Niewidzialne złamania.

Budzę się i przez chwilę nie wiem gdzie jestem. To dziwne uczucie, jakbym co noc rozpadał sie, a rano musiał się na nowo składać w całość. Ale nie jest to całość. To tylko pozory.

Leżę w łóżku i słucham świata za oknem. Ktoś jedzie rowerem, dziecko się śmieje, gdzieś szczeka pies. Normalność toczy się swoim rytmem, a ja zostałem gdzieś z boku, jak zepsuty zegarek, który już nie nadąża za czasem.

Kiedyś, dawno temu, też się śmiałem tak jak to dziecko za oknem. Pamiętam, miałem może osiem lat, biegłem z górki w parku z rozpostartymi ramionami, jakbym chciał objąć cały świat. Mama krzyczała żebym uważał, ale ja czułem, że nic mi nie może się stać. Byłem niezniszczalny, pełen życia, które bulgotało we mnie jak gazowana woda.

A teraz? Teraz boję się tej górki. Boję się, że jak zacznę z niej zbiegać, to się już nie zatrzymam. Że polecę w przepaść, której nikt nie widzi, ale którą ja czuję każdego dnia pod nogami.

Wstaję, bo leżenie nic nie daje. Nogi są ciężkie, jakby ktoś przywiązał do nich niewidzialne kamienie. Idę do łazienki, patrzę w lustro i widzę twarz, która już nie jest moja. Kiedyś, gdy się goliłem, nuciłem pod nosem. Teraz cisza. Nawet we własnej głowie panuje cisza, która boli bardziej niż krzyk.

Pamiętam pierwszą kłótnię z Anią. Wrzeszczała na mnie, że nie słucham, że jestem obojętny. A ja myślałem wtedy, że przesadza. Że robię co mogę. Teraz rozumiem, co miała na myśli. Człowiek może być fizycznie obecny, a jednocześnie go nie ma. Może mówić słowa, które nic znaczą. Może dotykać, nie czując.

Ale wtedy jeszcze wierzyłem, że to się zmieni. Że znajdziemy drogę do siebie. Że miłość wystarczy.

Nic nie wystarczy, gdy człowiek zaczyna ginąć od środka.

Spuszczam wodę w toalecie i słyszę ten znajomy dźwięk, bulgot, szum, cisza. Jak oddech świata, który regularnie wypuszcza z siebie to, co zbędne. Chciałbym tak móc. Chciałbym mieć swój spłuk, żeby wypłukać z siebie całą tę ciemność, która zbiera się we mnie każdego dnia.

W kuchni robię kawę, ale już przy pierwszym łyku wiem, że nie będę jej w stanie dopić. Ma smak pustki. Wszystko ostatnio ma smak pustki, jedzenie, powietrze, nawet woda. Jakbym stracił jakiś organ smaku, którego lekarze nie są w stanie zbadać.

Siadam przy stole i patrzę na swoje ręcę. Te same ręce, które kiedyś pisały wiersze dla dziewczyn w liceum. Te same ręce, które głaskały Anię po włosach, gdy nie mogła zasnąć. Te same ręce, które potrafiły zbudować domek z klocków dla siostrzeńca, naprawić kran, ugotować obiad na niedzielę.

Teraz leżą bezwładnie, jakby nie były moje. Jakby należały do kogoś innego, kto umarł, a ja tylko pożyczyłem jego ciało.

Za oknem przechodzi para. Ona mówi coś z ożywieniem, gestykuluje, on się śmieje. Idą w kierunku parku, pewnie na spacer. Proste, zwyczajne szczęście. Patrzę na nich i czuję ból tak ostry, jakbym patrzył na światło po długim pobycie w ciemności.

Kiedyś też chodziłem na spacery. Z Anią, z rodzicami, z przyjaciółmi. Mówiłem wtedy, że spacery są nudne, że tracę czas. Jak bardzo myliłem się. Teraz bym wszystko dał za jeden taki spacer, za jedną normalną rozmowę, za jeden szczery uśmiech.

Ale z kim? Wszyscy odeszli. Nie nagle, nie z trzaskiem drzwi. Po prostu się rozeszliśmy, jak ludzie rozchodzą się czasem na dużym placu, każdy w swoją stronę, każdy zajęty swoimi sprawami, i nagle okazuje się, że jesteś sam pośrodku tego placu, a oni są już małymi punktami na horyzoncie.

Może to moja wina. Może gdybym bardziej się starał, gdybym więcej dzwonił, częściej spotykał, bardziej otwierał. Ale w pewnym momencie przestałem mieć siłę. Udawanie, że wszystko w porządku, to był wysiłek ponad moje możliwości.

Ludzie nie lubią prawdy o bólu. Lubią gdy mówisz: ''świetnie'', ''nie mogę narzekać'', ''wszystko OK''. A gdy powiesz prawdę, gdy powiesz, że giniesz od środka, że każdy dzień to walka z własnymi myślami, że nie wiesz po co się budzisz, to widzisz w ich oczach niepokój. Chcą już kończyć rozmowę, mają pilne sprawy, nagle przypominają sobie o czymś ważnym.

I można ich zrozumieć. Czyjś ból nie jest nasz, wydaje się abstrakcyjny. Jak opowieść z innej planety.

Telefon leży na stole milczący. Mógłbym zadzwonić do siostry. Ale co jej powiem? Że nie daję rady? Że potrzebuję pomocy? Ona ma swoje życie, dwoje dzieci, kredyt na mieszkanie, męża, który pracuje po dwanaście godzin dziennie. Dokąd miałbym wsunąć swój ból w jej i tak już napięty kalendarz?

A może to tylko wymówka? Może po prostu boję się powiedzieć głośno, jak bardzo źle mi się dzieje?

Pamiętam, jak kiedyś złamałem rękę. Miałem dwanaście lat, spadłem z drzewa. Kość przebiła skórę, krew, ból nie do opisania. Ale każdy wiedział, co mi jest. Mama płakała, tata pobiegł po samochód, sąsiedzi pomogli dojść do bramy. W szpitalu wiedzieli, co robić. Gips, czas, fizjoterapia. Wszystko jasne, wszystko pod kontrolą.

A teraz? Mam złamane coś w środku, czego nie można nazwać, nie można pokazać na zdjęciu rentgenowskim, nie można założyć gipsu. Nie ma lekarstwa, nie ma terapii, nie ma jasnego planu wyzdrowienia.

Jestem tylko ja, ten pokój i czas, który płynie jak miód, gęsto, lepko, bez sensu.

Wstaję od stołu i podchodzę do okna. Widzę kawałek nieba, szare jak popielniczka. Pamiętam, jak kiedyś to samo niebo wydawało się nieskończone, pełne możliwości. Teraz wygląda jak przykryte blachą, niskie, przytłaczające.

W budynku naprzeciwko ktoś gotuje obiad. Widzę przez okno kobietę, która krząta się po kuchni. Pewnie ma rodzinę, która za chwilę wróci z pracy, ze szkoły. Usiądą razem przy stole, będą rozmawiać o dniu, o planach na jutro. Zwykłe, codzienne szczęście, którego nie doceniamy, dopóki go nie stracimy.

Ja jem sam. Od trzech lat jem sam posiłek. Czasem włączam telewizor, żeby nie słyszeć odgłosu własnego żucia. Ale to nie pomaga. Wciąż jestem sam ze swoimi myślami, ze swoim bólem, ze swoją rozpaczą.

Kiedyś lubiłem gotować. Pamiętam niedzielne obiady, gdy jeszcze byłem z Anią. Robiłem rosół od podstaw, nakrywałem stół białym obrusem. Było w tym jakieś święto, jakiś rytualny spokój. Teraz otwieram puszkę, jem z niej bezpośrednio, żeby nie brudzić naczyń.

To straszne, jak człowiek może się cofnąć. Jak może przestać dbać o siebie, o swoje otoczenie, o najmniejsze gesty, które nadawały życiu smak.

Ale po co dbać, skoro nikt nie widzi? Po co się starać, skoro i tak nikt nie przyjdzie? Po co nakrywać stół dla jednej osoby?

Siadam na podłodze przy oknie i opieram się o kaloryfer. Jest ciepły, to jedyne ciepło, jakie czuję w tym domu. Zamykam oczy i próbuję sobie wyobrazić, że jestem gdzie indziej. Że to tylko zły sen, że za chwilę się obudzę w innym życiu.

Ale kiedy otwieram oczy, wciąż jestem tu. Wciąż jestem sam. Wciąż nie wiem, co zrobić z tym wszystkim co noszę w sobie, ze smutkiem, z żalem, z tesknotą za tym, co było i już nie wróci.

Myślę o Ani. Nie często, bo za bardzo boli. Ale czasem, jak teraz, pozwalam sobie na to. Przypominam sobie jej śmiech, sposób jaki mówiła moje imię, ciepło jej dłoni w mojej dłoni. Było między nami coś prawdziwego. Jestem tego pewien.

Ale to nie wystarczyło.

Może nie potrafiłem jej dać tego, czego potrzebowała. Może byłem już wtedy złamany, tylko jeszcze o tym nie wiedziałem. Może ona to wyczuła wcześniej niż ja sam.

''Czasem mam wrażenie, że rozmawiam ze ścianą'', mówiła pod koniec. ''Że nie ma cię, zawet gdy jesteś''.

Miała rację. Nie było mnie. Ale ja myślałem, że jestem. Myślałem, że wystarczy, że siedzę obok, że słucham, że odpowiadam na pytania. Nie rozumiałem, że można być nieobecnym w środku własnej obecności.

Teraz rozumiem, ale za późno.

To chyba najgorsze w tym wszystkim - ta świadomość, że mogłem robić rzeczy inaczej, ale już nie mogę ich naprawić. Że życie to nie jest film, w którym można przewinąć taśmę i zagrać scenę od nowa.

Słyszę za ścianą sąsiadkę. Rozmawia przez telefon z kimś, śmieje się. Ma jasny, dzwonny śmiech. Zazdroszczę jej tego śmiechu. Zazdroszczę jej tego, że ma z kim rozmawiać, że ktoś dzwoni do niej wieczorem, że jej życie jest wypełnione.

A moje życie to pustka otoczona ścianami.

Wstaję z podłogi, bo robi się ciemno. Zapalam światło i od razu żałuję. W elektrycznym świetle wszystko wygląda jeszcze bardziej smutnie. Kąciki pokoju pełne kurzu, blada ściana, za mało mebli jak na taką przestrzeń.

Powinienem coś zmienić. Kupić kwiaty, powiesić obrazy, zrobić coś, co nada temu miejscu życie. Ale po co? Dla kogo? Gdy nikt nie przychodzi, gdy nikt nie widzi, to czy ma sens udawać, że się żyje?

Idę do kuchni zrobić kolację, choć nie jestem głodny. Po prostu trzeba coś zrobić z tym czasem, który się ciągnie jak guma. Otwieram lodówkę, prawie pusta. Powinienem iść na zakupy, ale myśl o tym wyczerpuje mnie bardziej niż maraton.

Sklep to ludzie. Ludzie to konieczność udawania, że wszystko w porządku. ''Dzień dobry'',

''Dziękuję'', ''Miłego wieczoru''. Te wszystkie grzeczne formuły, które mają ukryć prawdę o tym, jak bardzo jesteś pusty w środku.

Jem kanapkę z serem, który ma dziwny posmak. Może się zepsuł, może to ja już nie potrafię rozróżnić smaków. Może gdy człowiek długo nie dzieli posiłków z nikim, to traci zdolność odczuwania.

Po kolacji myję naczynia, choś to tylko jeden talerz i jeden nóż. Robię to wolno, starannie, bo to jedyna czynność, która ma jakiś sens. Jest początek, środek i koniec. Jest rezultat, czyste naczynie.

Gdyby tak można było umyć siebie, w środku.

Wieczorami jest najgorzej. Gdy słońce zachodzi, gdy świat się uspokaja, zostaje tylko ta cisza. Cisza, która nie jest spokojem, tylko próżnią. Włączam telewizor, ale po chwili go wyłączam. Te wszystkie programy o szczęśliwych ludziach, o ich problemach, które wydają się tak małe w porównaniu z moimi.

Biorę książkę, ale słowa skaczą mi przed oczami. Nie potrafię się skupić na czyimś życiu, gdy moje własne rozpada się na kawałki.

Kładę się do łóżka, choć wiem, że nie zasnę szybko. Leżę w ciemności i słucham odgłosów życia za oknami, samochody, kroki, czasem czyjś głos. Świat żyje, a ja jestem jak ktoś, kto patrzy na to wszystko zza szyby.

Czasem myślę o tym, żeby po prostu wstać i wyjść. Nie wiem gdzie, nie wiem po co. Po prostu wyjść i iść przed siebie, aż znajdę coś, co nada sens temu wszystkiemu.

Ale lęk mnie paraliżuje. Lęk przed tym, że nawet jak wyjdę, to zabiorę siebie ze sobą. Że ucieknę od tego pokoju, ale nie ucieknę od tego, co noszę w środku.

Bo to nie jest wina tego miejsca. To nie wina ludzi wokół mnie. To jest coś we mnie, coś czego nie potrafię nazwać, nie potrafię wyleczyć, nie potrafię usunąć.

Coś, co sprawia, że nawet gdy jestem wśród ludzi, czuję się samotny. Coś, co sprawia, że nawet gdy ktoś do mnie mówi, nie słyszę prawdziwych słów. Coś, co buduje ścianę między mną a światem.

I najgorsze jest to, że nikt tej ściany nie widzi. Nikt nie rozumie, dlaczego nie mogę jej przeskoczyć. przełamać, zburzyć.

Dla wszystkich jestem normalnym człowiekiem, który po prostu ma gorszy okres. Nie widzą, że to nie jest gorszy okres. To jest mój nowy sposób bycia. To jest to, kim się stałem.

Człowiekiem z niewidzialnym złamaniem, którego nikt nie potrafi wyleczyć.

Nawet ja sam.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Pajo 4 miesiące temu
    To opowieść, w której każdy dzień odbija się echem dawnych chwil, a jedynym światłem pozostają wspomnienia, których już nie można dotknąć.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania