Poprzednie częściNiesforzyca cz. I.

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Niesforzyca cz. II.

II. Ofiary dekanonizacji

 

Impreza przenosi się do "nadświnia", krótko po trupiej gadce Johna, z sufitu wysuwa się schodoplatforma. Krezusostwo, prawiąc sobie kurtuazjanki ("nie, to pan pierwszy", "ależ nalegam - pani przodem") wznosi się gdzie, jak myślą, ich miejsce. W niebiosa, czytaj: do oszklonego pokoju-gabloty.

Rozsiadają się tam pewnie w pluszowych fotelach, pertraktują na temat dostaw cybernetycznych kabanów.

Karolinę dopadają dragiczne-tragiczne w skutkach mdłości, nie dolatuje do łazienki i haftuje w doniczkę, do stojącej na korytarzu karłowatej palemki.

Ceremonia trwa teraz w sferach niebieskich, my - personel naziemny, ministrantki marketingu, zostałyśmy tu, by pilnować policyckowej koleżanki, wartgo setki tysięcy funtów szterlingów, sapiącego trupa. Z konieczności robimy za ochroniary, lejdi Dżołanna nie pomyślała, by przysłać jakiegoś faceta do pomocy, nawet ostatnią biuro-ciurę - Tomka, czy Grześka.

Jeśli coś by się stało, na przykład wpadliby tu złodzieje, czy islamscy fundamentaliści, ukradli, albo oblali benzyną, czy wysadzili w powietrze drogocenną padlinę - głowę daję, że po ciągnęłaby nas do odpowiedzialności, zwłaszcza finansowej, neokierowniczka. Muszałybyśmy zapożyczyć się po uszy, pobrać kresyty na trzydziesci lat, by spłacić każdy zakręcony kabelek, zakręcony ogon, ryj (bo są dwa, to locha-mutant), każdą metalową racicę. I nie byłoby zmiłuj, że nie nasza wina - dostałyśmy pod opiekę zwłoki i mamy pilnować, by nie uciekły.

- Zagrzebałam w ziemi, haft... - Karolina wyciera usta chusteczką.

- Czegoś się...? Znowu - herdewin?

- A jak! Co ty myślisz - najllepsze opowiadanie z całego zbioru, kolorofon, co zawsze świeci. Włas-nym-świat-łem! - skanduje po cichu.

Rozmowa nam się nie klei, rozpoetyzowana gwiazda rocka mówi sloganami, zebrało jej się na bycie aforystką. Nie nadążam, średnio nawet próbuję łapać w locie śmigające komety jej światłych myśli. Albo wyławiać choć ciutkę sensu z wiadra pełnego bełkotu (o - też potrafię metaforzyć metajęzykiem!).

Dwadzieścia - może trochę więcej - minut później z wyżyn schodzi rozchichotane prezesostwo. Zabawiła ich, szanowna pani Joanna, weszła każdemu i każdej per rectum, wypłukała śliną okrężnicę. Włazidupstwo skutkuje zawariciem prawie-milionowych kontraktów. Łaszenie się, marketing analny popłaca.

Ding-donguję ślepą, przypadkową melodię, Karola znowu rozpęka się (sic!) w uśmiechu. Niby taka wielka, poważna firma, a wszystko odbywa się na wariackich papierach, jest dziełem przypadku. Polski oddział - po śmierci Herszewskiej - w rozsypce, kilkudziesięciu pracowników niemal pozostawionych samym sobie, chodzących samopas, Aśka próbująca pospinać to wszystko do kupy, podpierająca stemplami walący się strop.

Salę konferencyjną zalało, powódź pięćdziesięciolecia normalnie - i trzeba wynajmować boks, jak handlarz bazarowy... dobrze, że opłaciła "górę" w ostatniej chwili, podobno już się miały zapisać jakieś łachudry na pokaz garnków, cuda czyniącej po scieli wełnianej, wyciągających reumatyzm, zasuszających guzy nowotworowe płytek magnetycznych, czy innego ustrojstwa kosztującego w hurcie dwa trzydzieści plus VAT, wciskanego potem ciemniakom z kilkusetkrotną przebitką, za grube tysiące złotych.

Odkąd Acha sprawuje tymczasowe rządy - pełna prowizorka, są daw uda - aalbo sie uda, albo się nie uda; mamy zacisnąć zęby i modlić się w duchu (niewierzących teczy ta nie tyle prośba, ile polecenie służbowe), aby wypadło pierwsze, tłuste udo, udziec elektrycznego barana (centrala ciągle nie podała daty oficjalnej prezentacji, na razie w sprzedaży są tylko transanimalne świnie).

Jakoś to będzie, tu się podklei, tam załata styropianem, albo wełną mineralną, wepchnie śmieci do dziur, zaklajstruje pianką montażową - i nie będzie widać' na zewnątrz - wszystko ma być zdrowiuśkie, funkiel nówka; trzeba zachowywać pozry, oglądałyście "Co ludzie powiedzą?". No, to teraz każdy i każda jest jak główna bohaterka, zamienia się w Hiacyntę Bucket. Bouquet.

Klient nie może się poznać, że coś było spawane, kręcone, że lakier odłazi i przeziera szpachla.

Może i bym współczuła, a przede wszystkim - życzyła jej i oddziałowi jak najlepiej, ale jakoś nie mogę się przemóc. Nagła zmiana charakteru Aśki, odnoszenie się może nie aż chłodno, ale z wyraźną rezerwą do byłych kumpel, niejako połknięcie korony, herbu, certyfikatu potwierdzającego szlacheckie korzenie - i rzyganie tym na każdym kroku... żenada, Himalaje małości. Kundlowatość.

Suczeczka ubiera się w Reserved.

Dobra, od zawsze było wiadomo, że to córa kierowniczki i zaraz pójdzie wyżej i będzie nami zarządzać, dyrygować; nie można się spoufalić z kimś, kto za góra rok może rozstawiać cię po kątach, opieprzać za byle co, albo i wylać za bezdurno, ale... jakos to się stało za szybko, ten jej chwilowy nekro-awans.

Zazdroszczę? Ani trochę. Spokój, wolność od problemów są wartościami samymi w sobie, ich się nie kupi w ekskluzywnym szmateksie, czy na przecenie w sieciówce.

Posiedzieć w kątku, postać i ppobębnić, po czym wrócić do domu, nieobciążona zmartwieniami... jakie to piękne. Korpo-hipsterstwo! Szukanie wyłomu dla duszy w zimnej i nieprzytulnej przestrzeni biura, w wynajętym boksie. Nie przemęczanie się, bo życie ma się tylko jedno; lepiej poświęcić je na nałogi, jak Kara, na realizowanie pasji, aj... ktoś tam, na przykład Bear Grylls. Cholera - nie znam w realu nikogo, kto w pełni oddałby się hobby, dał bez reszty pochłonąć szmerglowi, wspinał się na dziewięciotysięczniki (!), zwiedzał głębiny oceaniczne, czy zawalił pół domu kolekcjonowanym badziewiem typu peerelowskie pluszaki, otwieracze do konserw XIX wieku, albo maszyny do szycia.

Ludzie w moim otoczeniu są pragmatyczni, niektórzy wręcz wyrachowani, w głowach by się im nie pomieściło dajmy na to spontaniczne i bezcelowe kuienie jakiegoś bzdetu na bazarze, przywiezienie z wakacji byle ozdoby, zbędnej i tandetnej, wydanie choćby eurocenta na pocieszny chłam na zasadzie "ot, tak, bo mi się spodobało". Szkoci ze staryznych dowcipów, cyniczni centusie-lansiarze, wyznawcy kultu(ry) swag...

Kurwa - ględzę jak stara baba. Sama nie jestem lepsza, a zdarza mi się moralizatorstwo... w myślach, oczywiście.

Wykonuję lumpenpracę na bylestanowisku, płacą mi grosze, tyciuchne moniaki, a ja, jak ta durna cieszę się, że nie mamza wielu obowiązków. Degrengolada, upadek zasad, totalny zanik ambicji. Zwinięcie się w kulkę, stanie umysłowym pierwotniakiem, ameba bezintelektualną, żywym bo żywym dzwonidłem, świnią, która po śmierci mózgowej potrafi tylko dudnić, barabanić w cymbały i przewracać oczami.

Zgubiłam się na rozstajach dróg, straciłam orientację. Niewiele potrzebuję. Zbyt mało, by być uznana za normalną. Rekluza żyjąca w wewnętrznej celi, eremitka spoglądająca na mmiasto ze szczytu góry, na której wybudowała lichą szałasiurę, abnegatka bez planów, marzeń, wiodąca nieskomplikowane życie małej dziewczynki, lalki kręcącej się w kółko na starej pozytywce. Dookoła, dookoła, taniec bez sensu. Ding, ding, brzdęęęk! - tworzę przypadkową muzykę. Nie przejawiam jakichś szczególnych talentów poza jednym: kryganctwem, niepakowaniem się w kłopoty, unikaniem wszelkiej odpowiedzialności, wycofywania się z życia, tyłem na czworaka.

Agnieszka pełzakowata, której najwygodniej w niewidzialnej skorupie. Aga, która wolałaby tortury, niż wzięcie durnego telewizora na raty; o podpisaniu umowy kredytowej, czy - o zgrozo - założeniu własnej działalności nie mówiąc!

Agniecha - mentalna siostra "Człowieka w futerale" Czechowa. Nieotwieralna, zamknięta w samej sobie, bez pasji, cienia idei, o niesprecyzowanych i raczej płynnych poglądach politycznych, wierząca wszystkim i we wszystko naiwniaczka bez religii, pariaska marketingu.

Mam żałosny charakter i wiem to - pochmurnieję wsiadając do auta. W łepetynie - lasy z przepalonymi bezpiecznikami, dudniące ostępy nie zamieszkiwane przez jakąkolwiek żywą istotę. Pełno tam tylko prezesisk, buców, fanfaronisk.

Znów łapię doła, zaczynam się biczować. Pejczyki tną skórę, narządy wewnętrzne. Obieram się do kości, obdzieram z mięsa. Siedzi teraz taki smętny szkielet za kierownicą, słucha radia i próbuje się poskładać.

Nowy rzęch znów robi wstręty, rozrusznik-nie rozrusznik nie chce rozruszać trzymiesięcznych moto-zwłok.

Idydydydydy, idydydydy.... - i tak można w nieskończoność, dokręcać, dodydać się, popaść w depresję i z bezsilności powiesić na wyprutych z truposza kablach, bo nawet nie ma jak sie zagazować, skoro nie daje się odpalić, niewdzięczne chamidło; ja tu się wykosztowuję, za mikropensyjeczkę kupuję dziada, a ten odmawia współpracy. Wyjątkowo nieużyty gnom, domowy puil, który cię nienawidzi; ty mu taszczysz whiskasy, pedigree-pale, karmy mięsne, suche, mokre, a on, choćby wykazywać obojętność, jak typowy kot, gryzie cię i drapie, czai sie po kątach, by wyskoczyć, zedrzeć pazurzyskami skórę z łydek i pięt, odgryźć palce u stóp, albo i całe nogi, odchapać głowę przy samym dupalu.

Puszysta kuleczka, słodkie zwierzątko kryjące w sobie bestię. Zakamuflowany drapieżnik.

Wydajesz, człowieku, pieniądze i nie masz pożytku ze szklano-lastikowej budy na prąd, która postanowiła się zegzić, postroić fochy.

W radiu - trzeci tydzień - dziennikarze i zaproszeni goście, kompletnie niezwiązani z tematem, bo i co na temat zawiłości prawa kanonicznego może wiedzieć ledwie umiejący się wysłowić, emerytowany bokser, ględzą o niedawnym wychrzanieniu na zbitą mordziakę z grona świętych niejakiego prałata Janiszyna, jak się okazuje - pedofila, wielokrotnego gwałciciela dzieci, tajnego współpracownika SB, narkomana i fetyszysty majtkowego. Lubiło sobie przyćpać, bydlę, podczas orgietek z nastolatkami, possać ministranckie...

- No, wreszcie - zaskoczył. Jedzie.

Kłótnia w studiu, pięściarz-dewota niemal wrzesczy, że skandal, domaga się pociągnięcia do odpowiedzialności barbarzyńców, pomnikobójców, którzy - i to w dodatku jawnie, nie pod osłoną nocy! - śmieli obalić statuę duchownego, kapelana związków zawodowych, orędownika pokoju, rycerza walczącego z Komuną. I że powinni ze łzami w oczach przyklejać siatkobetonową głowę, co z pomnika odpadła była na chodnik.

"Ofiary" w większości przypadków - oczywiście kłamią, są tak biegłe w mamieniu nastoletnimi głosikami doroślejszych od siebie, bardziej ufnych, wręcz łatwowiernych, w mundurach, kitlach i togach. Jeszcze młodsi? To dopiero gagatki, co ja mówię - zwyrole; charaktery nie jak z poprawczaka, ale więziennej "enki", tak - celi dla szczególnie niebezpiecznych przestępców!

...albo rodzice ponapuszczali, pięćset plus im mało, to dawaj - lżyć kapłana, pomawiać krystalicznie czystą osobę, santo subito! O ma-mo-nę chodzi, nic więcej! Sprawiedliwość? Jak ucałują odbudowany pomnik, na kolanach przyznają, że szkalowały! Jak Ojciec Święty zrozumie, że podjął pochopną decyzję i przywróci status świętości, której de facto nie stracił Janyszyn, zasiada po prawisy Stwórcy w niebiesiech, ale nie godzi się by tu, pośród ludu wiernego, dla którego życie poświęcił, choć jedna osoba miała wątpliwości co do jego heroiczności cnót... On nam odnowił ołtarz barokowy, co prawda nie własnoręcznie i za zebrane pieniądze, ale też się liczy, pokornie i skrupulatnie, grosik do grosiczka, chomikował ofiary, a teraz słyszy się te okropności wyssane z palca, rzekomo molestowani - dziś brytany w średnim wieku plotą bzdury, bezeceństwa głoszą, monument obalili... Procesje, zbiorowe modlitwy o oczyszczenie zszarganej pamięci Jego Ekscelencji - to mało! Tu trzeba rekanonizacji. I kary, kary jak najsurowszej dla rzekomych...

Jadę przez podobnie obalone miasto. Domy wywaliły się na pysk i tak się dźwigają od ostatniej wojny, co który wstanie, zaraz inne mówię: "Leż, Stasiu, co będziesz łaził, jeszcze się gdzie potłuczesz... Czy tu ci źle...?"

Film lalkowy, gdzie wszystkie role grają szmaciane budynki: od bloków, przez galerie handlowe, po garaże "blaszaki".

Jedno wielkie zwinięcie się; nie w pięść, ale w figę z kiwającym się obleśnie kciukiem. Połatanie, cera na cerze, ubytki tynku zaklejone billboardami; dziury w głowach przechodniów zakryte płachtami reklamowymi. "Jedz świeżo", "Zawsze czysto, zawsze sucho, zawsze pewnie" - głoszą hasła, pod którymi zieje pustka, lochy, korytarze wygniłe w czaszkach pacynek.

Ludzie z gałganów nadziani na lisie i wilcze łapy, sterowani od wewnątrz przez zwierzęta.

W moich zdepreszałych oczach odbija się scenografia "Czarnoksiężnika z Oz". Czuję się jak tekturowy drwal, jakbym była przebrana w tandetny kostium; ja z lejkiem na głowie, z twarzą wypacykowaną na srebrno. Poszukująca serca, które zgubiłam w warszawskim metrze, choć nigdy nim nie jechałam. Ja bez pompy ssąco-tłoczącej, śmiecia, jakiego nie przyjmie żadne biuro rzeczy znalezionych. Bezpaństwowa i karlejąca, coraz mniejsza, leniwa i zgnuśniała. Ja - absurdalny, szkalny bandaż, butelka do połowy wypełniona roztworem z kocich oczu, magiczną miksturą chroniącą przed urokiem, złym spojrzeniem sąsiadek-zawistnic, ślepkami wydłubanymi biednym kiciusiom przez maga, okrutnego szarlatana, który był jedynie mocny w gębie, a tak naprawdę gówno umiał, jak przyszło co do czego - to ani chmury gradowej nie odegnał, klątwy zdjąć z dziecka nie potrafił, ani deszczu nie sprowadził.

Patrzę przez półprzezroczystą, zatłuszczoną gazetę, "obrus" robotników budujących kolejne krematorium w okolicy. Widze przez lepkie od pasztetowej i masła, litery. Składam je w tytuły artykułów; świat, który odbieram jest przesycony nagłówkami z lokalnej prasy. Nowiny sprzed półtora roku, albo i starsze. Dawność, że tak powiem, ale parszywa i nieprzyjemna, kurz, mech, pajęczyny, a nie oldschool, znoszone gumiaki, a nie szkalne pantofelki Kopciuszka; jeśli legenda sprzed wieków - to o dwóch zmarłych z przepicia krasnalach malowniczo rozkładających się pod grzybkiem; przykry, niedomyty kicz. Artystyczne zdjęcie w sepii, sprzed I Wojny Światowej przedstawiające babsztyla w długo niezmienianych reformach.

Czuję się wiecznie przepita, dręczy mnie suchy kacyk, z żołądka ciągną kwaśne smugi, zalatuje fetor zjełczałego plastiku. Własny samochód uparł się, by człowieka nienawidzić, uprzykrzać mu życie.

Bezcelowość, bezproduktywność (jeszcze kilka "bezów", jakie cechują Pannę-nikt, człekokształtny lampion z bibuły na chwilę przed spaleniem; tak - uważam się albo za przeróżnista paskudztwa, albo rzeczy przeznaczone na stracenie, ilekroś myślę o sobie - jestem innym przedmiotem, najczęściej - pożeranym przez głodną śmieciarkę), choć to pożałowania godne, jak najfatalniejsze uczucia i tak uważam za lepsze od ślepego idealizmu, podążania za modą, za bycie w zgodzie z tłumem, upodabnianie się do większości, albo krzewienie jakichś, choćby durnych haseł, idei, powtarzanie myśli ojca-założyciela partii, ruchu. Za bycie harcerką, skautką, członkinią kółka różańcowego, Ligi Obrony Ogródków Działkowych, stowarzyszenia Al-anon. Za bycie członkinią.

Mnę się w kulkę, leżę w piwnicy, tuż przy piecu c.o. i czekam, aż ktoś rozpali mną, podpali kilka cuchnących kiełbasą i farbą drukarską, stron. Czekam z utęsknieniem na księcia z bajki, który przyjedzie białą skodą fabią i ofiaruje mi puzderko pełne śmierci. Nie leków, czy innych trucizn, bilecisk na tamten świat, ale śmierć-naszyjnik, albo parę tombakowych kolczyków.

Założyłabym je bez wahania i do końca życia nosiła z dumą, na zasadzie "patrzcie, jaki prezent dostałam - i to z miłości; tak po prostu - dał i odjechał, nie chciał niczego w zamian, anwet, żebym mu zrobiła loda; zresztą - to nie przystoi królewnie, nawet zamienionej w hostessę; mnie bezinteresownie onbsypują prezentami, a wasze chłopy wsiąkają w barowe stołki, gniją nad kolejnym piwskiem".

Patrzy mi się na de-miasto, nie odbieram go w czarnych, czy szarych barwach; wręcz przeciwnie: jest kolorowe, choć nieco podpłowiałe.

Brodaty łysol z kucykiem, świeżo wypuszczony z więzienia kataryniarz kręci korbką. "Tarerererererere" - charczą niemelodyjnie sprężyny, małpka wypchana watoliną klaszcze, dzwonią trzymane w łapkach mosiężne talerzyki.

Ograniczam się w każdym niemal aspekcie żecia, nie w głowie mi podróżowanie, zresztą - za co?

Mało czytam, nie kupuję zbędnych rzeczy. Robię wszystko, by wieść proste, prostackie życie bez zmartwień i potrzeb, kulę się przy kominku. Raz na jakiś czas podrzucę do niego starą bluzkę, czy pusty kartonik po mleku. Nawet śmieci nie segreguję. Ważne, by było ciepło i bezpiecznie, niech inni się martwią i głowią, chodzą do szkół i na wojny, spłacają pożyczki zaciągnięte w parabankach na zakup lepszego samochodu...

Właśnie - samochód. Ten skurwysyn tak mnie podjałowił, przez nowego repa, użeranie się z ASO wpadłam w jeszcze większy dół, zaczęłam bać się kupować cokolwiek poza najtańszym jedzeniem.

Po co? I tak się zepsuje, teraz samą tandetę robią, nic godnego; zapłać, jak za pełnowartościowy towar, a dostaniesz barachło, pójdź z reklamacją, to jeszcze każdy się zdziwi, że się dziwisz, że nie przyjmujesz za pewnik, że nic nie jest już dobrej jakości, nawet, jeśli kosztuje przyzwoite pieniądze, że śmiesz wymagać, w powodzi chińszczyzny, zalewie produktów bez marek księżniczka oczekuje, że jej się nie spali, nie rozklei, nie połamie, będzie działać dłużej, niż tydzień od zakupu; że jaśniepani ma fumy, chcec się buntować przeciw planned obsolence, wydaje jej się, grafini z Pcimia Dolnego, ze ma jako klientka swoje prawa; no dobrze, ma jedno, niezbywalne - prawo do wymiany jednej tandety na drugą, i niech się modli, by następna nie okazała się gorsza; jakość - też wymyśliła! Jest dwudziesty pierwszy wiek i nic nie ma prawa być solidne, dębowe i na lata, trzeba wymieniać, jak najczęściej; skąd w ogóle się urwałaś, znasz słowo konsumpcjonizm? Musisz jeść foliówki, zagryzać jednorazowymi samochodami. Traw i uśmiechaj się, choć to cię trawi...

Stacja benzynowa, oświetlona jak choinka. Była wyprzedaż w castoramie w dziale neonów i prywaciarz jakimś cudem nie wchłonięty przez koncerny, nie pożarty przez shelle i inne BP, oblepił się po uszy.

Mrug-mrug - zachęca machający rączką, błyszczący ludek w roboczym kostiumie; mechanik, młody Gary Glitter w jednym. Zamyka oczko, wywala jęzorek, zboczusio. Antyreklama.

Kupuję jedną z najtańszych flaszkownic. Podładowałaby chinola, ale to stacja, jak sama nazwa wskazuje - benzynowa, prądu nie sprzedają, butelek lejdejskich - brak.

- ...powinni ustawić z powrotem, ale z rogami - prawie zapluwa się dziadunio stojący za mną w kolejce. Odwracam się, przytakuje. Pomnik ofiar pedofilii, na wszystko, co nie trzeba - pieniążki się w budżecie znajdują, migusiem - tylko nie na to.

Gadka-szmatka ze starym antyklerykałem, co to pewnie za młodu rozpędzał pałką demonstrantów, eks-milicjantem obywatelskim, byłym partyjniakiem (wiecie co? lepszy taki betonogłowy antydewota, niż świętobliwy ćpun-gwałciciel, który właśnie zleciał z cokołu i bardzo się potłukł).

- ...ilu to się do niego modliło...

- I nadal modli. Wierzą w niewinność zwyrodnialca...

- Wykopać i poddać kremacji. Sąd trupi? Raczej sprawiedliwość, to nic, że poniewczasie. Rozsypać w nieznanym miejscu, żeby nawet grobu nie miał.

Wychodzimy kontynuując pogaduchy. Staruszek, mimi, że fanatycznie nienawidzący kleru, okazuje się być obrońcą "prawdziwej wiary". Towarzysząca mu żona potakuje; oni - ostatni bastion Kościoła, reszta - zaprzańcy, co to w Magdalence dogadali sie z Solidaruchami, uwłaszczenie nomenklatury się jednak odbyło, trójpodział władzy po polsku: na tych co kradli, kradną i będą kraść...

Głowa, choć nie gruchnęła z piedestału na chodnik, zaczyna mnie boleć. Skończcie już, palanty, zgredy, politykierzy domowej roboty. Politolodzy wyrośli w wekach pod schodami, wyznawcy, nieodrodne dzieci prawdziwej, szczerej głupoty, gorliwi fanatycy bujd. Bzdurosławcy.

Żegnam się z wymuszonym bezuśmiechem, choć mam ochotę rozrechotać im się prosto w twarze. Śmiech - jak igła adaptera wchodząca w zmarszczki. Odczytywanie zapisanych tam treści. Kasowanie ich. Drwina powodująca, iż jej ofiary tracą bzdetne poglądy. Kwas, który oczyszcza, do kości.

...zerwać spisany na zatłuszczonym papierze śniadaniowym Konkordat, jedynym prawem nowoproklamowanej Republiki Pleśnienia powinna być wolność od problemów, słodkie, rozczulające, pochwał godnie, by nie rzęc wręcz CHWALEBNE czekanie na śmierć, ucieczka przed komplikachami.

NAkaz czeźnięcia. Nieodwołalny i obowiącujący każdego od poczęcia do śmierci; najlepiej, by ta miała miejsce w bagażniku, albo na tylnym siedzeniu samochodu- - trumny.

Kategoryczny zakaz pochówku jednoosobowego, bez kierowcy. Cmentarze zapełniające się wrakami, powoli zmieniające w złomowiska. Szroty grzebalne dla aut marki Chery, Changfeng, Hafei, Changhe, Chang'an.

Sprawiedliwość, której staje się dość, gdy ze zwłok masowo wycieka olej. Silnikowy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Wrotycz 23.06.2019
    Za wcześnie dodałeś, nie pojawiło się na Głównej, szkoda.
    Agnieszka Osobna i reszta świata. Metaforzenie innościami w metajęzyku:)
    Ta jej autocharakterystyka, jakby trochę czekała na zaprzeczenie, na pokazanie, że tu i tam, i pod, i nad... jest niezbywalna, wieczna wartość. I jest, trzeba się dokopać, nie patrząc jednostkowo.
    Twoim obrazowaniem w języku można tylko się zachwycać.
    5!!!!!!!!!!!!!
  • Florian Konrad 27.06.2019
    po raz kolejny - dziękuję najuniżeniej za miody lane na czarne serducho :)
  • Enchanteuse 28.06.2019
    Właśnie, nie pojawiło się na głównej i mi umknęło :/. Ale wrócę. Już trzecia część widzę, gonić trzeba :)
  • Florian Konrad 28.06.2019
    Goń, goń :)
  • Johnny2x4 28.06.2019
    Zajebista proza. Ty i Something, w moim prywatnym rankingu, absolutny top. Choć dwie różne parafie.
  • Florian Konrad 28.06.2019
    dziękuję, zapraszam do następnych części

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania