Niespodziewana podróż haibun

Niespodziewana podróż

haibun

 

Zamknąłem rano drewniane drzwi ceglanej stodoły. Jechałem wzdłuż omszałego muru z nagich kamieni. Monotonia drogi odbierała mi obrazy napotkanych miejsc. Czujny Yuki wypatrywał ruchomych celów, gotowy zagnać wszystkie do zagrody.

 

W poczekalni przez chwilę byliśmy sami. Niespodziewana jej obecność na moment zatrzymała bicie serca, wypędziła nostalgię. Pozbieranie myśli nie trwało długo. Gotowy na spotkanie, podszedłem kilka kroków, za mną Yuki. Ona również podeszła. Bez słowa schyliła się do Yukiego, po czym wstała i zatrzymała na mnie wzrok, jakby przez chwilę próbowała coś we mnie rozpoznać.

 

Dowiedziałem się, że zostaje do jutra. Nieśmiało zaproponowałem spotkanie, które przyjęła.

 

Spotkaliśmy się w pobliskim parku. Siedziała samotnie na ławce, usiadłem obok niej. Nad nami stare drzewa rozłożyły w napięciu konary, jakby żywo wyczekiwały nadejścia pierwszego dnia jesieni, który najczęściej przynosi ulgę, otrzepując z nich rano w jednej chwili, kolorowe liście.

 

jesienna aleja —

bez jednego podmuchu

spadają liście

 

Poszliśmy do starej parkowej kawiarni. Wysoki drewniany hall przypominał jaskinię pozbawioną mroku. Belki, rzeźbione słupy i stare fotele zdawały się pamiętać tych, którzy siedzieli tutaj przed nami.

 

Rozmawialiśmy o ich odejściu. Powiedziała, że może wszystkie wypowiedziane przez nich słowa pozostają gdzieś zapisane w sferach pozaziemskich, że świadomość nie musi umierać wraz z człowiekiem.

 

Spojrzałem na stare drewniane meble wypełniające salę. Wtedy w mojej wyobraźni sala ożyła i wypełniła się głosami w różnych językach. Jedne były bliskie, inne dochodziły z daleka. Przez chwilę wydawało mi się, że nie byliśmy sami.

 

Potem znów zapadła cisza.

 

Słowa dobiegały jak echo z dawnych lat.

 

Rozmowa jest echem — pomyślałem. Słowo przechodzi z jednej osoby do drugiej, ale nigdy nie wraca takie samo. Może dlatego obecność drugiego człowieka pozostaje tajemnicą. Słyszymy echo, nie możemy jednak wejść do miejsca, z którego pochodzi.

 

Dialog z samym sobą również przypomina dialog z echem. Myśl o niemożliwości poznania samego siebie, spotęgowana tajemnicą jej obecności, złagodniała pod wpływem aromatu kawy i łagodnego tonu jej głosu, proponującego spacer.

 

Pojechaliśmy jednak w góry.

 

Stojąc przy oznaczonym początku szlaku, czytaliśmy informacje wypisane na drewnianym znaku. Po chwili powiedziała żartobliwie:

 

— Teraz wiemy, jak trafić do celu.

 

Nadanie kierunku naszemu spacerowi wywołało w pamięci wiele znajomych mi osób, które wyszły w góry i, nie odnajdując właściwej informacji o drodze, już nie wróciły. Powiedziałem jej o tym.

 

Odpowiedziała krótko:

 

— Podobnie jest w życiu. Człowiek łączy swój los z wyborem kierunku i drogi. Napotkany znak czasem wskazuje, czasem ostrzega, ale zawsze wymaga uważności.

 

Ruszyliśmy. Szlaban został za nami, a wraz z nim codzienny ruch myśli.

 

Napotkany las przyjął nas innym rytmem. Zapytała, czy można usłyszeć wodę płynącą od korzeni ku liściom. Nagle liście poruszyły się ku światłu. Drzewa oddychały własnym czasem.

 

To, co wcześniej wydawało się nieruchome, stało się ruchem w naszej świadomości.

 

pod korą drzewa

woda płynie ku światłu

bezszelestnie

 

Powiedziała:

— Wszystko, co napotykamy po drodze, wydaje się zamknięte w formie: kamienie, rośliny, nawet płynąca woda. A jednak tutaj wyczuwa się obecność przestrzeni przenikającej to, co jest ograniczone w swojej naturze, co wydaje się skrępowane konturem. Przestrzeni, która zespala i jednoczy wszystko, co istnieje, nadając istnieniu w swoim obszarze ten sam rodowód.

 

— A jednak my wydajemy się być intruzami w tym krajobrazie — powiedziałem. — Jak myślisz, co może zjednoczyć nas w sposób naturalny z tym uniwersum?

 

— Według mnie tylko czysta, nieograniczona miłość. Nie mamy dostępu do obrazu tego, co łączy to wszystko, co teraz widzimy w tym miejscu, ale z pewnością podłożem jest życie. A życie w sposób naturalny przywołuje miłość.

 

Jej słowa wywołały w mojej pamięci postać, którą spotkałem wiele lat temu w Tatrach. Opowiedziałem jej o tym.

 

Pod Sarnimi Skałkami, niedaleko Giewontu, znalazłem miejsce ukryte pod młodymi smrekami. Siadałem tam wiele razy, próbując pisać wiersze. Pewnego dnia usłyszałem potężny huk. Obok mnie jastrząb spadł z ogromną prędkością na mysz, ogłuszając ją swoimi skrzydłami.

 

Kiedy odchodziłem, w skupieniu analizowałem ten symboliczny obraz. Wybrałem trudniejszą drogę przez skalne wierzchołki. Tam niespodziewanie spotkałem postać.

 

Szedł z miejsca, z którego nie można było przejść. Za nim było urwisko.

 

Stojąc naprzeciwko mnie, miał na sobie wyjątkowy strój. Był bardzo prosty: spodnie i rodzaj bluzy, wykonane jednak z materiału, jakiego wcześniej nie widziałem. Bluza miała jasny kolor z delikatnym odcieniem błękitu, spodnie przypominały barwą dojrzałe zboże. W obu materiałach, pod dominującymi kolorami, pojawiały się ledwie dostrzegalne odcienie czerwieni i żółci. Wszystko było stonowane, niemal pozbawione ciężaru.

 

Zapytał o miejsca widoczne w dole. Odpowiadałem, wskazując kolejne punkty krajobrazu. Po chwili powiedział, że musi iść dalej, ale nie wie, jak przejść przez skały.

 

Poprowadziłem go wierzchołkami.

 

Na ostatnim wzniesieniu zatrzymałem się nad doliną, żeby pokazać mu najciekawsze miejsca. Kiedy, wyjaśniając, odwróciłem się w jego stronę, patrzył tylko na mnie.

 

Miał jasną twarz, bardzo jasne, niebieskie oczy i delikatne, jasne włosy. Łagodne rysy i niezwykle głębokie spojrzenie. Nic nie mówił. Jego twarz pozostawała spokojna.

 

Zrozumiałem wtedy, że mógłby odpowiedzieć na pytania, które nosiłem w sobie od dawna.

 

Nie zdążyłem zapytać.

 

Odszedł. Po chwili zniknął w lesie. Próbowałem go dogonić, ale ścieżka była tylko jedna.

 

wysoka grań —

postać znika w lesie

ścieżka milczy

 

Kiedy skończyłem opowiadać, szła przez chwilę w milczeniu.

 

— Ukryta prawda o tajemniczej postaci uświadomiła mi, że może zwierzęta, którym pomagam na co dzień, również ukrywają przed nami prawdy, które stanowią o ich istocie. Być może niektóre z nich dotyczą również nas.

 

Nie odpowiedziałem.

 

Pomyślałem, że być może od początku naszej rozmowy, podczas drogi, nie szukaliśmy odpowiedzi. Być może szliśmy w stronę pytania.

 

Wkrótce las zaczął się obniżać. Otworzył się przed nami górski pejzaż. Widok dali skojarzył mi się z medytacjami Kierkegaarda nad duńskim morzem.

 

— Czy znasz słowa wyryte na kamieniu: „Czym jest prawda, jeśli nie przeżyciem dla jednostki?” — zapytałem.

 

Rozumiałem je jako ideę, dla której warto żyć i umrzeć.

 

Daleki horyzont odsłaniał się przed nami coraz wyraźniej. Nad nieruchomym grzbietem niskich gór, porośniętych krzewami i trawą, rozciągały się nostalgicznie szare obłoki.

 

Wszystko zdawało się zadawać to samo pytanie, dotyczące istoty sensu bycia z kimś lub przy kimś.

 

— Jak sądzisz — zapytałem — czy my, idąc, jesteśmy jedno przy drugim, czy może ty jesteś ze mną, a ja z tobą? Jeżeli czujesz, że jesteśmy razem, chociaż tak niewiele formalnie nas łączy, to co właściwie scala naszą obecność?

 

Uśmiechnęła się.

 

— Wyznacznikiem jest wyłącznie uczucie płynące z serca.

 

Jej odpowiedź skłoniła mnie do głębszej refleksji.

 

Idąc teraz z tobą, odczuwam wewnętrzny spokój i radość. Wyczuwam sens otaczającej mnie rzeczywistości, jakby wszystko pozostawało w pełnej harmonii. A jednak wciąż czuję napływającą niepewność tego, co było i tego, co może przyjść. Nie żyję jak Yuki, wyłącznie teraźniejszością.

 

— Co o tym sądzisz? Czy ten stan, który teraz przeżywamy, można jeszcze pogłębić?

 

— To wszystko zależy od punktu ciężkości w naszej świadomości — odpowiedziała. — Jeżeli znajduje się on w obrębie rzeczy, które teraz układają się w sensowną całość, zmiana warunków życia może zburzyć tę harmonię. Pójdziemy wtedy dalej, ale nie razem — obok siebie.

 

Przez chwilę milczała.

 

— Jeżeli chcemy być razem, nie licząc kolejnych dni, punkt ciężkości musi opuścić rzeczy. Wtedy przestrzeń, która się nim staje, otwiera się na nieskończoność. Ta nieskończona wewnętrzna przestrzeń, pozbawiona rzeczy, pozwala być obecną w każdym działaniu przy rzeczach na ziemi. Staje się tłem ziemskich spraw i warunkiem nieskończonego zjednoczenia w miłości.

 

— I właśnie chyba to nazywa się narodzinami i zjednoczeniem w duchu — powiedziała po chwili.

— Może też stać się prawdą dla nas, przeżywaną jako idea, dla której warto żyć i umrzeć.

 

— Idea nie musi być czymś, co wymaga dowodu. Może być sposobem istnienia, który sprawdzamy własnym życiem. Jeżeli to, co niewidzialne, zaczyna wpływać na nasze myśli, wybory i sposób, w jaki jesteśmy przy drugim człowieku, przestaje być tylko myślą. Staje się naszym doświadczeniem.

 

Pomyślałem wtedy, że być może prawda nie znajduje się na końcu pytania. Być może rodzi się dopiero wtedy, kiedy pytanie przestaje domagać się odpowiedzi, a człowiek zaczyna żyć zgodnie z tym, co rozpoznał w głębi siebie.

 

Wtedy idea przestaje być czymś, w co można jedynie wierzyć. Staje się obecnością.

 

Schodziliśmy ku schronisku. Kamienie były śliskie. Wybierała własną drogę, nie zawsze tę, którą wskazywały znaki. Liczył się dla niej cel, nie forma.

 

Raz była rzeczowa, innym razem spontaniczna. Nie potrzebowała, żeby jej sposób działania przypominał sposób innych ludzi. Śmiała się, kiedy próbowałem ją opisać.

 

Nie przypominała anioła, chociaż są chwile, które potrafią zanurzyć człowieka w czymś, co można nazwać anielską sferą, nie opuszczając ziemi.

 

O czym mieliśmy przekonać się za moment.

 

Szliśmy dalej i wtedy zobaczyliśmy most.

 

Prosty, drewniany.

 

Wszedłem na deski. Kroki stały się lżejsze. Pod nami płynął strumień. Przez krystaliczną wodę widać było kolorowe kamienie. Światło przesuwało się po ich powierzchni. Słońce docierało aż do dna.

 

Materiał nagle przestał być ciężarem.

 

Most nie prowadził już tylko z jednego brzegu na drugi. Prowadził z jednego sposobu odczuwania świata w drugi.

 

drewniany most —

pod stopami płynie światło

kamienie milczą

 

Przeszliśmy na drugi brzeg. Nie musieliśmy niczego wyjaśniać. Woda płynęła, światło poruszało się po jej powierzchni, a granica między tym, co widzialne, i tym, czego nie można nazwać, na chwilę przestała istnieć.

 

Przy schronisku, na rozległej polanie wznoszącej się ku horyzontowi, trawa była rzadka i wyschnięta. W oddali ciemnozielone krzewy przytulały się do siebie.

 

Słońce zachodziło. Ostatnie promienie odbijały się w małych jeziorkach pomiędzy skałami.

Patrząc na nie, powiedziała:

— Słońce otula nas swoim ciepłem do snu.

 

Po chwili jeziorka straciły blask, zamknęły granatowe powieki.

 

— Pewnie obudzą się przy świetle księżyca — powiedziałem.

 

Wieczór nadchodził falami. Powietrze stawało się chłodne i przejrzyste. Czuliśmy w sobie obecność dali.

 

— Ja oddycham pierwszą gwiazdą — powiedziałem.

 

Zatrzymaliśmy się. Patrzyliśmy w niebo.

 

Błękit gasł. Kolory ziemi przechodziły w brązy, granaty i ciemne zielenie. Mrok zajmował przestrzeń.

 

— Fascynuje mnie napływający mrok — powiedziała — ale niepokoi mnie też odejście światła.

 

Milczała przez chwilę.

 

— Mrok odbiera mi nadzieję. Tworzy przestrzeń, w której wszystko może się pojawić i nic nie musi pozostać. A jednak kiedy zaczynają świecić gwiazdy, wiem, że istnieje coś, co nie znika. Nie jest myślą ani obrazem. Jest spokojnym tłem.

 

Spojrzała na gasnący horyzont.

 

— Nie czuję też wdzięczności. Czuję zgodę na to, że jesteśmy, choć nie musielibyśmy być.

 

Pomyślałem, na ile w jej słowach jest miejsca na poczucie wolności i jak łatwo świadomość zostaje zamknięta w codzienności. Jak łatwo nawet nasze najpiękniejsze myśli mogą być tylko konstrukcją umysłu.

 

— Miejsce, w którym jesteśmy, budzi we mnie pragnienie wolności w najczystszej formie — powiedziałem. — Ograniczenia są zbyt mocne.

 

— Tak — odpowiedziała.

 

Pomyślałem o górskim źródle.

 

Czysta woda wypływa spomiędzy zimnych kamieni. Ograniczona, a jednak płynie.

 

źródło pod skałą —

woda pamięta drogę

ciemność oddycha

 

Przed nami był las.

 

W zapadającej ciemności filozoficzne pytania opuściły nas. Podała mi rękę. Dopiero wtedy zrozumiałem, że cała wcześniejsza rozmowa prowadziła właśnie tutaj — do obecności drugiego człowieka, bez pytań i odpowiedzi.

 

Uścisnąłem jej dłoń. Na chwilę położyła na niej drugą.

 

Ciepło jej dłoni zarysowało kryształ chłodnego mroku.

 

Drzewa stały się bliższe, rozpraszając poczucie strachu. Cisza nie była już martwa. Las oddychał spokojem.

 

Ruszyliśmy.

 

Ciemność przyjęła nas niemal natychmiast. Nie było już horyzontu, nie było dalekiej przestrzeni. Pozostał tylko wąski pas drogi pod stopami, oddech, rytm kroków i ciepło dłoni.

 

I właśnie wtedy zrozumiałem, że bliskość nie potrzebuje filozofii. Nie musi niczego udowadniać. Nie musi być nazwana.

 

Wystarczy, że trwa.

 

Las milczał. Między koronami drzew pojawiły się pierwsze gwiazdy.

 

Szliśmy dalej.

 

Obok siebie.

 

A jednak coraz bardziej — razem.

 

Piotr Sobański

tekst powstał przy współpracy autora z AI, w zakresie redakcji i opracowania literackiego

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania