Nieistnienie - Prolog
Według tych, co jeszcze mają ochotę o tym rozmawiać, czasy końca rozpoczęły się ponoć bardzo tradycyjnie. Jakiś szaleniec u władzy postanowił w końcu wcisnąć swój czerwony guzik i rozpętał piekło.
Właściwie nie było to nic nadzwyczajnego. Świat od dłuższego już czasu był stopniowo przygotowywany na taką ewentualność. Odarty z empatii, wyobraźni, pobłażliwości, jak zwał tak zwał, przed szaleństwem próbował się obronić w jedyny sposób na jaki pozwoliły mu lata medialnej indoktrynacji - własnym obłędem, paranoją i wykalkulowaną agresją.
Mówiąc wprost zewsząd spadły bomby. A kiedy zrobiły swoje z popiołów wyłonił się świat w którym pozmieniało się dosłownie wszystko: ziemia, przyroda, życie. No i nastawienie, choć to już niestety nie było nastawienie na odbudowę, bo odbudowywać nie było po prostu co, ani w sumie komu. Strzępy ludzkości którym udało się przeżyć mogły nastawić się jedynie na przetrwanie. Co też rzecz jasna uczyniły, gdyż jak zabijanie, tak i trwanie jest zwyczajnie częścią pełnej paradoksów ludzkiej natury.
Jedną z konsekwencji czasów końca dało się odczuć jednak nad wyraz wyraźnie. Zapanowała cisza. Może nie spokój, do spokoju było nam ciągle daleko, zapewne już za daleko, ale ciszę dało się odczuć w każdym aspekcie życia. Brak dźwięku pracujących maszyn, brak irytującego bzyczenia linii energetycznych, brak trąbiących aut, tłumów przechodniów. Brak bezustannego szumu informacji. Cisza i ciemnota, błogosławieństwo mozolnego renesansu, przynajmniej dla natury.
Ale to nieważne, bo to było dawno temu. Wiek? Ktoś to ponoć liczy, no liczenie to akurat dobre zajęcie w dzisiejszych czasach. Dobre jak każdy inny morderca czasu, dobre jak umieranie. Prawdziwie ważne wydarzenia natomiast, ważne z perspektywy obecnie żyjących, czy może raczej egzystujących, miały tu miejsce około dwadzieścia lat temu, pewnego letniego popołudnia.
Pewnego letniego popołudnia albowiem, około osiemdziesiąt lat po tym jak pewien szaleniec wcisnął swój tłusty, szkarłatny przycisk z symbolem śmierci i dwie dekady zanim nastąpią opisane w tej historii wydarzenia, z nieba stoczyła się fala niemal gęstego od gorąca powietrza. Nie był to zwyczajny, sierpniowy żar, od którego można było się osłonić zamkniętym oknem i wentylatorem. Dla tego fenomenu nie było granic, fala przenikała przez ściany, sięgnęła każdego miejsca na Ziemi. Na moment ogarnęła sobą wszystko, co żyło. Dotknięta została każda molekuła. Następnie fala zniknęła, jak gdyby nigdy nic wtopiła się w glebę i odeszła.
Nie przepadła jednak całkowicie, jako że zostawiła po sobie pewną przykrą pamiątkę. Wrażenie niczym niezakłóconej nicości, niewymazywalne wspomnienie zimnej pustki w obdarzonych darem świadomości umysłach. Całe, nietrwające dłużej niż sekundę zjednoczenie, dogłębnie przeżyła każda istota. Niektórzy się przerazili, inni zaczęli bezwiednie płakać, kilku może próbowało zrozumieć co właściwie się stało, jednak zdecydowana większość nie czuła absolutnie nic. I to było najstraszniejsze. Jak dziura w człowieczeństwie. Luka w duszy albo w uzębieniu.
Nikt nie miał najmniejszej szansy pojąć co się właściwie wydarzyło, bo niby jak? Na tej pustyni zwanej przez szczodrych kulą ziemską nie było już ani odpowiedniego sprzętu ani przemądrzałych jajogłowych mogących zbadać to zjawisko na tle naukowym. Było może paru filozofów. Więc sobie filozofowali. Niewiele z tego wynikało.
Jednak co do jednego wszyscy mogli się zgodzić. Zjawisko to nie było naturalne. Nie było normalne. Nie pasowało do schematów rządzących znaną rzeczywistością. Niedługo później kolejna rzecz stała się jasna: wrażenie pustki miało pozostać w ludziach już na zawsze. Jak zakryta blizna, o której się nie myśli póki nie ściągnie się ubrania. Jedyny pewnik w świecie zniszczonym wojną atomową: odpychające wspomnienie, którego pozbyć się nie sposób.
Komentarze (6)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania