Niepamięć
Wchodzę do pomieszczenia przez białe podwójne drzwi. Jest puste, duszne. Wciągam powietrze, ocieram dłonią kropelkę potu, rozpinam koszulę o jeden guzik. Siadam na kanapie ze sztucznej skóry w brunatno-rdzawym kolorze.
Trochę jak zaciek w starym sedesie – myślę i rozglądam się. Jestem tu sam.
Pociągam łyk kawy z jednorazowego kubka. Szyba w jedynym oknie jest matowa i tłumi światło. Ktoś zapalił lampę – staromodny kinkiet o żółtej, ciepłej, barwie. Rzucam okiem na linoleum w kolorze wyblakłej zieleni.
Widać, gdzie wydeptano ścieżkę – myślę patrząc na smugę wytartą pośrodku.
Skrzypnęły drzwi. W korytarzu pojawia się kobieta w kremowej tunice. Przechodzi tą ścieżką uśmiechając się lekko na mój widok. Mijając krzyżuje ręce na piersiach. Odprowadzam wzrokiem jej ogoloną głowę z purpurowym tatuażem zakonnym na potylicy.
Przymykam oczy. Na twarzy czuję lekki podmuch. To wentylator w rogu, leniwie poruszający powietrze o zapachu, którego nie daje się pomylić z żadnym innym.
Zapach starości. Ten sam, który wypełnia takie miejsca – domy opieki, hospicja, oddziały geriatryczne. Słabszy w drogich ośrodkach, mocniejszy w tanich – jednak zawsze obecny. Kto ma tak zwanego nosa, wyłapie go natychmiast.
Mam nos.
Wciągam powietrze głęboko. Jest się czym nasycać. Podmuch przyniósł nowe nuty: kał z przepełnionej pieluchy, mocz wsiąknięty w pościel, środki dezynfekujące, gotowany obiad.
Rosół. Tak, dziś będzie rosół.
Ktoś siada obok. Otwieram oczy.
– Dzień dobry – mówi kobieta.
– Dzień dobry – odpowiadam odwracając na moment głowę.
Zakłada nogę na nogę. Milczy. Ja również. Po chwili czuję się nieswojo i zerkam na nią kątem oka.
W średnim wieku. Średnia szybko się przesuwa – myślę i mimowolnie uśmiecham się sam do siebie.
Dobre buty. Ważne są dobre buty. A jeszcze bardziej to, co zwykle znajduje się wewnątrz.
Ciekawe, jakie ma stopy. Zadbane? A może przeciwnie.
Od rozwodu robię się mniej wybredny.
Tym razem krzywię się sam do siebie.
Wystarczy. Nie pajacuj. Bądź…
– Długo pan czeka? – przerywa mój wewnętrzny monolog.
– Wystarczająco, żeby zacząć marzyć o kolejnej kawie – odpowiadam. Ściskam pusty kubek i wyrzucam go do kosza obok kanapy.
– Za jakiś kwadrans pewnie otworzą – mówi ona zerkając na mnie.
Kiwam głową.
– Odwiedzam ojca. Jest tu od ponad roku – zagaduję tym razem ja.
– Moja matka dopiero od tygodnia – odpowiada. – Wciąż nie mogę się z tym pogodzić.
Przekłada nogę na nogę. I raz jeszcze. Nerwowo.
– Była profesorką fizyki. Całe życie na uczelni. Kochała to. A teraz… – urwała. Pan jak to znosi?
– Ojciec mnie nie poznaje – odpowiadam patrząc przed siebie. – Na początku jest najgorzej.
Waham się przez moment milcząc, ale mówię.
– To zabrzmi brutalnie. To trochę jak śmierć. Kto umrze już nic nie czuje. Ból jest z tymi, którzy zostają.
Nie odpowiada.
– I co to za los… – kontynuuje nieznajoma. – Matka całe lata wykładała. Grawitoczasoprzestrzeń…loty nad Horyzont… sale pełne studentów. Mówili, że tłumaczyła banalnie prosto rzeczy, których nikt nie rozumiał.
Głos zadrżał. Przerywa. Odwraca głowę na moment. Sięga po chusteczkę.
– A teraz patrzy na kwiaty i się uśmiecha. Nie pamięta nawet jutra. Nie wie, kiedy umrze. Jak można tak żyć? – mówi kobieta.
Nie odpowiadam. Może to szczęściara – myślę. Ja też tu kiedyś trafię. To akurat jeszcze pamiętam, potem już nic. Gorsze będą chyba te wcześniejsze lata szarej codzienności.
Czuję silniej znajomy szczypiący sygnał w podbrzuszu. Kawa zrobiła swoje.
– Przepraszam. Gdyby otworzyli, proszę powiedzieć, że zaraz wrócę.
– Oczywiście – przytakuje.
Wstaję i ruszam w stronę drzwi z tabliczką WC.
Gdy wrócę, jej już nie będzie – przypominam sobie. Spotkam ją jeszcze tylko raz. To będzie za miesiąc, może dwa. Potem powiedzą, że zabrała matkę.
W toalecie wciągam zapach moczu i chloru. Matowe okno jest niedomknięte i przeciąg z otwartych drzwi otwiera je na oścież. Podchodzę, chwytam za klamkę zaczynając zamykać.
Patrzę na zewnątrz.
Jasne słońce wisi już wysoko na wschodzie. Po północno-zachodniej stronie chłonie Czarne. Na niemal bezchmurnym niebie soczewkowanie jest dziś bardzo wyraźne. Błękit przechodzi w czerń. Duchy gwiazd i jasne łuki światła wyginają się wokół idealnej krawędzi dysku. Patrzę. Wciąż czuję ruch powietrza i narastający sygnał, że już czas do pisuaru.
I wtedy to się dzieje. W jednej chwili widzę pełną wersję.
Plaża. Nasze stopy w piasku. Dotykają się lekko.
– Dobrze, że zoperowałam haluksy – mówi ona. Śmiejemy się.
Góry. Drewniana chata, koc, muzyka z gramofonu. Miziamy się jak nastolatki.
Wesele mojej córki. Walc. Ona patrzy.
Deszcz. Noc, biegniemy ulicą. Złamany obcas. Kobieta klnie jak szewc.
Krzyczymy na siebie. Trzaska drzwiami. Potem seks.
Zmieniam pracę, ona rzuca swoją. Jest szampan, wilgotna butelka wyślizguje się z rąk i rozbija na podłodze.
Setki obrazów. Jeden po drugim. Klatka po klatce, jednosekundowy film.
Odwracam się i wybiegam. Serce wali jak oszalałe.
Nieznajoma jest już w drzwiach. Odwraca głowę.
Patrzy na mnie pytająco. Łapię powietrze.
– Już panią pamiętam.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania