Niewyjaśnione zjawisko w Sochaczewie

Nieopodal Kutna, w okolicznych lasach, na polach, a także wzdłuż i wszerz rzeki Bzura trwała zażarta jatka. Mimo ogromnej przewagi Niemców, Polacy wciąż się bronili. Po ich stronie była duża znajomość terenu i rozpacz i dlatego wytrwali w bitwie kilka dni więcej niż spodziewali się tego niemieccy dowódcy. Właśnie nacierała polska piechota, którą od reszty wojska próbowały odciąć niemieckie wozy pancerne forsujące płytki nurt rzeki. Wyły działa przeciwpancerne, dudniły wybuchy granatów i pocisków, serie karabinów maszynowych wygrywały swoje tra ta ta. Mimo, że po obu stronach noszowi znosili rannych i martwych z pola walki w kierunku lasu, albo ambulansów, to pole usłane było ludzkimi trupami ze zmasakrowanymi głowami, czasem bez jednej kończyny, albo z dziurą w brzuchu wielkości czajnika. Gdzieniegdzie też widać było zabite konie, których ciała obsiadły muchy. Krew ludzi i zwierząt nierzadko mieszała się błotem. Czasem można było natknąć się na podziurawioną karoserię samochodu rozerwanego wybuchem, albo płomienie pochłaniające unieruchomiony i doszczętnie, zniszczony pojazd, którego kierowca i pasażerowie zostali w środku lub zdołali się wydostać.

Wielu Polskich żołnierzy próbowało wyrwać się z okrążającego ich niemieckiego pierścienia. Noc rozświetlona białym światem księżyca pomagała różnym manewrom. Kilkunastu niemieckich żołnierzy w tym Hans, Peter i Rudi puściło się biegiem za zauważonym odwrotem w kierunku lasów małego oddziału. Choć nie mieli wiele sił biegli za nim dosyć szybko, niekiedy przystając by celować do Polaków z karabinów lub pistoletów. W ciemnościach najczęściej chybiali. Pogoń się nie udawała, ale niemieccy żołnierze nie chcieli wracać, a niewielki las właśnie się kończył. Przed nimi było pole tuż po żniwach, dalej majaczyły wiejskie chaty, z których wiele była opuszczonych. Także w niektórych stajniach i oborach było pusto. Wspomniana trójka znalazła jedną chatę wyglądającą na pustą, reszta skryła się w stajniach lub chacie, z której wywleczono matkę, ojca i dwoje dzieci. By nie tracić amunicji, przy umowie by wieści się nie rozeszły się dalej, puszczono ich wolno, choć dorośli Polacy poczuli pięści i kopniaki na sobie i usłyszeli po niemiecku, że są tylko „polskim motłochem i świniami i powinni ustąpić miejsca wyższej rasie”, ale nie zrozumieli wiele z tych pogróżek.

Na drugi dzień po pokrzepieniu się wiejskim mlekiem i resztkami jedzenia znalezionymi w chatach, a także chwili relaksu Niemcy ustalili, że część z nich wróci na miejsce bitwy, a Hans, Peter i Rudi pójdą w kierunku Warszawy ściągając polskich żołnierzy. Podoficer Max Schneider stwierdził, że niemieckie armie zmierzały w kierunku Warszawy, więc nie będzie to żadne uchybienie, kiedy kilku Niemców w grupie pościgowej przedrze się wcześniej od nich w jej pobliże, nie stawiając się do bitwy w pobliżu Kutna. Miał także przekazać wyższym oficerom meldunek o swojej decyzji. Także oddano wyznaczonej trójce najlepiej załadowane karabiny. Trzech wyznaczonych żołnierzy zasalutowało i się oddaliło, a reszta powolnym marszem skierowała się tam skąd przyszła w nocy.

- No i ile ich wczoraj zastrzeliłeś? – zapytał Hans Petera.

- Cholera akurat tam gdzie byliśmy zaczajeni z Rudim z karabinami przejeżdżały te polskie czołgi. Nie dałem rady. Potem może jednego, czy dwóch. To wszystko. Chyba Trzecia Rzesza nie będzie miała z tego zbyt wiele.

- Nie mów tak nigdy, bo może kiedyś będzie lepiej. Mi udało się razem z Maxem i Arnoldem wysadzić te ciężarówki i wozy granatami. Nie było to trudne. Chyba także dwa ich samochody spłonęły od naszego ostrzału.

- Ja się nie garnąłem do wojska. Przed wojną to działałem w szeregach komunistów na uczelni. Ale dostałem wezwanie do wojska parę tygodni temu i chcąc nie chcąc musiałem wstąpić do armii.

- To się nie przyznawaj do tego. A co teraz sądzisz o planach führera? – zapytał Hans.

- Jakoś w te sprawy uczelniane aż tak nie byłem zaangażowany, by się teraz migać. Lepiej tu być na froncie, kiedy posuwamy się naprzód, niż gnić w jakimś obozie koncentracyjnym z dawnymi kolegami.

- No to świetnie. Moja Karlotta pewnie tam już czeka na mnie w moim mieście, ale cóż poradzić, że w jeden dzień tej wojny nie wygraliśmy.

- Myślisz, że znajdziemy ten oddział? – wtrącił się Peter.

- A cholera, któż wie? Może w następnej wsi będą, a może nie.

Wrześniowe słońce nie paliło zbyt mocno, ale było ciepło. Szli między polami, gdzieniegdzie napotykali opuszczone wiejskie chaty, które stały dumnie jeszcze nie spalone i jakby czekały na tych co je opuścili. Nie mieli problemów z jedzeniem. Zazwyczaj domy były zamknięte, ale wybijali szyby i wchodzili do wewnątrz przez okna i przede wszystkim przeszukiwali kuchnie. Nie kradli wiele, bo uchodźcy zabierali najczęściej pieniądze i kosztowności, a stołki, szafy, czy stoły nie były im do niczego potrzebne, chyba tylko wtedy, kiedy zachciałoby im się zapalić ognisko, ale nie starali się rzucać w oczy i nie chcieli dymem zaznaczyć obecności. Na polski oddział nie natrafili. Czasami wchodzili na asfaltową drogę, którą nic nie jechało. Hans niósł oprócz karabinu wiadro wypełnione do połowy wodą, a Rudi kawałek kiełbasy i spory bochen lekko czerstwego chleba. Kiedy zbliżało się ku wieczorowi jakieś ruiny zamku zamajaczyły im w niedalekiej odległości. Postanowili spędzić noc w ruinach.

W ruinach zamku trzej Niemcy rozłożyli się na ziemi pod gołym niebem w dawnej kaplicy, z której przeszłość zawieruch wojennych i politycznych zerwała dach. Przedtem trochę pogadali i zjedli to co wynieśli z polskich chałup popijając wodą z przyniesionego przez Hansa wiadra. Potem usnęli trochę po północy. W nocy bezgwiezdnej i bezksiężycowej słychać było w ruinach jakieś trzaski na wysokości okien w pozostałościach kaplicy, w której leżeli. Te trzaski przypominały dźwięki jakie czasem wydawały psujące się urządzenia elektryczne. Także wiry powietrza podniosły się z dawnej posadzki kaplicy do ciał i ogołociły śpiących z mięsa i pozostały z trzech Niemców tylko kości, a wszelkie części ciała przemienione w jakąś miękką substancję rozniosły się po okolicznych polach. Mundury i hełmy zakrywające kości oraz pasy luźno zwisające z kości biodrowych zaświadczały o tym, że były to szczątki niemieckich żołnierzy. W pobliżu ciał zostały nieużywane od kilku dni karabiny i pistolet.

Szczątki Niemców przeleżały w zamku w Sochaczewie dwa lata do czasu kiedy dwóch funkcjonariuszy niemieckiej Policji Bezpieczeństwa w poszukiwaniu wszelkich śladów działalności polskiego podziemia zapuściło się pewnego sierpniowego dnia w rejony opuszczonych chałup koło Kutna i jego okolic. Znalezisko w ruinach zamku zmroziło ich doszczętnie. Nie potrafili sobie wytłumaczyć co się stało. Gdyby znaleźli ciała niemieckich żołnierzy zadźgane nożami, dziurawe od kul partyzantów wiadomo byłoby, że owi trzej nieszczęśnicy natknęli się na polskich żołnierzy podziemia, ale szkielety z mundurami były albo jakąś chorą mistyfikacją, czy też zabawą niegrzecznych nastolatków lub pijanych polskich chłopów, albo stało się w ruinach coś strasznego. Nie było nigdzie śladów działania kwasu solnego, ani żadnych innych środków chemicznych. Jeden z funkcjonariuszy zawinął kości w zakurzone i mocno zetlałe mundury, drugi wziął pozostałość uzbrojenia i ruszyli do swojego motoru z charakterystyczną przyczepą po boku. Postanowili z tym znaleziskiem natychmiast wrócić do Warszawy i oddać szczątki z mundurami do prosektorium. Warszawskie dowództwo policyjne na al. Szucha po dwóch tygodniach otrzymało raport lekarza medycyny sądowej Paula Wincklera, z którego wynikało, że ci trzej żołnierze, z których pozostały szkielety byli w wieku poborowych podczas ataku Niemiec na Polskę i prawdopodobnie brali udział w bitwie pod Kutnem. Mundury były autentyczne, ale nie znaleziono nawet po gruntownych badaniach żadnych śladów tępych narzędzi na kościach, ani żadnych substancji, które mogły szkielety ogołocić z ciał. Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie na drugi dzień dostał drogą telefoniczną z Warszawy raport o dziwnym wypadku w zamku w Sochaczewie. Z Berlina mieli przyjechać do Warszawy specjaliści medyczni i jeden niedawno wypuszczony z więzienia okultysta Mark Albrecht, specjalista od niewyjaśnionych zjawisk i wszelkich duchowych zagadek.

Na początku września 1941 roku pod zrujnowany zamek w Sochaczewie podjechała ciężarówka i jeden motocykl. Z ciężarówki dwóch niemieckich żołnierzy wyniosło potężną, nowoczesną radiostację i wniosło ją do kaplicy na niskim wzgórzu, gdyż Albrecht twierdził, że rozmawiał kiedyś z redaktorami austriackiego, antydemokratycznego czasopisma „Ostara” zainteresowanego także okultyzmem, twierdzącymi, że w ostatnich latach ukazywania się periodyku założonego przez Jörga von Liebenfelsa mieli kontakt z ludźmi mającymi dowody na to, że kiedy w radio kończyły się w nocy audycje z szumu dobiegającego z głośnika, można było wyłowić niekiedy jakieś dźwięki, trzaski, świsty i rzężenia, a nawet pojedyncze słowa. Jedni znawcy tematu doszukiwali się w tych dźwiękach dowodów na to, że można było kontaktować się za pomocą radioodbiornika ze zmarłymi, zaś radiotechnicy mimo, że byli przekonani, że takie dźwięki nie powinny być słyszalne, twierdzili, że do specyfiki fal radiowych należało to, że pojawiały się od czasu do czasu jakieś dźwięki będące zaburzeniami wydobywające się z szumu. Albrecht uważał ponadto, że nowoczesna radiostacja mogła być bardziej wyczulona na różne dźwięki ze sfery pozazmysłowej, niż zwykły radioodbiornik. Oprócz Albrechta z ciężarówki wyszło dwóch lekarzy specjalistów z Berlina, z motocyklu zsiadł kierowca, a z przyczepy wysiadł jeden z dowódców placówki policyjnej w Warszawie. Dowódca policji wraz z dwoma żołnierzami i kierowcami pomaszerowali w stronę Kutna by przetrząsnąć chałupy, gdyż być może ktoś w nich się ukrywał, kto był świadkiem wydarzeń w zamku.

Słońce doskonale oświetlało ruiny. Lekarze wraz z Albrechtem rozglądali się po szerokim placu wewnątrz nich, a także po kaplicy, ale nie znaleźli niczego co mogłoby wyjaśnić zagadkowe znalezisko szkieletów w mundurach.

- Czy naprawdę chce pan zostać w nocy sam w tych ruinach? – zapytał Albrechta jeden z lekarzy.

- No tego wymaga sytuacja. Jeden z żołnierzy będzie pilnował, żeby nikt tu po nocach się nie kręcił. Poza tym te chałupy od lat stały puste, a szef policji Herman twierdził, że w tutejszych lasach od miesięcy nie działali żadni partyzanci. Choć kto mógł to wiedzieć.

- Jak pan chce. W naszym zawodzie lekarzy, nie raz natrafialiśmy na trudne do wyjaśnienia przypadki chorób, albo zgonów i do tego przywykliśmy, że medycyna jeszcze wszystkiego nie odkryła. Może dzięki dzisiejszym eksperymentom na niższych rasach postawimy kilka kroków do przodu, ale nie byłbym tego taki pewien. W technologii medycznej powinno się upatrywać wybawienia, gdyż nie sądzę by słowiańskie nerki mogłyby w przyszłości zastąpić nasze, aryjskie. Nie sądzę by przeszczepy, o których marzyli niektórzy lekarze były możliwe.

- Akurat nie jestem obeznany z medycyną aby wyrokować do czego zmierzają eksperymenty. Wiem natomiast, że za pomocą udoskonalonej aparatury technicznej wgląd w sferę pozazmysłową będzie łatwiejszy. Nie tylko będzie można porozumieć się z Richardem Wagnerem na seansie spirytystycznym, ale też go zobaczyć.

- O tak, to na pewno byłoby ciekawe. Podobno w Polsce także badano sferę spirytystyczną. Słyszałem, że w dokumentacji uniwersytetu w Warszawie były zanotowane różne ciekawe przypadki – powiedział drugi z lekarzy, który dotąd milczał.

- Tak także o tym słyszałem, ale wie pan ze słowiańską duchowością różnie bywa. Nie sądzę by osiągali takie rezultaty jak nasze uniwersytety. Poza tym my Niemcy lepiej odróżniamy oszustów i szarlatanów od prawdziwych medium – odrzekł Albrecht.

- Trudno się z panem nie zgodzić – odrzekł sztywno drugi z lekarzy.

Lekarze gawędzili z Albrechtem długo, także spierali się z nim o to czy nauki przyrodnicze, czy mediumizm miały lepsze rezultaty. Lekarze zgodnie twierdzili, że jednak badanie nauk przyrodniczych oparte było na uzasadnionych metodach i wyniki na trwale zachowywały się w historii cywilizacji zachodniej, dotąd aż ktoś nie ulepszył tych metod. Według nich badanie zaświatów było niewątpliwie ciekawe, ale niekiedy trudno było połapać się w tym, kiedy mieliśmy do czynienia ze sztuczkami magicznymi iluzjonistów, a kiedy naprawdę ktoś miał kontakt ze sferą pozazmysłową. Po kilku godzinach wrócił dowódca Policji Bezpieczeństwa z żołnierzami i kierowcami. Prowadzili z sobą więźnia, mężczyznę o koło trzydziestu lat, który miał związane ręce.

- Niestety nie umie po niemiecku, ale gdy wspomniałem mu o wypadkach w ruinach zrobił się trochę niespokojny. Nie należał do partyzantki. W ogóle nie wiedział jak załadować pistolet kiedy próbowaliśmy go do tego nakłonić grożąc śmiercią. Wieziemy go do Warszawy. Być może, któryś z Polaków pracujących dla nas coś z niego wyciągnie.

Żołnierze wsadzili polskiego jeńca do tyłu ciężarówki, gdzie też wsiadł jeden z żołnierzy i lekarz. Dowódca Policji Bezpieczeństwa wszedł wraz z kierowcą do kabiny ciężarówki. Drugi lekarz odjechał spod zamku razem z kierowcą motocykla. Na miejscu pozostał Albrecht i jeden z żołnierzy.

W Warszawie więzień został umieszczony w jednym z pokoi budynku policji. Po godzinie przyszedł do niego polski tłumacz wraz z jednym z dowódców placówki i zaczęli z nim rozmawiać. Okazało się, że nazywał się Jan Lepalczyk i był rolnikiem, który pozostał by pilnować chałupy i tego co w niej zostało, gdy jego żona wraz z jej rodzicami udali się na Wschód z dobytkiem na wozie z koniem. Nie pochodził z tych okolic, gdzie go znaleźli, gdyż za chlebem przyjechał do tej wsi koło Kutna z południa Polski kilka lat temu w czasie żniw i został, ponieważ tu poznał swoją przyszłą żonę. Kiedy była bitwa nad Bzurą leżał na strychu i modlił się o to by żadna bomba nie trafiła jego chałupy. Z partyzantami nigdy nie miał do czynienia poza dwoma razami kiedy przyszli po wodę i coś do jedzenia, ale to było ponad rok temu, bo ostatnio w okolicznych lasach nikt z polskiego podziemia nie mieszkał. Przesłuchujący go Niemiec doskonale o tym wiedział, gdyż akurat las pod Kutnem był dobrze rozpoznany i kilku partyzantów złapanych w nim do dzisiaj siedziało albo w więzieniu, albo pojechało transportem wraz Żydami z Warszawy do obozu w Oświęcimiu. Dowódca Policji Bezpieczeństwa nie bił złapanego, choć ręka go świerzbiła, ale także ze względu na Jana Mulickiego, który pomagał Niemcom w przesłuchaniach za skromne parę reichsmarek. Nie chciał płoszyć kolaborantów, gdyż Polacy niechętnie współpracowali z Niemcami. Lepalczyk najciekawiej jednak opowiadał o zjawisku zaobserwowanym w oddali, które mogło mieć miejsce w okolicach zamku w Sochaczewie w czasie bitwy pod Kutnem. Kiedy wyszedł za potrzebą z chałupy tuż przed snem, widział w oddali dziwne zjawisko. Podmuchy wiatru prawie kładły drzewa płasko na ziemi, kilka iskier nie przypominających grzmotów błyszczało w oddali, a także coś leciało niby gruby deszcz, nie z nieba, ale jakby od strony zamku. Dziwiło go przede wszystkim to, że ta okolica widziana w rozbłyskach, którą zajęły podmuchy była bardzo mała, gdyż nieco dalej wiele drzew stało prosto i mogły na nim schować się wszystkie okoliczne koty. Nie był jednak na tyle ciekawy, żeby sprawdzać co się działo tam w okolicach Sochaczewa, bo to było od niego trochę daleko, a poza tym huk armat i wystrzały z broni kazały mu siedzieć na strychu. Potem zapomniał o tym, gdyż jeden z czołgów niemieckich pogruchotał mu płot i musiał go naprawiać kiedy Niemcy pokonali wojsko polskie i ruszyli naprzód.

Na drugi dzień Lepalczyk wyszedł z aresztu wolno z paroma reichsmarkami w kieszeni, gdyż po konsultacji z Albrechtem, którego wraz z żołnierzem przywieziono rano samochodem policji z Sochaczewa do budynku Policji Bezpieczeństwa, dowódca dowiedział się, że to co mówił rolnik pokrywało się wiedzą na temat dziwnych zjawisk tajemnych. Nie miał zupełnie nic na rolnika i nie miał powodu go zatrzymywać. Wezwany do jego gabinetu Albrecht, po zapoznaniu się ze spisanymi w raporcie rewelacjami polskiego rolnika, powiedział:

- Tak to mogło być. Jakieś zagęszczenie sfery duchowej w miejscu bitwy i w okolicach pobliskiego zamku, który był na pewno jakimś polskim symbolem narodowym spętanym przeszłymi czasami, mogło stworzyć chwilowe przejście pomiędzy sferami. A te mordy nie mogły pochodzić z ludzkich rąk. Zazwyczaj zjawiskom mediumicznym towarzyszyły różne wyładowania elektryczne. Jednak czego führer nie mógł zaakceptować Polacy też mieli dostęp do sfery ducha, mimo, że według naszych teorii należeli do niższej rasy. Coś podobnego zdarzało się wcześniej, ale musiałbym mieć swoją bibliotekę i zapiski. Niestety skonfiskowano mi ją kiedy poszedłem do więzienia jak wielu jasnowidzów i okultystów tuż po najechaniu Francji, gdyż niektórzy z nas nie znali się na narodowym socjalizmie, a także w snach nie pojawiały się przepowiednie dalszych zwycięstw.

Dowódca policji już od jakiegoś czasu zdawał sobie sprawę, że wiele koncepcji nazistowskich było czystymi wymysłami co udowodniła bitwa o Wielką Brytanię, która zakończyła się klęską niemieckiego lotnictwa i koncepcja niezwyciężonego führera Trzeciej Rzeszy jako odnowiciela germańskiej rasy nie sprawdziła się. Poza tym nie dziwił się atakowi na kraje słowiańskie, czy nawet Francję, ale atak Niemiec na Wielką Brytanię, kraj, który rozwijały germańskie plemiona Anglów i Sasów prywatnie nie przekonywał go, choć publicznie nigdy na ten temat nawet się nie zająknął, nie chcąc tracić intratnej posady w Warszawie, gdzie żyło mu się dobrze, bo poza partyzantką, nikt tu Niemcom nie zagrażał. Można także w okupowanej Polsce było odpocząć od führera i jego zmiennych nastrojów. Nie bał się, że trafi na front wschodni, jak Niemcy napadną na ZSRR - o takich planach mu doniesiono z Berlina parę miesięcy temu - dzięki swojej randze i dość dobrym wynikom policji w tym regionie czuł się dosyć bezpieczny. Był nadal za parciem na Wschód, ale dalsze parcie na Zachód nie przekonywało go. To co mówił dzisiaj Albrecht jeszcze rok temu mogło skazać go na karę śmierci przez rozstrzelanie, ale dzisiaj nikt nie donosił na innych, kiedy w prywatnych rozmowach krytykowano niektóre pomysły führera. Wszystko go to ciekawiło i zastanawiało. Przecież jeszcze jakiś czas temu ten kraj, teraz poniżony i niszczony nie był uważany za nieprzyjaciela, a jadąc do Warszawy widział wiele budynków pocztowych, mieszkalnych, dworców i fabryk wybudowanych przed 1918 rokiem przez Niemców, albo tuż po nim, ale wzorowanych na tamtych. Wypytał jeszcze Albrechta o noc spędzoną w ruinach i puścił go wolno. Mógł okultysta wracać do hotelu. W ruinach zamku w nocy na radiostacji nie wykrył nic poza jakimś niezidentyfikowanym trzaskiem, ale było to według niego niezbyt ważne i szef policji nie wydał rozkazu jeszcze dokładniejszego przebadania terenu i tego co słyszał Albrecht. Wieczorem w swoim mieszkaniu, tuż przed snem nadal rozmyślał o tych wydarzeniach w zamku i przyznał rację badaczom sfery pozazmysłowej, że tyle jej poświęcali uwagi. Dziwiło go także to, że nadal dysponujący przewagą w siłach policji i wojska Niemcy nie rozpracowali dostatecznie polskiego podziemia, chociaż jako naród niższy rasowo powinni być łatwiejsi w rozszyfrowaniu niż angielskie lotnictwo.

Na drugi dzień po zjedzeniu śniadania i wypiciu kawy, co przygotowała dowódcy policji jego żona, udał się do pracy. Mijając gazeciarza po drodze do budynku policji, coś go naszło by kupić „Nowy Kurier Poranny”. Niewiele rozumiał z tej gazety wydawanej w języku polskim, ale mógł zawsze skonsultować najważniejsze artykuły z Janem Mulickim. Wezwał go telefonicznie na popołudnie, gdyż znalazł w prasie zdjęcie Marka Albrechta, ale teraz musiał zająć się przerwanym śledztwem w sprawie napadu na jeden warszawski bank, w którym podejrzani mogli być związani z polskim podziemiem. Popołudniu Jan Mulicki przetłumaczył mu artykuł. Pisano w nim, że Mark Albrecht został bestialsko zamordowany przez Polaków i pozostał z niego tylko szkielet i ubranie, a szczątki jego ciała pokrywały ściany. Policja niemiecka miała ująć już sprawców, którzy zostali skazani na śmierć i rozstrzelani. Albrecht postanowił nie wracać do tych spraw morderstwa i znaleziska na zamku, gdyż jego zastępca, który pełnił dyżur w nocy i wczesnym rankiem był bardziej oddany führerowi niż on i nie było sensu mu zdawać relacji o śledztwie w sprawie szkieletów niemieckich żołnierzy w ruinach zamku w Sochaczewie. Tajemnice znali tylko on, jeden zwyczajny żołnierz i dwóch lekarzy.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania