Nieistnienie - III - Wygnaniec
Ten dzień nie zapowiadał się pogodnie. A przynajmniej nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż deszcz o tej porze roku byłby zjawiskiem bardziej niezwykłym niż pędzące stado żywych bizonów. Za to w głowie młodego człowieka, klęczącego obok martwego łącznika, panowała burza.
To jednak nie starcie, które miało tu miejsce przed chwilą, a coś o wiele mniej powszechnego, było głównym powodem jego roztrzęsienia. Coś, czego starał się za wszelką cenę unikać od kiedy skończył dziewięć lat. Kontakt z drugim człowiekiem. Teraz czuł się jakby jego spokojna, budowana latami kryjówka niebezpiecznie silnie się zachwiała. Pustkowia były domem śmierci, a kto wkraczał na jej teren musiał się liczyć z tym, że najprawdopodobniej zostanie podany na kolację. Mimo to, owy młody człowiek znalazł tu coś w rodzaju strychu, skąd nauczył się obserwować, samemu pozostając niezauważonym. I z jakiegoś powodu śmierć pozostawiała strych samemu sobie. W każdym razie, aż do dzisiaj.
Niecałą godzinę temu siedział na werandzie swojego domu, a właściwie ruin domu jednorodzinnego, jadł psa, którego udało mu się złapać w jedną z jego prymitywnych pułapek. Nie minęło wiele czasu, a na jego podwórku rozegrała się jatka, w której musiał wziąć udział. Widział już dużo i wiedział swoje, puste pokraki nie były ludźmi tylko pojemnikami na bezpłodną pustynię. Wszystko, co można było dla nich uczynić, to unieruchomić przy pomocy pistoletu. Inaczej sam stawałeś się pustynią. A motocyklista był człowiekiem, i to nie jednym z dzikich morderców, którzy zamieszkiwali pustkowia. Był mieszkańcem obozu, to jasne. Czyli przyzwoity. W miarę. Więc, szlag, ale trzeba było spróbować mu pomóc.
Skończyło się na tym, że siedział przy umierającym mężczyźnie a ten prosił go, żeby nieść coś do innych ludzi. I dlaczego niby miałby to zrobić? Właśnie z tego powodu stronił od innych. Ciągłe konflikty, niekończące się kłopoty. Nie tego chciał. Nie potrafił się do tego przystosować i nie miał zamiaru próbować.
I teraz klęczał na ulicy z kopertą w ręce i czuł narastający lęk. Znał to uczucie i wiedział jak się skończy, zacznie się kiwać i nie przestanie póki nie zaśnie albo jakiś hałas go z tego stanu nie wyrwie. Już tak po prostu miał i to było niefajne. Na szczęście umiał sobie z tym do pewnego stopnia radzić: dzięki pewnej wyliczance, której nauczył się w dzieciństwie. Był już duży i sądził, że wyliczanki są głupie i dla dzieci, ale z jakiegoś powodu klepanie jej na głos przynosiło mu ulgę. Raz, dwa, trzy, kryjesz ty. Cztery, pięć, kręć się kręć. Oddech stawał się miarowy. Sześć, i zamknij oczy, cześć. Wiedział, że to nie koniec wierszyka, ale choćby nie wiem jak się starał, reszty nie mógł sobie nigdy przypomnieć. Na szczęście tyle z powodzeniem wystarczało, żeby go uspokoić.
Gdy się opanował, wstał i rozejrzał się po okolicy. Pole bitwy, pospolity widok na pustkowiach. Kilka zniszczonych pojazdów, kilka trupów. Najwyższy czas poszukać innego domu, najlepiej jakiegoś z dala od ulic. Najpierw jednak należy się zająć tym w miarę przyzwoitym podróżnikiem. Nie chciał go zostawiać, ot tak, na środku drogi, co to, to nie. Mimo, że mało kogo obchodziły takie szczegóły, no bo wiedział swoje, no bo obserwował ich z ukrycia już długo i znał się na nich, on nie chciał stać się taki sam. Ale kopać dołów też nie miał zamiaru w tym skwarze, więc następne dziesięć minut spędził układając mały stos z tych części aut, które dało się spalić. Ptaki i dzicy, i ci wypaleni pustynią puści nieludzie nie dostaną do zjedzenia kolejnego człowieka.
Upewnił się, że stary nie miał przy sobie nic więcej, co warto ze sobą zabrać, zawlókł ciało na miejsce i flarą podpalił strumień benzyny. Patrzył przez chwilę na buchające w górę płomienie kiwając się lekko w rytm sobie tylko znanej muzyki. Wytarł nos w rękaw poprutego swetra. Żałował, że buty podróżnika były za duże.
Motor ciągle leżał u boku szosy, wyglądał na sprawny i był piękny. Chłopak wiedział jak jeździć na normalnym dwukołowcu, takim napędzanym nogami, ale te ciężkie stare maszyny na benzynę to co innego. I to nie dlatego, że był inny, swoje wiedział, po prostu prawie nikt nie miał szans się tego nauczyć, bo zwyczajnie nie było na to paliwa. Nie znaczyło to jednak, że nie mógł go sobie zabrać, teraz należał do niego i mógł go sobie zaprowadzić gdzie chciał. Jego własny, działający motor. Jeszcze go rozgryzie. Ucieszył się na tę myśl i usiadł koło najlepszej od dawna zdobyczy. Otworzył sakwy przyczepione do bagażnika i to co w nich znalazł sprawiło, że roześmiał się w głos. Czysta woda, suszone mięso, lornetka, baterie, świetny nóż bojowy, apteczka, wszystko w niemalże idealnym stanie. No lepiej trafić nie mógł.
– Piękne dzięki, panie łącznik – powiedział przeglądając te cuda.
Wtedy przypomniał sobie o kopercie, którą dostał od mężczyzny. Wyjął ją z kieszeni spodni i spojrzał na brązowy papier, z prawej strony naznaczony niewielkimi, ciemnymi smugami zaschniętej krwi. Nie była opisana w żaden sposób, żadnego adresu czy nazwiska. Wyciągnął rękę do góry i popatrzył pod słońce ale nic to nie dało. Jakieś tajemnice ważnych ludzi, sprawy, w które bezpieczniej się nie mieszać. Chciał ją wyrzucić ale zanim to zrobił postanowił zaglądnąć do środka. Chwycił kopertę w obie dłonie z zamiarem oderwania krawędzi i w tym momencie usłyszał niezbyt głośne ni to warknięcie ni szczeknięcie. Podniósł wzrok i ujrzał przed sobą zdesperowanego kundla. Farciarz jakoś ominął jego pułapki i przyszedł zawalczyć tym razem o swoje przetrwanie. Jednak nie rzucał się na chłopaka, tylko, wciąż warcząc, wbijał w niego swoje przekrwione, niepomne ślepia, a z pyska ciekły mu stróżki śliny. Chłopak się nie poruszył, to nie był pierwszy raz kiedy musiał sobie poradzić z wygłodzonym psem i nie będzie ostatni, co to, to nie.
Karabin łącznika leżał za daleko, musiał wystarczyć mu nóż który trzymał w kieszeni. Zza budynku wyłoniły się dwie kolejne bestie. No to już był problem. Głód sprawia, że stają się niebezpiecznie zuchwałe i agresywne. To smród palonego ciała musiał je tu przyciągnąć, szlag.
Żaden pies nie atakował i chłopak nagle zrozumiał dlaczego. Nie przyszły tu po niego a po padlinę, martwe ciała duchów pustkowi. Może były zbyt słabe żeby się na niego rzucić i może warto było zrobić to samemu, bo to zawsze żarcie. Ale to byłoby głupie ryzyko i chłopak o tym wiedział. Należało się już wynieść. Nie będą bez końca czekać, aż usunie się z miejsca. Patrząc im w oczy wstał, podniósł motor i zaczął się wycofywać. Wszystkie trzy spoglądały na niego spode łbów ale żaden się nie ruszał. Po chwili zaczęły się wgryzać w truchła pustych, wtedy chłopak się obrócił i przyspieszył kroku, spoglądając co chwilę za siebie. Po drodze podniósł broń mężczyzny, ale nie zamierzał tracić naboi na kundle.
– Smacznego.
* * *
Gdzie się udać?
Z dala od ulic znajdzie tylko więcej bestii. Do ruin boją się podchodzić ale w głębi pustyni żerują. No i tam też na pewno są puści. Pewnie żerują razem. Mają te same śnięte ślepia. Może jednak w stronę Lasu? Może dostanie jakieś jedzenie jak przyniesie im wiadomość łącznika. A może pomyślą, że go zabił? Ludzie to utrapienie, nic dobrego z tego nie wyniknie, cała ta sytuacja to już był kłopot, po co sobie dokładać. Bo tak należało? To nie była jego sprawa, jak każda inna zresztą. Kolejny nieodpowiedni czas, kolejne źle dobrane miejsce. Na razie będzie szedł póki nie znajdzie dobrego miejsca na nocleg, potem się zobaczy. Zresztą Las jest za daleko. Szedłby co najmniej parę dni. Mięsa łącznika nie wystarczy na wiele dłużej... A zwierzęta same się nie upolują. Był w kropce.
Nie chciał przyznać tego sam przed sobą, ale najgorsze było unikanie jedynego słusznego ustosunkowania się do zaistniałej sytuacji: postąpienia właściwie, spełnienia ostatniej prośby konającego człowieka. Że to nie była jego sprawa wcale nie było prawdą. Podzielenie świata na ludzi i pustych czyniło ze wszystkich ludzkich spraw jego sprawę. Bał się tej myśli, nie dopuszczał jej do siebie, nie potrafiłby nawet ubrać jej w słowa, ale od jakiegoś czasu zaczynał do niej instynktownie dojrzewać.
Po kilkunastu latach, z pewnością niejeden zdążyłby przywyknąć do koszmarów, jakie pustkowia mogą zaoferować swoim mieszkańcom. Ale nie on. Nie przestał bać się śmierci, swojej czy cudzej, wszystko jedno. Przerażała go myśl o cierpieniu a jeszcze bardziej o jego zadawaniu. Zdawał sobie sprawę, że nie urodził się taki sam jak pozostali. I nie chodziło tu tylko o to, że według starych ludzi był dziwnym a kolegów głupim. Coś innego czyniło go naprawdę wyjątkowym w świecie ogarniętym anarchią. On sam stosunkowo niedawno odkrył, że chyba jakoś inaczej postrzega otaczającą go rzeczywistość. Po prostu wcześniej nie miał okazji porównać. Ostatnio jednak, gdy obserwował poczynania napotkanych osób, nie mógł zrozumieć dlaczego wszyscy wydają się zachowywać jakby nie istniało nic oprócz walki o przetrwanie. Wszędzie wokół gromadzono zapasy, stawiano mury obronne, atakowano, broniono się. Jakby Słońce było tylko owym nieznośnym żarem, a nie sprawiało, że niebo wieczorami płonie. Jakby piasek nie przesypywał się powoli między palcami, a wiatr nigdy nie wędrował pod ubranie. A takie właśnie sprawiali wrażenie. I mieszkańcy lasów, i dzicy mordercy, no i przede wszystkim ci, którzy pojawili się tu z dwa lata temu, niewiadomo skąd. Ziemia miała wbrew pozorom dużo do zaoferowania, trzeba było tylko nauczyć się to dostrzegać. Bo mimo, co tam kiedyś o nim gadali, głupi przecież nie był, co to, to nie, i swoje wiedział.
Ale z drugiej strony czuł też, że nie był przecież tak rozgarnięty jak ci, z którymi się nie zgadzał. Może to oni mieli więc rację. Może powinien brać z nich przykład, może wiedzą coś, co dla niego było za trudne do zrozumienia. Jak książki bez obrazków na które natykał się od czasu do czasu, albo dlaczego starzy ludzie spalili świat. Od niedawna dręczyło go poczucie, że samotność nie była najlepszym wyjściem, że zmieniła go bardziej niż się wydawało i zastanawiał się, czy nie popełnił błędu porzucając towarzystwo innych ludzi.
Natomiast nikt, nawet ktoś z tak szeroko rozwiniętym zmysłem percepcji jak Suseł, nie byłby w stanie zauważyć tych wewnętrznych, nieubranych w słowa rozterek, gdyż młody mężczyzna w ciągu kilkunastu lat posiadł umiejętność ukrywania się w pełnym tego słowa znaczeniu. I kiedy zamykał oczy, wówczas ta nazbyt rozwinięta wrażliwość, to coś, co zbliżało go do pełni człowieczeństwa bardziej niż innych, znikało dla nich całkowicie.
Oczywiście, że zastanawiał się nad zawartością koperty, która spokojnie spoczywała w jego kieszeni. Prawdopodobnie to coś ważnego, wiedział bowiem czym jest Las. Stumilowy Las, jak nazywali go mieszkańcy tej części ocalałego świata, czyli parę kilometrów kwadratowych najprawdziwszych roślin, był schronieniem dla około stu osób. Największy ze znanych tutaj obszarów, które nie dały się strawić błędom przodków. Od dawna niepodzielną władzę sprawował tam sztywny facet o imieniu Krzysztof. Pan Krzysztof był w prostej linii potomkiem założyciela obozu, który, jeżeli wierzyć najstarszym, osiadł tutaj z przyjaciółmi w czasach końca. Od tamtej pory hołdowano w Lesie prawu dziedzictwa i pierworodni jego rodu byli przygotowywani do pełnienia roli przywódcy obozu już od wczesnych lat dzieciństwa. I czy miał to we krwi, czy go po prostu nauczono, Krzysztof sprawdzał się w roli opiekuna wzorowo. Dowodem tego był choćby fakt, że mimo wszelkich przeciwności tamtejsi ludzie wciąż jeszcze żyli.
Stumilowy Las nie istniałby, rzecz jasna, gdyby nie ciągła współpraca z innymi, podobnymi obozami. Wymianę zapasów czy mieszkańców stosowano, aby utrzymywać jako taką równowagę a głównie ona właśnie zapewniała tu przetrwanie. Gangi sprawiały również, że koniecznym materiałem wymiany stały się informacje. Niezwykle rzadko natomiast na pustkowiach można było spotkać konwój. Po pierwsze, przeprowadzenie jednej takiej operacji wymagało wiele czasu i poświęceń, po drugie zaś, jeżeli już organizowano wymianę to wiedziało o tym bardzo niewiele osób. Co więcej, trasa marszu była opracowywana podczas jego trwania a i tak znał ją jedynie pierwszy łącznik konwoju. Wyprawa zwykle trwała dopóki nie odwiedzono wszystkich okolicznych obozów a balans nie został odnowiony. Sami łącznicy kursowali w te i z powrotem znacznie częściej i to na ich potrzeby wykorzystywano prawie cały zapas benzyny. Samotna piesza wędrówka poprzez mordercze połacie pustkowi nie wchodziła w grę. Na nią jedynie skazywano.
Wędrował bez celu już od paru godzin. Przez cały ten czas prowadził u boku swój własny, wspaniały, działający motocykl. Ani śladu rdzy, w połowie pełny, czarny bak tłusto lśnił w promieniach późno popołudniowego słońca. Pachniał powagą. Pozwalał mu się uśmiechać mimo wszystkich kłębiących się w głowie pytań i dodawał otuchy. Chłopak czuł w nogach zmęczenie i miał wielką ochotę się już położyć, ale zdawał sobie sprawę z ryzyka związanego ze spaniem na nieosłoniętym terenie. Perspektywa bezpiecznego, spokojnego snu z dachem nad głową motywowała aby iść dalej. Wyspany miał zazwyczaj najlepsze pomysły, może wtedy wpadnie na to, co powinien ze swoim fantem zrobić, kto wie. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, przed zachodem dotrze do kolejnego zrujnowanego miasta.
Bo dlaczego miałoby być inaczej? Tutaj wszystko działo się zgodnie z planem. Pustkowia były jak przerażający schemat: słońce wstaje i chowa się. Dzicy mordercy zawsze zbyt głośni, aby mogli zaskoczyć. Puste, niech ich szlag, to chodzące schematy. Tu się już nic nie zmienia. Nic nie zaskakuje. „Oprócz koperty w kieszeni." Przyszło mu na myśl. No tak. To przedpołudnie było dziwne. Ale nie upoluje się psa dwa razy w ciągu jednego dnia, co to, to nie. Nie ma sobie czym głowy zawracać. Rzeczywistość odzyskała swój schematyczny rytm. „Ale przecież mam motor. I idę na południe. Niech to szlag." Przyszło mu na myśl. No tak.
Ten dzień miał się, oczywiście, nieco różnić od pozostałych. Młody człowiek, który od lat żył samotnie na jałowym łonie pustkowi, nie był najlepiej przygotowany na zmiany w schemacie. Dlatego niezmiernie się zdumiał, gdy z wieczornego krajobrazu wyłoniła się malutka sylwetka. Szedł pod słońce więc musiał zmrużyć oczy. Z każdą chwilą robiła się coraz wyraźniejsza, tak, że chłopak mógł już rozróżnić jej płeć. Kobieta, niezmiernie zdumiewające. Tak zdumiewające, że zapomniał się schować. Wychudzona kobieta w obdartych ciuchach, ze spaloną słońcem skórą, o sklejonych pyłem i brudem włosach.
Nie wpadł na to, żeby sięgnąć po broń. A jeśli nawet wpadł to tego nie zrobił.
Zatrzymał się przy niej. Na pewno nie była dzika, nie miała w oczach szału dzikich. No i była sama, co do dzikich nie byłoby podobne. No i nie darła się jak szalona, że go zabije. Skądś ją wygnano i pewnie z Lasu właśnie. Okrągły, wypalony znak ostrzegawczy na jej policzku, nie zdążył się jeszcze zagoić. Za to miała brązowe oczy. I, o dziwo, wszystkie zęby. Na pierwszy rzut oka przynajmniej. Musiała wykraść wodę albo kogoś zabić, no i teraz przyszło jej zapłacić za to surową cenę, niby bywa. Zostało w niej jeszcze trochę sił, ale nie wystarczyłoby ich jej na długo. Nieprzygotowani obozowicze nie poradzą sobie sami na pustyni, za najdalej kilka dni padłaby z wyczerpania. Gdyby dzicy znaleźli ją wcześniej, zabili by ją trochę szybciej. A mimo to nie wyglądała na zrozpaczoną. Przeciwnie, wydawało się, że spod tej warstwy brudu promieniała. Nie było to normalne. To po prostu nie pasowało do schematu.
Ona odezwała się pierwsza.
- A ty chłopcze nie boisz się tak podchodzić? – jej śmiałość zbijała z tropu i na chwilę go zatkało. Odparł szybko, ale niepewnie, niemal pytając.
- Nie masz broni. Wygnali cię.
„A może nie." Pomyślał i chwycił przewieszony przez plecy karabin. Wycelował w nią lufę, ale to była tylko farsa, nie byłby w stanie do niej strzelić. Dziewczyna nawet nie drgnęła, wciąż patrzyła mu w oczy.
– Proszę to ściągnąć – powiedział szybciej niż pomyślał.
– Już traciłam nadzieję. To na moim policzku chyba nie będzie ci za bardzo przeszkadzać, prawda? – zapytała całkiem spokojnie i prawie nie zabrzmiało to jak żart.
– Proszę się rozebrać, trzeci raz nie powiem.
Dziewczyna zaczęła zdejmować z siebie szmatę, powszechnie nazywaną tu ubraniem, ale buzia się jej nie zamykała.
– Jesteś jakiś dziwny, wszystko z tobą w porządku? – Chłopak nic nie odpowiedział.
Rozłożyła ramiona i obróciła się dookoła. Pył i bród skutecznie to maskowały, ale nie miała więcej niż trzydzieści parę lat. Pod szmatą było tylko pustynno-szare ciało. Nie było żadnej broni.
– Mam nadzieję, że pasuje – oznajmiła z pełnym zębów uśmiechem.
– Nie jest pani normalna, prawda?
– Nie bardziej niż ty. – Chłopak nie do końca zrozumiał co miała na myśli. Ale swoje wiedział. Wiedział, że normalność od samego rana dzisiaj jakoś poszła w łeb.
– Zapytaj lepiej czy mnie nie zabrać ze sobą. – Zaczęła nakładać swoje odzienie z powrotem.
Że jej tak nie zostawi było już jasne, gdy zrozumiał, że ten punkt na trakcie to nie bandyta albo coś gorszego. Może stronił od ludzi, ale nie zamierzał zostawiać samotnej kobiety na pewną i najpewniej bolesną śmierć. Taka możliwość nie istniała. Po prostu nie.
– Ciekawe tylko, za co panią wygnali – powiedział spokojnie. Znowu. Jeżeli ktoś obserwowałby tę wymianę zdań z pewnością wydałaby mu się ona co najmniej dziwna. Dwóch nieznajomych na pustkowiach, różnych płci co gorsza, on z motocyklem łącznika, ona wygnaniec. Sam fakt, że rozmawiają, a nie strzelają do siebie, był już wystarczająco ekstrawagancki. Nie wspominając już o nie do końca typowej osobowości każdego z nich. A to, co najbardziej chciało się powiedzieć, to, co naprawdę się czuło było ukryte tak głęboko, żeby nikt przypadkiem tego nie odgadł. „Dlaczego tak ma być? Czyja to wina? Pustyni? Ich? Nasza?" Przebiegło młodemu mężczyźnie przez myśl i zniknęło.
Kobieta nie odpowiadała, tylko z lekko uniesionymi, szarymi od kurzu brwiami wpatrywała się w niego wzrokiem, który zdawał się czekać na zgodę.
– Idę do Lasu – zorientował się nagle. – Nigdzie więcej. Jeżeli pani stamtąd, to nie ma po co wracać. Nie wpuszczą.
– Idziesz? W twoim motorze nie ma benzyny?
– Jest, ale nie umiem na nim jeździć.
– Ale ja umiem. Do Lasu mówisz idziesz? Mogę cię zawieźć. Jak mi dasz coś do jedzenia.
Chłopak się zastanowił. Jakby chciała mu zrobić krzywdę to do tej pory by już spróbowała. Nie ma strachu. Sięgnął do sakwy po suszone mięso łącznika, oderwał kawałek i podał jej. Dał jej także butelkę wody.
– Smacznego.
– Pięknie dziękuję mój dobrze wychowany kolego – odparła wesoło z pełnymi ustami. – O, kurde, jakie dobre.
Żuła długo każdy kęs i delektowała się każdym łykiem wody. Nie miała nic w ustach od paru dni, to nie ulegało wątpliwości. Chłopak, kiwając się z lekka, patrzył na jej okaleczony policzek. Wydawało się, że powinien wciąż ją bardzo boleć przy każdym ruchu szczęki. Jednak zdawało się, że nic nie czuła. Musiała być naprawdę głodna.
– Dawno tak dobrze nie pojadłam. – Kiwnęła głową w stronę południa. – To po co chcesz się dostać do Lasu?
Już miał powiedzieć prawdę ale ugryzł się w język. Praca łącznika jest niebezpieczna, Widział dużo i wiedział swoje. Dla tego co mają ze sobą się ich zabija, dokładnie jak tego sympatycznego dzisiaj rano.
– Po wodę – powiedział w końcu z wahaniem.
– Myślałam, że motorami jeżdżą tylko nadęci łącznicy. Na łącznika jesteś trochę za młody. I zdecydowanie zbyt kulturalny. – Zmierzyła go wzrokiem i poczuł się nieswojo. – A co mi tam, nie chcesz mówić, twoja sprawa.
Chłopak milczał.
– To co, jedziemy? – zapytała zachęcająco pokazując na motocykl. – Jak się pospieszymy jutro rano powinniśmy być na miejscu.
– Chce mi się spać.
– No to w takim razie najpierw znajdziemy gdzieś miejsce do spania. – Puściła do niego oko. – Już ja się tobą młody zajmę, nie bój nic.
Gdyby chłopak był trochę bardziej obeznany w relacjach interpersonalnych może potraktowałby tą sugestywną uwagę mniej dosłownie. Nie było mu to jednak dane, więc tylko zwyczajnie skinął głową i usadowił się na tylnym siodełku.
– To będzie coś – powiedziała kiedy usiadła przed nim. Złożyła nóżkę i odpaliła maszynę. Niezbyt głośny pomruk silnika był dziwnie przyjemny. Szkielet lekko wibrował ale nie stanowiło to żadnej przeszkody w utrzymaniu się w miejscu. Dziewczyna obróciła się do tyłu.
– Musisz się mnie złapać, bo spadniesz.
Chłopak się wyraźnie speszył, ale po chwili niepewnie zacisnął dłonie na jej ubraniu pod pachami.
– Nie tak, kolego. – Chwyciła jego ramiona i objęła się nimi w pasie. Nieoczekiwane uczucie sprawiło, że momentalnie spociły mu się ręce.
– Raz, dwa, trzy, kryjesz ty – wyrecytował.
– Co takiego?
– Cztery, pięć, kręć się, kręć.
Najwyraźniej zorientowała się co jest nie tak bo jej głos natychmiast stał się cieplejszy, kojący.
– Nie denerwuj się tak, zaraz się przyzwyczaisz. Wszystko będzie dobrze.
– Sześć i zamknij oczy, cześć.
– O, to jest dobry pomysł. Zamknij oczy i mi zaufaj.
Trochę się uspokoił ale teraz zrobiło mu się wstyd. Nie był już przecież małym dzieckiem, a wyliczanki są dla małych dzieci. Dziewczyna nie dała mu jednak długo pozostać sam na sam z własnymi myślami.
– Fajny wierszyk. Musisz mnie go nauczyć. Mi też się przyda.
Wstyd minął jak ręką odjął. Gdy wyruszyli niepokój także zaczął znikać. Radziła sobie z nim bezbłędnie, wiedziała dokładnie, w które struny trafić. Zupełnie jak utalentowany i doświadczony psycholog. Co było bardzo dziwne, wszak nie było już psychologów na świecie, nawet niedoświadczonych. Niestety umknęło to chłopakowi. Może wiedział swoje, ale świat się zmienił dawno temu i nie wiedział wszystkiego. Co to, to nie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania