Niezabudowane marzenie
Gdzie serce, tam dom.
To nie są mury, nie klucze, nie gaże,
ani pakt z właścicielem.
Gdy stempel na kartce jak kamień ciąży,
nieznany strop oddech dławi,
a stuk kroków po cudzej podłodze płoszy.
To nie sąsiedzi, ci bliżsi i dalsi,
nie ekrany, nie chłodna technika.
To nie tylko twarze przy stole i śmiech dziecka,
ale kąt, gdzie spokój ma własną przestrzeń.
Jeśli myślisz, że bezdomność żyje tylko na ławce,
gdzie deszcz moczy, a wiatr szarpie ubranie —
jesteś w błędzie.
To także inny, cichy adres:
ten, pod którym niby mieszkasz,
a w każdej chwili możesz wylecieć z hukiem za drzwi.
Cienki cień cudzego prawa
i ciągły strach przed rysą.
Oto ta linia, ostra granica
między życiem chwilą a bezpieczeństwem.
Gdy chwila daje żar,
lecz bez azylu staje się lękiem o jutro.
Mój prawdziwy dom to prawo do wolności.
W marzenia uciekam:
co chcę kupić — kupię,
co postawić — postawię.
Ściany, kolor — wszystko po mojemu.
I choć nie wiem, co znaczy mieć swoje,
bo nigdy nie miałam gruntu na własność —
wiem, że dom to nie pożyczony kąt.
To azyl, gdzie nikt nie decyduje za mnie
o moim prawie do obecności.
Komentarze (2)
O maj gad! Masz obrazek! Łał, ale szau! 😳
Ile dałaś w kopercie? 🫠
Ekspresyjnie i przekonująco ujęty problem własnego kawałka podłogi i niezależności. Trafił do mnie ten celny przekaz.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania