Anioły, noże i demony

Byłem na niemieckim projekcie w magazynie z ciuchami. Metalowe regały, przeciągi, chłód i monotonia. Skaleczyłem się w palec — niby nic, ale krew poleciała porządnie. Das Messer — nie lubię.

Zaprowadzili mnie do faceta od pierwszej pomocy. Chyba Syryjczyk. Chudy, uśmiechnięty, z twarzą kogoś, komu nie powierza się ostrych narzędzi ani cudzej skóry. Nigdy wcześniej ani później go nie widziałem.

Wziął nóż.

Uśmiechnął się.

Ja nie.

Usiadłem.

Przemywał ranę i cały czas się śmiał. Nie ze mnie — tak po prostu. Wesoły. Niepokojąco wesoły.

Żartował.

Mrugał.

Coś nucił pod nosem.

Im bardziej próbował rozładować ciszę, tym bardziej czułem napięcie. Patrzyłem na jego ręce.

Ciemne.

Spokojne — zbyt spokojne.

Przeszło mi przez myśl, że mógłby mnie skrzywdzić. Zaraz poczułem wstyd. Opatrywał przecież delikatnie, staranniej niż niejeden swój.

Założył bandaż i klepnął mnie lekko w ramię.

— Polski? Fertig.

W tym momencie światło w hali na sekundę przygasło, choć nikt nie dotykał instalacji. Kiedy wróciło, miałem dziwne wrażenie, że za jego plecami zobaczyłem coś więcej niż cień. Sam nie wiem, co to było.

Po wszystkim odetchnąłem.

Rana zagoiła się szybciej niż się spodziewałem. Ale czasem – teraz to wiem – wydaje się, że pod skórą coś zostaje. Napięcie, które nie chce minąć.

Nie kaleczyłem się od tamtej pory. Pracowałem jak co dzień w tej ponurej hali. Patrzyłem uważniej niż wcześniej: na ręce, na noże i na maszyny.

A on — uśmiechnięty człowiek, którego już nigdy więcej nie zobaczyłem — został w pamięci. Każdemu życzę takiego... Stróża.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania