciskał raz plecy raz brzuch do świetlistego jeszcze choć wyłączonego już telewizora. Podszedł więc do telewizora.
Parł ze wszystkich sił na tę kanciastą zawalidrogę , gdy od strony przewodu kominowo-
wentylacyjnego rozległ się najpierw cichy chrobot, potem suchy trzask jakby rozbijanych szyb
okiennych, dziwny gwizd, świst i wielkie chlupnięcie w garnku.
Odwrócił się i podszedł do piecyka gazowego, na którym nadal stał jego garnek z grochówką na
wieprzowinie.
Zajrzał do środka, nic, raz jeszcze zajrzał w głęboką czeluść- „kotłuje się tam coś” –pomyślał
i już chciał się odwrócić, gdy zamarł w przerażeniu: do garnka, w którym monotonnym ruchem
mieszał grochówkę na wieprzowinie, wpadł wielki niklowany tramwaj, który teraz zanurzając się w
zupie wirował na powierzchni i reflektorem- okiem Cyklopa oświetlał sadzą osmolone ściany (!)
Pan T usiłował wepchnąć go na samo dno, ale tramwaj stawał dęba i wypływał na powierzchnię w
coraz to innych miejscach.....
„Sąsiadów musiało to pobudzić, i to tramwaj, cholera !”- pomyślał – „ a pasażerowie albo
przerażeni, że głów nie podnoszą , albo całkiem już wymłóceni”.
Ale w tej właśnie chwili w wąskiej kiszce tonącego tramwaju coś się zakotłowało- jakaś
niesamowita plątanina rąk i nóg próbowała przebić grube szyby okienne.
Pan T nadal spychał stalowego przybłędę na dno garnka, potem jednak , po chwili namysłu, postanowił
go wyłowić i zepchnąć w stronę parapetu, ale za każdym razem wychodził tylko głęboki,
jakby pochodzący z niezmierzonej czeluści bulgot. W tonącym tramwaju rozległ się przeraźliwy
pojedynczy pisk, jakby potarcie smyczkiem o struny, a następnie krzyki parzonych
i zatapianych w strugach zupy.
Kilku lepszych pływaków unosiło się już na powierzchni gorącej i gęstej grochówki na
wieprzowinie.
„ Do diabła” – pomyślał pan T, gdy zobaczył, że postaci jest coraz więcej.
Rzeczywiście, w tłustej zawiesinie unosiły się bądź opadały dziwne figurki w czarnych smokingach
i wszyscy bez wyjątku z małymi walizeczkami.
Nagle jeden z nich dostrzegłszy pana T zaskrzeczał:
„ No podaj pan drabinę!”
„ Dziś już nie będzie wieprzowiny”- pomyślał pan T, gdy ostrożnie tuz przy emaliowanych
ściankach wsuwał do garnka składaną alpinistyczną drabinę.
Po chwili, niepewnie wspinając się po tej sznurowej drabinie, w jego ciasnej kuchni pojawiło się
około czterdziestu identycznie wyglądających panów w sztywno wykrochmalonych smokingach
z małymi owalnymi walizeczkami.
„ Ale walnęło..... prosto w ten pański garnek, a z pana to prawdziwy magnes ” –odezwał się po
chwili milczenia mały człowieczek o pucułowatej twarzy i włosach barwy jesiennego siana;
„ a to niech pan lepiej uprzątnie” – powiedział, wskazując palcem tramwaj dryfujący wewnątrz
garnka i dłonią o krótkich palcach przygładził włosy.
Mały człowieczek postał jeszcze przez chwilę, głośno zastanawiając się, czy sąsiedni pokój pomieści
całą orkiestrę, a następnie nie patrząc już na pana T wniósł pozostałych trzydziestu dziewięciu
panów, łapiąc ich za specjalne metalowe uchwyty.
I już po chwili przy miłym aromacie cygar i kawy rozległy się fragmentu jakiegoś utworu: symfonii
i polifonii zarazem, wariacje i oratoria– wszystko tak bardzo się ze sobą mieszało!
Pan T przez cały czas zaglądał do swojego pokoju przez dziurkę od klucza, nie ośmielając się jednak
wejść, ukrył się w wychodku.
Podczas gdy cały dom wprawiony był w drżenie kaskadami symfonii, allegrami, polifonicznymi
zmianami tematów, tematami obocznymi, od których wibrowało powietrze, dzwoniły szyby okienne
i głucho dudniły (jak nigdy przedtem) ściany...
Uniwersalna Orkiestra Symfoniczna koncertuje dzisiaj gdzieś w trasie i chwała jej za to !
„ chwała jej za to, chwała jej za to, i biada ignorantom” – bezwiednie powtarzał pan T.
I tak bardzo zapragnął wyjść z ciasnego wychodka, przypomnieć o swoim istnieniu i uczestniczyć
w tej wielkiej chwili.,
uchylił więc drzwi.
„ Wyjść z klozetu też nie wypada w szlafroku, prosto w wielki świat muzyki ...i bileter ogromny
drab w długim płaszczu z naramiennikami i czapce z napisem „ Hotel Grand”, który czujnie
nasłuchiwał i chodził wzdłuż ścian „ – rozmyślał pan T i w tym momencie poczuł, że jakieś stalowe
ramię przyciska go do ściany i wtłacza w grzbiet przedziwny wzór kilku symetrycznych gwiazdek,
a na jego twarz spadła pusta niewypełniona kartka- był więc w kasowniku !
Postawił właśnie stopę na dywanie, potem drugą, już chciał się cofnąć, ale twarda włochata łapa
ścisnęła go za kark - „ Bez biletu do teatru !!!!!” – ryknął bileter, morderczy uścisk na szyi pana T
stawał się nie do zniesienia....” a my tu takich nie lubimy, co to w wychodku teatralnym się
chowają” – potężnym głosem ryczał bileter i jednym ruchem cisnął pana T w objęcia trzepaka do
dywanów w komórce.
Muzyka symfoniczna, radosna kantata, samotne karkołomne glissando skrzypiec, potem oklaski –
trwało to wiele godzin, (a może dni ...?), ale nadziei na otwarcie tych drzwi było niewiele...
Zdziwił się więc , gdy w pewnym momencie muzyka całkowicie ucichła i jakieś ręce wyciągnęły go
z tej czeluści.
„ Zjeżdżaj stąd”- warknął groźny bileter i skinieniem głowy wskazał mu tramwaj .
Pan T posłusznie jak manekin zszedł po drabince alpinistycznej do garnka, uruchomił dźwignię w
tramwaju i przez dziurę w suficie wymanewrował prosto na magistralę ....
rzadki gość żegnany przez muzyków, aktorów i publiczność....
KONIEC
-------------------------
Napisałem w wieku 22 lat, wtedy w autobusach i tramwajach montowano mechaniczne kasowniki
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania