Niemiec płakał jak sprzedawał
Powszechnie znany slogan reklamowy ma za zadanie przekonać kupującego, że samochód używany, który kupuje, jest w doskonałym stanie technicznym. Kiedyś solidność i prawdomówność niemiecka może i była prawdziwa, lecz teraz należałoby ją umieścić w krainie bajki. Może, dlatego, że już zanikły cechy narodowe charakteryzujące poszczególne nacje. Wszystko zostało gruntownie wymieszane, rozdeptane i przemielone, a co wyszło z tego to nie da się w żaden sposób z sensem wytłumaczyć.
Kraj zmieniliśmy w wielkie złomowisko starych samochodów, których w ubiegłym roku sprowadziliśmy przeszło milion w średnim wieku dwunastu lat. Zapragnąłem pod wpływem żony i ja ugryźć coś dla siebie z tego tortu przeogromnej oferty „nówek nieśmiganych”. Zostałem wbrew sobie zmuszony do zrezygnowania z mojego posiadanego od 1998 roku fiacika Seicento. Troska o bezpieczeństwo przewożonego do żłobka wnuka przyćmiła mi sentyment z posiadania autka od nowości z najmocniejszym silnikiem 1108 cm³, 40 kW (54 KM) o masie własnej 810 kg i kupionym za gotówkę.
Wojnę o wymianę samochodu na bardziej bezpieczny rozpoczęła małżonka wygrzebując z archiwum Internetu test zderzeniowy i chcąc mnie przekonać wydrukowała go, a następnie wymachiwała mi nim przed oczami.
„Seicento spisał się źle zarówno w testach bezpieczeństwa zderzenia czołowego jak i bocznego. W czasie tego ostatniego, brzuch był śmiertelnie zagrożony, stąd skreślona gwiazdka. Bezpieczeństwo 1,5-rocznego pasażera było wystarczające, niestety fotelik 3-latka wypada bardzo słabo. Również ochrona pieszego zawiodła.”
Gwoździem do trumny dla naszego rodzinnego autka był wypadek prezydenckiego pancernego BMW w dniu czwartego marca dwa tysiące szesnastego roku. Limuzyna pędziła autostradą A4 i pękła opona.
- Gdyby tak w naszym samochodzie pękła opon przy tej prędkości to na pewno byłby bardziej zniszczony i z pewnością nie wyszedłbyś o własnych siłach – powiedziała do mnie żona oglądając po raz piętnasty w tym dniu wiadomości na różnych stacjach telewizyjnych.
Niestety nie wiedziałem jak mam kobiecie wytłumaczyć, że nasze autko przy tej prędkości, jaką rozwinęło prezydenckie BMW z pewnością dawno by się rozpadło, zanim jakakolwiek opona miałaby szansę na wystrzelenie. Nawet nie śmiałem wspominać jej o wieku opon w naszym pojeździe z pewnością wiedza o dziesięcioletnich gumach kupionych już używanych z pewnością nie poprawiłaby jej humoru. Dlatego ograniczyłem się do słów.
- Nasze przynajmniej jest ładniejszego koloru, sama musisz przyznać, bordo jest bardziej urocze niż czerń.
Prawie rok udało mi się odwlec wymianę pojazdu, aż do dnia siedemnastego stycznia dwa tysiące siedemnastego roku, kiedy to w Lubiczu niedaleko Torunia na drodze krajowej nr 10 zderzyło się osiem samochodów w tym dwa BMW. W jednym jechał minister obrony narodowej, któremu nic się nie stało i pojechał do stolicy innym autkiem.
- Więcej nie chcę słuchać wymówek, masz kupić taki samochód, jakimi jeżdżą ci z rządu. Inaczej nie wsiądę więcej do tego grata – awanturowała się żona oglądając informacje telewizyjne.
Łatwo jest powiedzieć, kup, niestety trzeba liczyć siły na zamiary, a w moim przypadku chodziło o pieniądze. Najmniejszej szansy nie miałem, ponieważ zdolności kredytowych po ostatniej akcji „na wnuka”nie posiadałem, a o czymś takim jak gotówka dawno zapomniałem. Jedynie pozostała mi możliwość sprzedaży mojego pięknego bordowego Seicento i poprzez dołożenie niewielkiej kwoty zakup używanego sprowadzonego z zagranicy BMW. Chcąc zadowolić małżonkę, pojazd musi wyglądać podobnie jak limuzyny rządowe. Problemów ze sprzedażą mojego auta nie miałem, ponieważ mogłem dostać za niego plus pięćset od handlarza, lub innego nabywcy na więcej nie miałem, co liczyć.
Byłem przymuszony do działania dziesiątego lutego, więc poszedłem do garażu po samochód. Kiedy otwarłem bramę garażową w środku zobaczyłem moje cacko. Przejechałem nim przez wszystkie te lata zaledwie sześćdziesiąt tysięcy kilometrów, co na samochód tej klasy to niewiele. Jak zwykle zapalił za pierwszym razem i pomyśleć ani razu nie zawiódł mnie w czasie podróży, zawsze powracałem bez przygód do domu. Podobnie chciałem w jego następcy odnaleźć bezawaryjność i niezawodność, choć w to wątpiłem. Raczej rzadko po samochodach wyeksploatowanych przez innych właścicieli można spodziewać się czegoś dobrego. Jeszcze popatrzyłem na mój mały garaż, który budowałem dla Fiata 126p, a Seicento długi na 3, 337 metra pozostawiał luzu zaledwie dwadzieścia centymetrów. Znacznie większe auto, które miałem zamiar właśnie nabyć będzie musiało być garażowane pod chmurką.
Późnym popołudniem dojechałem do umówionego handlarza. Zgodnie z zapewnieniem przed jego biurem czekało na mnie czarne BMW, które wcześniej oglądała żona. Za przednią szybą dostrzegłem wywieszkę z ceną 3800 złotych, marka BMW, seria 3, wersja E36, typ sedan/limuzyna, kolor czarny metalik, kraj pochodzenia Niemcy, rok produkcji 1996, przebieg 190 000 km, pojemność 179 600 cm3. Widocznie piszący w własnych oczach chciał być dalej uczciwy i przesunął dwa zera z przebiegu do pojemności. Rodzaj paliwa benzyna, moc 115 KM, skrzynia biegów manualna, OC do opłacenia, napęd na tylne koła. Dalej sprzedający informował o tym, co najbardziej spodobało się żonie wyposażenie CD, poduszka powietrzna kierowcy i pasażera, elektryczne szyby przednie, elektryczne lusterka, wspomaganie kierownicy, gniazdo USB.
Samochód był zaledwie dwa lata starszy od mojego i znacznie lepiej wyposażony. Prawie zgodziłem się na pozostawienie u niego mojego samochodu w rozliczeniu. Jeszcze usłyszałem zapewnienie o doskonałym stanie technicznym i że „Niemiec płakał jak sprzedawał te auto”. Pokrzepiony tą informacją przystąpiliśmy do uzgadniania w jego biurze sposobu dopłaty do BMW, gdy w radiu usłyszałem wiadomość o kolizji opancerzonego rządowego BMW z Fiatem Seicento. Pierwsze, co przyszło mi na myśl to, że lekkie auto w starciu z trzytonowym pojazdem zostało sprasowane. Jednak dalsza część informacji zaskoczyła mnie zupełnie. Okazało się, że dwudziestojednoletni kierowca nie zachował ostrożności i uderzył w limuzynę rządową. W wyniku kolizji ciężki samochód został rzucony na drzewo. Pomimo teoretycznych doskonałych zabezpieczeń kilka osób zostało rannych, przy prędkości pięćdziesiąt kilometrów na godzinę.
Natychmiast pomyślałem sobie, zwycięskiego konia się nie wymienia i odstąpiłem od zakupu. Jestem przekonany o słuszności decyzji, ponieważ zdjęcia z wypadku wyraźnie pokazują jak niewielkie szkody karoserii doznało bordowe Seicento. Dodatkowy bonus to taki, że przynajmniej z mojego powodu Niemiec nie będzie płakał.
Komentarze (1)
Jedna uwaga. Piszesz: "fiacika Seicento", "a Seicento", "z Fiatem Seicento", "bordowe Seicento". Wydaje mi się, że wszędzie powinno być "seicento" z małej litery.
W rewanżu zapraszam Cię do przeczytania mojego opowiadanka pt: "Czyste auto". Ono jest na tym forum.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania