(nie)Zdecydowana kobieta

Ze specjalną dedykacją dla mojej żony.

Kochanie… Dziękuję Ci za to, że jesteś. Za to, że mimo moich wad, trudnego charakteru, chwil, w których sam ze sobą nie potrafię sobie poradzić, Ty nadal stoisz obok mnie. Wiem, że nie zawsze jestem łatwy. Wiem, że czasami moje słowa, zachowanie albo milczenie mogą Cię ranić. I wiem, że pewnie nie raz zastanawiałaś się, dlaczego ze mną jest tak trudno. A mimo wszystko jesteś. Dziękuję Ci za Twoją cierpliwość, za wyrozumiałość, za każdy uśmiech i za to, że potrafisz być obok nawet wtedy, kiedy sam nie wiem, czego chcę. Nie jestem idealnym mężem. Mam swoje wady, popełniam błędy i wiem, że jeszcze wiele muszę w sobie zmienić. Ale jedno wiem na pewno —chcę być człowiekiem, który na Ciebie zasługuje. Dziękuję Ci, że jesteś przy mnie wtedy, kiedy jest dobrze, ale przede wszystkim wtedy, kiedy jest źle. Jesteś moją żoną, moim wsparciem i jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Kocham Cię i jestem cholernie wdzięczny, że mam właśnie Ciebie.

Główne postacie:

Mike Spencer Wiek: 36 lat Zawód: biznesmen Rodzina: mąż Jennifer, brat Adama i Stephena

Mike jest pewny siebie, ambitny i przyzwyczajony do tego, że w życiu wszystko można osiągnąć ciężką pracą. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie opanowanego i rozsądnego, jednak pod spokojną powierzchnią kryje sporą potrzebę kontroli. Nie lubi, kiedy coś wymyka się spod jego wpływu. Jest lojalny wobec rodziny, choć nie zawsze potrafi to okazać. Jego wieloletnia przyjaźń z Martinem jest dla niego bardzo ważna. Mike zna Martina od czasów szkolnych i uważa go za jedną z niewielu osób, którym naprawdę może zaufać.

Jennifer Spencer Wiek: 31 lat Zawód: właścicielka biura księgowego Rodzina: żona Mike'a Jennifer jest niezależną, dobrze zorganizowaną kobietą, która sama zbudowała swoją pozycję zawodową. Prowadzi własne biuro księgowe i ceni sobie stabilność oraz profesjonalizm. W przeciwieństwie do Mike'a jest bardziej empatyczna i potrafi dostrzec rzeczy, które inni ignorują. Nie boi się powiedzieć mężowi, kiedy uważa, że postępuje niewłaściwie. Ich małżeństwo jest silne, ale Jennifer doskonale wie, że Mike nie zawsze mówi jej całą prawdę. Jest osobą, której inni często powierzają swoje sekrety.

Martin Falk Wiek: 36 lat

Zawód: przedsiębiorca / właściciel firmy Rodzina: długoletni narzeczony Patricii Martin jest najlepszym przyjacielem Mike'a z czasów szkolnych. Przez lata obaj przechodzili razem przez najważniejsze momenty życia, dlatego ich relacja jest niemal jak braterska. Martin jest charyzmatyczny, towarzyski i potrafi zjednywać sobie ludzi. W interesach jest zdecydowany i bezkompromisowy, ale prywatnie zdecydowanie bardziej emocjonalny, niż chciałby pokazać. Od wielu lat jest związany z Pati.

Patricia Bennett Wiek: 34 lata Zawód: pracuje w branży nieruchomości Partner: Martin Falk Pati jest długoletnią narzeczoną Martina. Zna go lepiej niż większość osób i potrafi rozpoznać, kiedy Martin coś przed nią ukrywa. Jest kobietą silną i niezależną, choć w związku z Martinem przez lata nauczyła się cierpliwości. Nie oznacza to jednak, że będzie czekała wiecznie. Pati zaczyna coraz częściej zastanawiać się, dlaczego ich wieloletnie narzeczeństwo wciąż nie prowadzi do ślubu. Jest blisko związana z Mią, która jest jej koleżanką i powierniczką.

Mia Parker Wiek: 33 lata Zawód: pracuje w branży nieruchomości Relacja: koleżanka Pati Mia jest jedną z najbliższych osób Pati. Jest bardziej spontaniczna i bezpośrednia niż jej przyjaciółka. Zawsze mówi to, co myśli, nawet jeśli prawda jest niewygodna.

Mia jest romantyczką. Nie ufa Martinowi tak bardzo jak Pati. Uważa, że jej przyjaciółka zasługuje na więcej i czasami próbuje otworzyć jej oczy na problemy w związku.

Mary Collins Wiek: 54 lata Zawód: sekretarka Martina Mary pracuje dla Martina od kilku lat i jest jedną z najlepiej poinformowanych osób w jego otoczeniu. Zna jego terminarz, interesy, spotkania i wiele prywatnych spraw. Jest spokojna, profesjonalna i niezwykle dyskretna. Nie należy do osób, które łatwo wyprowadzić z równowagi. Potrafi jednak być bardzo stanowcza, kiedy sytuacja tego wymaga.

Adam Spencer Wiek: 35 lata Zawód: prowadzi własną firmę Rodzina: mąż Sary, brat Mike'a i Stephena Adam jest młodszym bratem Mike'a. W rodzinie często pełni rolę mediatora. Nie lubi konfliktów i zazwyczaj próbuje znaleźć rozwiązanie, które zadowoli wszystkich. W porównaniu z Mike'em jest bardziej spokojny i rodzinny. Bardzo kocha Sarę i marzy, by w końcu żona zdecydowała się na dziecko, zamiast myśleć tylko o pracy.

Sara Spencer Wiek: 34 lata Zawód: pracownica drukarni Stephena Rodzina: żona Adama Sara pracuje w drukarni prowadzonej przez Stephena i Laurę.

Dzięki temu jest nie tylko częścią rodziny Spencerów, ale również znajduje się blisko ich biznesowych spraw. Jest pracowita i ambitna. Nie chce być postrzegana wyłącznie jako „żona Adama” i zależy jej na własnej niezależności zawodowej. Ma dobre relacje z Jennifer.

Stephen Spencer Wiek: 38 lat Zawód: właściciel drukarni Rodzina: mąż Laury, ojciec Jake'a i Julii, brat Mike'a i Adama Stephen jest najstarszym z braci Spencerów. Razem z żoną prowadzi rodzinną drukarnię. Jest człowiekiem twardym, zasadniczym i bardzo przywiązanym do rodziny. Ceni ciężką pracę i konkretne rezultaty. Stephen uważa, że Mike zbyt łatwo osiągnął sukces, podczas gdy Mike może uważać Stephena za człowieka zbyt upartego i konserwatywnego. Stephen jest bardzo opiekuńczym ojcem.

Laura Spencer Wiek: 37 lat Zawód: współwłaścicielka drukarni Rodzina: żona Stephena, matka Jake'a i Julii Laura prowadzi drukarnię razem ze Stephenem. Jest bardziej dyplomatyczna od męża i często łagodzi konflikty. Ma świetny zmysł organizacyjny i dobrze zna się na ludziach. Wie, kiedy Stephen jest zły, nawet jeśli ten niczego nie mówi. Laura jest silną kobietą, która przez lata nauczyła się radzić sobie w najtrudniejszych sytuacjach.

Julia Spencer Wiek: 10 lat Rodzina: córka Stephena i Laury, siostra Jake'a Julia jest bystra, ciekawska i bardzo spostrzegawcza. Dzięki temu często zauważa rzeczy, których dorośli nie dostrzegają. Jest silnie związana z matką i bratem, natomiast z ojcem często się ściera. Nie lubi, kiedy dorośli traktują ją jak dziecko.

Jake Spencer Wiek: 8 lat Jake jest najmłodszym członkiem rodziny Spencerów - synem Stephena i Laury. Dorastał w rodzinie, w której praca i rodzinne interesy zawsze były bardzo ważne. Jest ambitny. Mimo młodego wieku już wie, że chce być architektem.

Toronto. Kanada. Forest Hill — jedna z tych dzielnic, w których spokój i elegancja idą ze sobą w parze. Szerokie, ocienione drzewami ulice, zadbane ogrody, wysokie ogrodzenia skrywające imponujące rezydencje i cisza, która nawet w dużym mieście wydaje się niemal nieprawdopodobna. W pobliżu znajdują się renomowane prywatne szkoły, ekskluzywne sklepy i restauracje, a jednocześnie centrum Toronto jest na tyle blisko, że nie trzeba długich podróży, by znaleźć się w samym środku miejskiego zgiełku. Właśnie tu, w jednej z takich rezydencji para kochanków oddaje się miłosnym igraszkom. Mężczyzna już od jakiegoś czasu "posuwa" piękna, zgrabną kobietę. Można to poznać po ruchach, jakie wykonują. Ona, leżąc, unosi biodra, nadziewając się na jego penisa. On wchodził w nią pewnie, jakby kochali się całe wieki. Jeszcze kilka pchnięć i... zalewa ją swoim nasieniem. Ich szybkie oddechy teraz zaczynają zwalniać. Po chwili ona siada przed nim, nie uwalniając nóg z jego bioder i całuje go namiętnie w usta. Nie był to jednak pocałunek pełen pośpiechu. Był raczej potwierdzeniem tego, co łączyło ich od lat — bliskości, zaufania i przywiązania.

— Musimy się zbierać — powiedziała w końcu, odsuwając się od niego. — Idę się szykować.

Zeszła z łóżka i skierowała się do łazienki znajdującej się bezpośrednio przy sypialni.

— Mam ci pomóc? — zapytał, patrząc za nią z rozbawieniem.

Kobieta odwróciła głowę i uśmiechnęła się przez ramię.

— Wtedy na pewno się spóźnimy.

Po tych słowach zamknęła za sobą drzwi. Przez chwilę siedział bez ruchu. Uśmiech nie znikał z jego twarzy.

Mike, bo takie imię nosił, miał prawie trzydzieści sześć lat. Był mężczyzną, którego trudno było nie zauważyć. Miał wyraźne, męskie rysy twarzy: zdecydowaną linię szczęki, lekko zarysowane kości policzkowe i uważne spojrzenie. Jego oczy zdradzały inteligencję oraz ciekawość świata. Nie należał do ludzi, którzy musieli zabiegać o uwagę innych. Sprawiał wrażenie pewnego siebie, ale nie aroganckiego. W jego zachowaniu było coś spokojnego i naturalnego.

Jennifer była jego żoną i miała trzydzieści jeden lat. Jej uroda również nie potrzebowała przesady. Była piękna w sposób subtelny i elegancki. Harmonijne rysy twarzy, zadbane włosy i spojrzenie pełne ciepła sprawiały, że ludzie czuli się w jej obecności swobodnie. Była inteligentna, spostrzegawcza i miała poczucie humoru, które często pojawiało się wtedy, kiedy nikt się go nie spodziewał. Jej uśmiech potrafił całkowicie zmienić wyraz twarzy — pojawiała się wtedy lekkość, której nie dało się udawać.

Ich małżeństwo nie było pozbawione zwyczajnych problemów. Mieli pracę, rachunki, spotkania i setki drobnych spraw, które potrafiły wypełnić każdy dzień. Mimo tego starali się nie zapominać, że poza obowiązkami, byli przede wszystkim dwojgiem ludzi, którzy się kochali.

Po godzinie siedzieli już w aucie, jadąc do restauracji, w której mieli spotkać się z przyjaciółmi. Toronto przesuwało się za szybami samochodu. Mijali kolejne skrzyżowania, spokojne uliczki Forest Hill i większe arterie prowadzące w stronę centrum. Mike prowadził, lewą rękę trzymając na kierownicy. Jennifer siedziała obok i przez chwilę obserwowała go w milczeniu.

W końcu delikatnie położyła swoją dłoń na jego prawej dłoni. Mike spojrzał na nią i uśmiechnął się. Nie potrzebowali słów. Ten prosty gest od dawna był ich małym znakiem bliskości. Przypominał im, że niezależnie od tego, co działo się wokół, nadal byli razem. Ich relacja nie kończyła się na chwilach spędzanych we dwoje. Była obecna również w takich drobiazgach — spojrzeniach, gestach, wspólnym milczeniu podczas jazdy czy krótkim uśmiechu, którego nikt poza nimi nie potrafił właściwie odczytać. Kiedy dotarli na miejsce, pozostali już czekali. Martin był przyjacielem Mike'a jeszcze z czasów szkolnych. Znali się od tylu lat, że niektóre wspomnienia zaczynały już wyglądać jak historie z zupełnie innego życia. Dorastali razem, przechodzili przez kolejne etapy edukacji, a później ich ścieżki zawodowe niejednokrotnie się przecinały. Kiedy jeden potrzebował pomocy, drugi zwykle nie pytał o szczegóły — po prostu pojawiał się wtedy, kiedy był potrzebny. Patricia była długoletnią narzeczoną Martina. Ich związek również miał swoją historię. Wielokrotnie planowali ślub. Były rozmowy o terminach, sali, gościach i wszystkim, co powinno prowadzić do tego jednego wielkiego dnia. Za każdym razem jednak coś stawało im na drodze. Praca, pieniądze, rodzinne zobowiązania albo zwyczajny brak odpowiedniego momentu. W końcu przestali obsesyjnie planować TEN dzień. Postanowili skupić się na tym, co mieli teraz. Tego wieczoru nie zamierzali więc rozmawiać o terminach ani przygotowaniach. Nigdzie nie musieli się spieszyć. Następnego dnia cała czwórka miała wyruszyć samolotem na Grenlandię, dlatego podczas kolacji rozmowa szybko zeszła na temat podróży, którą od dawna planowali.

— Nadal nie mogę uwierzyć, że jutro naprawdę lecimy na Grenlandię — powiedziała Patricia, przeglądając menu.

— Ja czekam na widok lodowców, ale najbardziej marzy mi się zorza polarna — odpowiedziała Jennifer.

Mąż spojrzał na żonę z błyskiem w oku. Wiedział, co chce zobaczyć.

— O ile wcześniej nie zamarzniemy — zaśmiał się Martin.

— Spokojnie, wszystko mamy przygotowane — zapewnił Mike. — Ciepłe kurtki, rękawiczki, czapki… Nawet dodatkowe skarpety. I oczywiście trochę prowiantu.

Wkrótce kelner przyniósł zamówione dania. Na stole pojawiły się między innymi krewetki, które zamówili Patricia i Mike.

— Spróbuj tych krewetek — powiedział do Jennifer, wskazując na talerz. — Są naprawdę dobre.

— Nie, dzięki. Mam ochotę na coś lżejszego — odpowiedziała kobieta.

Kolacja upłynęła w miłej atmosferze. Przyjaciele rozmawiali o planach na Grenlandii, żartowali i zastanawiali się, dokąd wybrać się w kolejną podróż. Co chwilę ktoś wspominał o miejscach, które chcieliby zobaczyć, i atrakcjach, których nie można przegapić.

Po pewnym czasie cała czwórka zapłaciła rachunek i wyszła z restauracji. Na zewnątrz było chłodno. Wilgotne powietrze natychmiast przypomniało im, że czeka ich podróż w znacznie surowszy klimat.

— Jutro będziemy tęsknić za tą temperaturą — zażartował Martin, zapiąwszy kurtkę pod szyję.

Wsiedli do samochodów i ruszyli w stronę hotelu. Po powrocie do pokoju Mike wziął prysznic, spakował ostatnie rzeczy i przygotował ubrania na następny dzień. Sprawdził jeszcze raz dokumenty i telefon, po czym położył się do łóżka. W nocy sytuacja jednak się zmieniła. Mike obudził się z silnym bólem brzucha. Po chwili pojawiły się nudności, a następnie wymioty i biegunka.

— Co się ze mną dzieje? — powiedział zaniepokojony, próbując dojść do łazienki, nie budząc małżonki.

W tym samym czasie Patricia również źle się poczuła. Miała podobne objawy i szybko zorientowała się, że problem może mieć związek z kolacją. Ale jakie danie mogło tak zaszkodzić? Próbowali wszystkiego co mieli na stole. Jednak odpowiedź na to pytanie musiała poczekać na inną okazję. Teraz najważniejszy był jak najszybszy powrót do zdrowia.

Rano Mike poczuł się nieco lepiej. Nadal był osłabiony po nocnych dolegliwościach i zamiast pełnej emocji podróży, zdecydował się zostać w pokoju. Jennifer postanowiła że dotrzyma mu towarzystwa, jednak po dłuższej rozmowie z mężem zgodziła się na lot samolotem. Patricia również wolała zostać w hotelu niż psuć wycieczkę swoim stanem zdrowia.

Po niedługim czasie Martin i Jennifer ruszyli samochodem na lotnisko. Droga minęła im spokojnie. Za oknem powoli budziło się miasto. Pierwsze promienie słońca odbijały się od szyb mijanych aut, a na chodnikach pojawiali się pojedynczy przechodnie. W samochodzie panowała luźna atmosfera, choć oboje mieli świadomość, że przed nimi długa podróż. Rozmawiali o planach na najbliższe dni i o miejscu, do którego zmierzali.

— Mam nadzieję, że nie wyskoczy nam po drodze nic nieplanowanego — powiedział Martin, patrząc na drogę.

— Ja też — odpowiedziała Jennifer z lekkim uśmiechem.

W jej głosie można było jednak wyczuć odrobinę niepokoju. Kilkanaście minut później dotarli na lotnisko. Na niewielkim pasie startowym czekał już na nich samolot. Na pierwszy rzut oka Beechcraft King Air 350 nie robił szczególnie imponującego wrażenia. W porównaniu z dużymi samolotami pasażerskimi wyglądał wręcz niepozornie. Był jednak solidną, dwusilnikową maszyną o dobrym zasięgu i dużych możliwościach. Jego konstrukcja pozwalała na wykonywanie dłuższych lotów, również w trudniejszych warunkach. Martin zatrzymał się na chwilę przy samolocie i dokładnie go obejrzał. Sprawdził stan skrzydeł, silników i podwozia, jeszcze raz przejrzał dokumentację oraz plan lotu. Po chwili usiadł za sterami, a Jennifer zajęła fotel obok niego. Pilot sprawdził przyrządy, następnie uruchomił silniki. Rozległ się charakterystyczny, narastający dźwięk pracujących turbin. Śmigła zaczęły wirować coraz szybciej, a cała maszyna delikatnie zadrżała. Po chwili King Air ruszył powoli po płycie lotniska. Jennifer spojrzała przez przednią szybę i zacisnęła dłonie na podłokietnikach.

— Trochę się denerwuję — przyznała. Martin zerknął na nią z uśmiechem.

— Będzie dobrze. Mam wylatane dziesiątki godzin i jeszcze nigdy się nie rozbiłem — powiedział z wyraźną dumą. Jennifer spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— To miało mnie uspokoić? Martin zaśmiał się krótko.

— Oczywiście.

Samolot zatrzymał się na początku pasa startowego. Martin sprawdził jeszcze raz przyrządy. Wszystko wyglądało prawidłowo. Silniki zwiększyły obroty. Maszyna ruszyła. Najpierw powoli, potem coraz szybciej. Wibracje stały się wyraźniejsze, a pas startowy zaczął przesuwać się pod nimi z rosnącą prędkością. Po chwili koła oderwały się od ziemi. King Air zaczął się wznosić. Jennifer poczuła lekkie przyspieszenie i odruchowo mocniej oparła się o fotel. Spojrzała przez boczną szybę. Miasto zaczynało maleć. Budynki stawały się coraz mniejsze, drogi zamieniały się w cienkie linie, a samochody wyglądały jak przesuwające się punkty. Po kilku minutach większość zabudowań zniknęła za nimi. Samolot nabierał wysokości. Silniki pracowały jednostajnie, a w kabinie słychać było jedynie ich miarowy pomruk. Martin po raz kolejny spojrzał na przyrządy. Wszystko było w normie. Pod nimi rozciągał się chłodny, stalowoszary ocean. Powierzchnia wody miejscami lśniła w promieniach słońca, ale im dalej lecieli, tym bardziej krajobraz stawał się surowy i pusty. Kanada została już daleko za nimi. Ich miejscem docelowym był Nuuk, stolica i największe miasto Grenlandii. Jennifer przez dłuższą chwilę obserwowała krajobraz za szybą. W pewnym momencie dostrzegła na powierzchni oceanu pojedyncze góry lodowe. Jedna z nich była ogromna. Jej białe ściany wystawały wysoko ponad wodę, a pod powierzchnią musiała kryć się jeszcze większa część lodowej masy.

— Wygląda nierealnie — powiedziała cicho Jennifer. Martin uśmiechnął się.

— Poczekaj, aż zobaczysz inne widoki.

Przez kilka kolejnych minut wszystko przebiegało spokojnie. Nikt z nich nie podejrzewał, że ta chwila spokoju miała wkrótce się skończyć. Martin po raz kolejny spojrzał na ekran nawigacyjny i sprawdził trasę. Właśnie wtedy zauważył zmianę pogody. Przed nimi zaczynały gromadzić się chmury. Początkowo były niewielkie i jasnoszare. Z każdą kolejną minutą jednak ciemniały i rozrastały się, zajmując coraz większą część horyzontu. Martin zmarszczył brwi. Pogoda na Grenlandii potrafiła zmienić się bardzo szybko. Silne wiatry, turbulencje, oblodzenie oraz intensywne opady należały do realnych zagrożeń dla lotnictwa w tym regionie. Szczególnie niebezpieczne były gwałtowne zmiany warunków w pobliżu gór i fiordów. Pilot zerknął na mapę i urządzenia nawigacyjne.

— Nie podoba mi się to — mruknął.

Jennifer spojrzała na niego.

— Co? Martin nie odpowiedział od razu.

Wtedy Jennifer sama spojrzała przed siebie.

— Martin…

Wskazała ręką przez szybę. Przed nimi wyrastała ściana czarnych chmur. Wyglądała tak, jakby ktoś rozlał po niebie ogromną, ciemną plamę. Dolna część chmur zlewała się niemal z powierzchnią oceanu. Martin zacisnął szczękę.

— Widzę.

Sięgnął do sterów i zmienił kurs, próbując ominąć najbardziej niebezpieczny obszar. Samolot przechylił się lekko. Przez kilka sekund nic się nie działo. A potem maszyna gwałtownie opadła. Jennifer poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła.

— Co się dzieje?!

— To tylko turbulencje.

Jednak już po chwili okazało się, że nie były to zwykłe turbulencje. Maszyną rzuciło w górę. Jennifer poczuła, że na moment traci kontakt z fotelem. Sekundę później samolot gwałtownie opadł.

— Martin!

Pilot zacisnął dłonie na sterach.

— Spokojnie!

Kolejne uderzenie powietrza rzuciło samolotem na bok. Deszcz zaczął uderzać w szyby. Najpierw pojedynczymi kroplami. Po chwili całymi strugami. Widoczność gwałtownie się pogorszyła. Po kilku sekundach przez szybę nie było już niemal nic widać. W kabinie rozległ się alarm. Martin spojrzał na przyrządy. Jego twarz natychmiast spoważniała.

— Mamy oblodzenie — powiedział przez zaciśnięte zęby.

Na powierzchniach samolotu zaczynała osadzać się warstwa lodu. Maszyna stopniowo traciła swoje osiągi. Martin próbował utrzymać wysokość. Jednak samolot zaczął tracić prędkość.

— Martin, co mamy robić?

— Muszę utrzymać maszynę w powietrzu.

Na zewnątrz nie było już widać ani nieba, ani oceanu. Tylko szarość. Błyskawice. Wirujące chmury. I deszcz spływający po szybach. Grenlandia znajdowała się gdzieś przed nimi, ale pilot nie miał już pewności, jak dokładnie wygląda ich pozycja. Martin próbował nawiązać łączność.

— Nuuk Control, tu King Air. Słyszycie mnie?

W słuchawkach pojawiły się jedynie trzaski.

— Nuuk Control, tu King Air. Odbiór.

Cisza. Spróbował ponownie.

— Mayday, mayday, mayday… mały samolot, utrata kontroli…

Znów tylko trzaski. Potem cisza. Jennifer spojrzała na towarzysza. Po raz pierwszy zobaczyła na jego twarzy prawdziwy strach. Nagle przez chmury przebiło się światło. Martin zmrużył oczy. Przed nimi pojawił się ląd. Był zdecydowanie za blisko.

— O cholera…

Pilot próbował natychmiast skorygować kurs.

— Trzymaj się! — krzyknął.

Pochylił nos maszyny i próbował odzyskać kontrolę nad samolotem. Maszyna nie reagowała jednak wystarczająco szybko. Pod nimi pojawiły się skaliste zbocza, połacie śniegu i ciemna woda zatoki. Grenlandzkie wybrzeża były wyjątkowo trudnym środowiskiem dla lotnictwa. Dominowały tam wysokie góry, głębokie fiordy, lodowce i strome zbocza, a możliwości awaryjnego lądowania były bardzo ograniczone. Martin wiedział, że nie ma gdzie lądować. Miał przed sobą tylko skały. Pierwsze uderzenie było potężne. Skrzydło zahaczyło o skaliste zbocze. Rozległ się ogłuszający huk. Część skrzydła została wyrwana, a samolot gwałtownie obrócił się bokiem. Jennifer krzyknęła. Poczuła, jak pas bezpieczeństwa wbija się jej w ciało. Przez moment zobaczyła za szybą wirujący śnieg i skały. Potem nastąpił kolejny huk. Awionetka uderzyła w zbocze. Kadłub odbił się od ziemi i zaczął zsuwać po śniegu. Wokół maszyny unosiła się chmura białego puchu. Samolot sunął coraz dalej, uderzając o wystające skały. Za nim pozostawał długi, poszarpany ślad. W końcu zatrzymali się kilkadziesiąt metrów dalej. Zapadła cisza. Martin nie wiedział, ile czasu minęło. Kilka sekund? Może kilkanaście? Powoli otworzył oczy. Przez rozbitą szybę do kabiny wpadało lodowate powietrze. Czuł ból w ramieniu i ciężar własnego ciała przypiętego pasem do fotela.

— Jennifer?

Nie odpowiedziała. Martin spojrzał w jej stronę.

— Jennifer!

Przez chwilę panowała cisza. A potem usłyszał cichy jęk.

— Jestem…

Mężczyzna wypuścił powietrze z płuc.

— Wszystko w porządku?

— Nie wiem…

Kobieta próbowała się poruszyć, ale pas skutecznie to uniemożliwiał.

— Chyba tak.

Martin odpiął swój pas i ostrożnie rozejrzał się po kabinie. Wnętrze było mocno zniszczone. Część paneli była wyrwana, a niektóre kontrolki wciąż migały. W powietrzu unosił się zapach paliwa, spalonej elektroniki i zimnego, wilgotnego śniegu. Pilot spojrzał przez rozbitą szybę. W oddali wciąż szalała burza. Ciężkie chmury przesuwały się nad poszarpanymi górami, a wiatr unosił śnieg ze zboczy. Jennifer powoli odpięła pas.

— Gdzie jesteśmy?

Martin milczał. Nie wiedział. Nie wiedzieli, na której dokładnie wyspie się znaleźli. Nie wiedzieli, jak daleko są od najbliższej osady. Nie wiedzieli nawet, czy ktokolwiek wie o ich katastrofie. Martin spojrzał na wrak samolotu, a potem na rozciągający się przed nimi surowy krajobraz. Zimny wiatr wdzierał się przez rozbitą szybę. Jennifer objęła się ramionami. Oboje powoli zaczynali rozumieć, w jakiej znaleźli się sytuacji. Jedno było pewne: przeżyli katastrofę. Teraz zaczynała się znacznie trudniejsza część ich podróży — walka o przetrwanie na bezludnej grenlandzkiej wyspie...

Prawie rok później telefon zadzwonił krótko po szóstej rano. Mike odebrał niemal odruchowo, jeszcze zanim zdążył się na dobre rozbudzić. Przez pierwsze kilka sekund tylko słuchał, nie rozumiejąc słów wypowiadanych po drugiej stronie. Głos mężczyzny był spokojny, ale wyraźnie zmęczony, jakby rozmówca od wielu godzin nie spał. Mike przetarł oczy i usiadł na łóżku.

— Powtórz — powiedział, nie wierząc własnym uszom.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Znaleźliśmy ich.

Mike zamarł. Przez moment nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa. Jennifer i Martin zaginęli dokładnie jedenaście miesięcy wcześniej. Samolot, którym leciała jego żona wraz z ich wieloletnim przyjacielem, nigdy nie dotarł do Nuuk. Niewielka maszyna zboczyła z wyznaczonego kursu nad Grenlandią. Kontakt urwał się w chwili, gdy znajdowali się nad rozległym, niemal bezludnym obszarem arktycznych wysp. Potem rozpoczęły się poszukiwania. Przez pierwsze dni wszyscy wierzyli, że uda się ich odnaleźć. Ekipy ratunkowe przeszukiwały kolejne obszary, analizowano ostatnie dane z lotu, sprawdzano możliwe trasy i miejsca, w których samolot mógł zejść z kursu. Nie znaleziono jednak wraku. Nie znaleziono ciał. Nie znaleziono nawet fragmentu wyposażenia, który pozwoliłby jednoznacznie wskazać miejsce katastrofy. Z czasem pojawiła się najbardziej prawdopodobna teoria - Uznano, że samolot musiał spaść do wody, a osoby znajdujące się na pokładzie zabrał ze sobą w głębiny. Ze względu na ogromny obszar poszukiwań, trudne warunki pogodowe i ryzyko dla ekip ratunkowych nikt nie był w stanie prowadzić akcji bez końca. W końcu oficjalne poszukiwania zakończono. Większość musiała pogodzić się z najgorszym. Ale nie on. Nie Mike. Jennifer była dla niego całym światem. Wszystkim, co miał. Przez jedenaście miesięcy nie pozwolił sobie uwierzyć, że jego żona nie żyje. Nie potrafił zamknąć tego rozdziału. Nie potrafił przyjąć do wiadomości, że człowiek, z którym dzielił życie, mógł po prostu zniknąć. Cały czas miał nadzieję. Miał coś jeszcze: Pieniądze. Zainwestował je w kolejne ekipy zajmujące się poszukiwaniem zaginionych osób. Wynajmował specjalistów, finansował wyprawy w najbardziej niedostępne miejsca i płacił za analizy, na które oficjalne służby nie mogły już przeznaczać środków. Niektórzy uważali, że postradał rozum. On uważał, że dopóki nie znaleziono ciała Jennifer, nie miał prawa przestać wierzyć. I po prawie roku w końcu się opłaciło. Mężczyzna zacisnął palce na telefonie.

— Żyją? — zapytał.

Tym razem jego głos wyraźnie się załamał.

— Tak.

Zamknął oczy.

— Oboje?

— Oboje. Właśnie zabieramy ich do szpitala. Są wyziębieni i bardzo osłabieni, ale żyją. Będę pana informował.

Przez chwilę nie odpowiadał. Jedno słowo wystarczało. Żyją. Jennifer żyje.

Kilka godzin później śmigłowiec wylądował na niewielkim lądowisku przy szpitalu. Kobieta siedziała pod grubym kocem. Była wyziębiona i wyczerpana. Jej twarz wyglądała na bladą i zmęczoną, a dłonie były zaczerwienione od zimna. Mężczyzna również znajdował się pod opieką lekarzy. Jego stan był podobny. Kiedy Mike dotarł do szpitala, niemal natychmiast skierował się do pokoju, w którym leżała jego żona. Niemal biegł korytarzem. W końcu zatrzymał się w progu. Nagle nie wiedział, co zrobić. Przez jedenaście miesięcy wyobrażał sobie tę chwilę setki razy. W jego głowie Jennifer zawsze rzucała mu się w ramiona, a on przytulał ją tak mocno, jak tylko potrafił. Wyobrażał sobie łzy, śmiech i słowa, których przez tak długi czas nie mógł wypowiedzieć. Teraz jednak, kiedy naprawdę stał kilka kroków od niej, wszystkie te wyobrażenia wydały mu się odległe i nierealne. Jennifer podniosła głowę. Ich spojrzenia się spotkały. Nie powiedziała ani słowa. Po prostu patrzyła. Mike poczuł ścisk w gardle. Kobieta dopiero po chwili wyszeptała:

— Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę.

Mike podszedł do niej i uklęknął przy łóżku. Przez moment oboje nie wiedzieli, co zrobić. Po tylu miesiącach wyobrażania sobie tej chwili, rzeczywistość wydawała się dziwnie obca. Jakby oboje bali się, że jeden niewłaściwy ruch może sprawić, że wszystko zniknie i znów zostaną sami. W końcu Jennifer wyciągnęła rękę. Mężczyzna chwycił ją mocno. Jej dłoń była chłodna. Przyciągnął ją do siebie i objął. Jennifer wtuliła twarz w jego ramię. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Mike zamknął oczy. Czuł pod palcami jej plecy i dopiero wtedy uwierzył, że naprawdę jest tutaj. Że żyje. Że może jej dotknąć.

— Tak bardzo tęskniłem — wyszeptał.

W jego głosie było wszystko: ulga, miłość, strach i nadzieja na lepsze jutro. Długo nie mógł się od niej oderwać, jednocześnie próbując dodatkowo ogrzać ją własnym ciałem. Jennifer również nie chciała go puścić. W końcu rozluźnili uścisk. Mike otarł dłonią policzek żony i przez moment jeszcze na nią patrzył.

— Już jestem — powiedział cicho.

Jennifer tylko skinęła głową. Kiedy Mike w końcu podszedł do sąsiedniego łóżka, Martin spojrzał na niego i lekko się uśmiechnął.

— Dobrze cię widzieć, przyjacielu. — uścisnął jego dłoń.

— Ciebie również.

Martin pokiwał głową. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Obaj wiedzieli, że przeżyli coś, czego nie da się łatwo opowiedzieć.

Następnego ranka Martin obudził się wcześniej niż zwykle. Przez chwilę leżał nieruchomo, patrząc na jasny prostokąt okna. Nie było śniegu. Nie było lodowatego wiatru wciskającego się przez szczeliny prowizorycznego schronienia, jakim był rozbity samolot. Nie było nieustannego poczucia zimna, które przez wiele miesięcy towarzyszyło mu niemal bez przerwy. Był za to cichy szum szpitalnego korytarza, odległe kroki pielęgniarek i zapach kawy dobiegający z dyżurki. Martin wsłuchał się w te dźwięki. Zwyczajne. Tak bardzo zwyczajne. A jednak nigdy wcześniej nie brzmiały dla niego tak pięknie. Uśmiechnął się do siebie. Po raz pierwszy od jedenastu miesięcy obudził się w miejscu, w którym nie musiał zastanawiać się, jak przetrwać kolejny dzień. Kilka dni później lekarz przyszedł z dobrymi wiadomościami.

— Jeśli wyniki pozostaną takie jak dzisiaj, jutro was wypiszemy.

Jennifer spojrzała na Martina. W jej oczach pojawiło się coś, czego przez ostatnie miesiące prawie nie widział — zwyczajna, nieskrępowana radość.

— Jutro? — zapytała z niedowierzaniem.

— Jutro — potwierdził lekarz.

Kiedy wyszedł, przez chwilę oboje milczeli. Powinni się cieszyć. I rzeczywiście się cieszyli. Jednak nie potrafili cieszyć się tak, jak wyobrażali sobie to wcześniej. Przez długi czas marzyli o ciepłym łóżku, gorącym prysznicu, normalnym jedzeniu i czystych ubraniach. Marzyli o tym, żeby móc zamknąć za sobą drzwi własnego domu i zasnąć bez strachu. Teraz, kiedy wszystko to było na wyciągnięcie ręki, zaczynali rozumieć, że powrót do normalności może wcale nie oznaczać powrotu do tego samego życia. Oboje się zmienili. I oboje o tym wiedzieli.

Następnego dnia Martin długo wiązał sznurówki. Dłonie wciąż miał osłabione, przez co prosta czynność zajmowała mu znacznie więcej czasu niż dawniej. Jennifer stała przy oknie i patrzyła na parking. Nagle zauważyła znajome auto. Na jednym z miejsc parkingowych zatrzymał się niebieski Ford. Kierowca nie był sam. Jennifer rozpoznała Mike'a i odruchowo uśmiechnęła się. Po chwili cała czwórka znów była razem. Wzruszeń nie było końca. Uściski trwały długo. Pojawiły się łzy, śmiech i niedowierzanie. Nikt nie próbował udawać, że jest inaczej. Po prostu cieszyli się swoją obecnością. A kiedy po chwili Jennifer i Martin wychodzili ze szpitala, zatrzymali się przed wejściem. Martin zrobił kilka kroków i uniósł twarz do słońca. Promienie ogrzały jego skórę. Powietrze było chłodne, ale nie boleśnie zimne. Wziął głęboki oddech. Jennifer stanęła obok męża. Spojrzała na niego i mocno uścisnęła jego dłoń. Przez chwilę stali bez słowa. Po raz pierwszy od jedenastu miesięcy nie musieli walczyć o przetrwanie. Byli wolni. Pierwsze dni po powrocie były jednak trudne. Martin nie potrafił spać przez całą noc. Budził się gwałtownie przy najmniejszym hałasie. Czasem wystarczało skrzypnięcie drzwi albo szum wiatru za oknem, żeby jego serce zaczynało bić szybciej. Zdarzało mu się również budzić w środku nocy z poczuciem, że za chwilę temperatura spadnie tak nisko, że nie będzie w stanie przetrwać do rana. Jennifer miała podobnie. Nie lubiła zamkniętych pomieszczeń. W windzie czuła niepokój, a podczas zakupów potrafiła nagle zatrzymać się między półkami, przytłoczona ilością produktów, świateł i ludzi. Czasami sama nie wiedziała, dlaczego ogarnia ją panika. Mike widział zachowanie żony i próbował pomóc jej wrócić do cywilizacji. Proponował jej małe, zwyczajne rzeczy. Ciepłą kąpiel w wannie, o której tak długo marzyła. Wspólne śniadanie przy stole. Spacer do pobliskiego parku. Zakupy. Kolację. Wieczór spędzony przed telewizorem. Na początku wszystko wydawało się nierealistyczne. Ciepła woda była niemal luksusem. Jedzenie na pełnym stole wydawało się czymś niewiarygodnym. A zwykła cisza w domu potrafiła wywołać niepokój. Dużo rozmawiali o dniach, kiedy Jennifer była przekonana, że nie przeżyje kolejnej nocy. O chwilach, kiedy Martin tracił nadzieję. I o tych drobnych rzeczach, które mimo wszystko pozwoliły im przetrwać. Czasami wspominali wydarzenia, o których wcześniej nie mieli odwagi mówić. Innym razem siedzieli obok siebie w ciszy, nie potrzebując żadnych słów. Powoli Jennifer odzyskiwała siebie. Dzień po dniu. Krok po kroku. Z pomocą męża wracała do swoich dawnych przyzwyczajeń i zainteresowań. Zaczęła znów czytać. Coraz częściej wychodziła z domu. Powoli odzyskiwała apetyt i energię. Uczyła się na nowo cieszyć rzeczami, które przed katastrofą wydawały się zupełnie zwyczajne. Mike cieszył się z każdego, nawet najmniejszego postępu. Jednak nie do końca było tak, jak powinno. Była między nimi pewna granica, której Jennifer nie potrafiła przekroczyć. Ilekroć Mike miał ochotę się do niej zbliżyć, ona znajdowała wymówkę. Czasami mówiła, że jest zmęczona. Innym razem, że źle się czuje. A czasami po prostu odsuwała się i mówiła łagodnym głosem:

— Nie jestem jeszcze gotowa.

Mężczyzna nie naciskał. Wiedział, że żona potrzebuje czasu. Rozumiał, że jedenastu miesięcy spędzonych w ekstremalnych warunkach nie da się wymazać kilkoma tygodniami spokojnego życia. Wiedział też, że Jennifer musiała najpierw odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Jednak on również miał swoje potrzeby. Ciężko było mu patrzeć na ukochaną kobietę i nie móc robić z nią tych wszystkich rzeczy, które wcześniej były dla nich czymś naturalnym. Brakowało mu nie tylko seksu, ale przede wszystkim bliskości, spontanicznego dotyku i poczucia, że znów są ze sobą naprawdę blisko. Starał się to rozumieć. Starał się być cierpliwy. Ale z każdym kolejnym dniem coraz trudniej było mu udawać, że problem nie istnieje. W końcu postanowił porozmawiać o tym z przyjacielem. Mimo późnej pory udał się do jego domu. Przez całą drogę towarzyszyło mu nieprzyjemne uczucie, że być może popełnia błąd. W głowie miał tyle wątpliwości i pytań, że sam nie wiedział, czy naprawdę chce poznać odpowiedzi. Kiedy stanął przed drzwiami, przez chwilę się zawahał. Uniósł rękę, zamierzając zapukać, ale zanim zdążył dotknąć drzwi, te nagle się otworzyły.

— Wejdź — powiedział Martin, stojąc po drugiej stronie. W dłoni trzymał kubek z kawą. Mike wszedł do środka. Od razu przeszli do salonu. Martin wskazał mu miejsce, a sam usiadł naprzeciwko. Przez kilka sekund żaden z nich się nie odzywał.

— A gdzie jest Patricia? — zapytał w końcu Mike, rozglądając się po pomieszczeniu. Dopiero teraz uświadomił sobie, że nie jest pewien, czy przyjaciel będzie mógł z nim swobodnie porozmawiać.

— Pojechała po zakupy jakiś czas temu. Pewnie niedługo wróci.

Martin upił łyk kawy. Cisza trwała dłuższą chwilę. Ta rozmowa była trudniejsza do rozpoczęcia, niż obaj się spodziewali. Martin siedział naprzeciwko przyjaciela, obracając w dłoniach kubek, jakby próbował znaleźć na jego powierzchni odpowiednie słowa. Mike wziął głęboki oddech.

— Tracę ją, Martin — powiedział nagle. — Tracę swoją żonę.

Martin spojrzał na niego uważniej.

— Co masz na myśli?

W jego głosie pojawiło się lekkie zdenerwowanie. Pytanie zabrzmiało niewinnie, ale Mike miał wrażenie, że pod nim kryje się coś więcej. Jakby Martin doskonale wiedział, dokąd zmierza ta rozmowa, a jednocześnie nie chciał tego pokazać.

— Trochę już minęło od czasu, kiedy was odnaleźli. Między mną a Jennifer niby jest dobrze. Śmiejemy się, rozmawiamy, spędzamy razem czas... — Mike urwał i przez chwilę wpatrywał się w podłogę. — Ale mam wrażenie, że część jej wciąż jest na wyspie.

Martin spuścił wzrok. Doskonale wiedział, o czym mówi przyjaciel. Sam każdego dnia budził się z poczuciem, że jakaś część jego życia została tam — w śniegu, lodzie i niekończącej się bieli. Rok spędzony z Jennifer z dala od cywilizacji pozostawił ślady, których nie dało się dostrzec na pierwszy rzut oka. I których nie dało się tak po prostu zapomnieć.

— Daj jej czas — powiedział cicho.

— Ciągle to sobie powtarzam.

Martin spojrzał na niego.

— I? Mike westchnął ciężko.

— I zaczynam się zastanawiać, czy ona w ogóle jeszcze mnie kocha.

Te słowa zawisły między nimi. Martin przez chwilę patrzył na przyjaciela, nie odpowiadając. W końcu podniósł wzrok i spojrzał mu prosto w oczy.

— Przez ostatnie miesiące naprawdę wiele przeszliśmy. Strach, głód, zimno i chwile, kiedy oboje byliśmy przekonani, że nikt nigdy nas nie odnajdzie. To było na porządku dziennym. Każdy dzień zaczynał się od walki o przetrwanie, a kończył pytaniem, czy następnego ranka w ogóle się obudzimy. — Martin zrobił krótką przerwę. — Po czymś takim trudno jest przejść do codziennych spraw ot tak. Nie da się po prostu wrócić do normalnego życia i udawać, że ten rok nigdy się nie wydarzył.

Mike pokiwał głową. Rozumiał to. A przynajmniej bardzo chciał wierzyć, że rozumie. Problem polegał na tym, że sama świadomość tego nie sprawiała, że było mu łatwiej. I znowu zapadła cisza. Mike, dotąd towarzyski i wygadany, po raz pierwszy od wielu lat prowadził rozmowę, która zupełnie nie układała się tak, jak tego chciał. Każde kolejne słowo wydawało się ryzykowne, a pytanie, które zamierzał zadać, mogło zmienić wszystko. — Martin... Muszę wiedzieć — zaczął w końcu Mike. — Czy...

Urwał. Słowa zawisły między nimi, ponieważ w tym samym momencie drzwi wejściowe się otworzyły.

— O! Witaj, Mike! — przywitała się Patricia, wchodząc do środka z torbami pełnymi zakupów. — Co u ciebie? Jak się czuje Jennifer? Kobieta zadawała kolejne pytania, nie wiedząc, że właśnie przerwała rozmowę, w której najważniejsze pytanie nie zostało jeszcze zadane. Mike szybko przybrał neutralny wyraz twarzy.

— Dobrze. Powoli wraca do siebie.

— Zjesz coś? Daj mi chwilę. Zaraz coś przyrządzę — powiedziała Patricia, stawiając torby na blacie.

— Nie, dziękuję. Już wychodzę. Chciałem tylko zobaczyć, jak się czuje Martin.

Patricia spojrzała na partnera

— Czułby się znacznie lepiej, gdyby słuchał lekarzy.

Mike uśmiechnął się lekko.

— Zawsze był uparty.

Zażartował, ale w głębi duszy wcale nie było mu do śmiechu. Martin nie odpowiedział. Wiedział, że Mike oczekuje od niego szczerości. Wiedział też, że istnieją rzeczy, o których nie mógł mówić. Rzeczy, które wydarzyły się podczas tego roku. Wspomnienia, które wciąż były zbyt świeże i zbyt bolesne, by można było zamknąć je w kilku zdaniach. Mike ruszył w stronę wyjścia.

— Odprowadzę cię — powiedział Martin.

— Co to, to nie — zaprotestowała kobieta. — Ja to zrobię. Ty masz odpoczywać. Jeśli chcesz się przydać, pokrój warzywa na sałatkę.

Martin spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem, ale nic nie odpowiedział. Patricia podeszła do Michaela i gestem nieuznającym sprzeciwu wskazała mu drogę do drzwi.

— Jak się czujesz? — zapytała patrząc na zmęczoną twarz kolegi Mike przez moment milczał.

— Szczerze? Ciężko. Staram się robić wszystko, żeby zadowolić Jen. Jestem przy niej, rozmawiam z nią, próbuję sprawić, żeby czuła się bezpiecznie... ale mam wrażenie, że to wciąż za mało. Patricia zatrzymała się.

— Musisz z nią porozmawiać. Mike spojrzał na nią jakby nie słyszała.

— Przecież rozmawiamy.

— Nie o tym, czego ty od niej oczekujesz — powiedziała spokojnie. — Zapytaj ją, czego ona potrzebuje.

Mężczyzna przez chwilę nic nie mówił. Te słowa trafiły w niego mocniej, niż się spodziewał. W końcu zrozumiał.

— Masz rację — pokiwał głową

Patricia uśmiechnęła się lekko.

— Jeszcze jedno. — powiedziała

— Słucham.

— Za kilka dni chcę wydać przyjęcie na cześć Martina i Jennifer. Z okazji tego, że zostali odnalezieni cali i zdrowi. Zaprosimy rodziny, przyjaciół... wszystkich, którzy przez ten czas byli z nami.

Mężczyzna spojrzał na nią z zainteresowaniem.

— Myślisz, że to dobry pomysł?

— Myślę, że może nam pomóc wrócić do codzienności. Przypomnieć im, że poza tamtą wyspą nadal istnieje normalne życie.

Mike przez chwilę się zastanawiał.

— Możesz mieć rację.

Na jego twarzy pojawił się cień nadziei. Pożegnał się z Patricią i skierował do samochodu. Kiedy usiadł za kierownicą, jeszcze przez moment siedział bez ruchu.

"Zapytaj ją, czego ona potrzebuje" — słowa przyjaciółki wciąż krążyły mu po głowie. W końcu wpadł na pomysł, który wydał mu się prosty, a jednocześnie niemal idealny. Chciał pokazać żonie, że tamten koszmar naprawdę się skończył. Że mogą zostawić go za sobą. Że nie muszą już każdego dnia żyć w strachu. Postanowił zabrać ją do miejsca, w którym oboje zawsze czuli się dobrze. Na wyspę. Kiedyś nie potrzebowali żadnego powodu, żeby wsiąść do samochodu i ruszyć przed siebie. Wystarczyło, że mieli wolny weekend i ochotę na ucieczkę od codzienności. Uśmiechnął się na samą myśl o tym. Kiedy zaparkował przed domem, przez chwilę siedział nieruchomo, z dłońmi opartymi na kierownicy. W końcu wysiadł z samochodu i wszedł do domu. Od razu usłyszał jej głos.

— Mike?

Zatrzymał się w przedpokoju.

— Jestem.

Jennifer pojawiła się w drzwiach salonu. Na jej twarzy natychmiast pojawił się uśmiech, który za każdym razem robił z nim coś, czego nie potrafił nazwać.

— Gdzie byłeś?

— Musiałem coś załatwić.

Jennifer przyjrzała mu się uważnie.

— I dlatego wyglądasz, jakbyś właśnie dokonał napadu na bank?

Mike roześmiał się. Ten jeden, drobny żart wystarczył, żeby poczuł przypływ nadziei.

— Patricia organizuje przyjęcie dla ciebie i Martina.

Jennifer przez chwilę nic nie mówiła.

— Nie wiem, czy to dobry pomysł.

— Myślę, że dobry. Takie spotkanie może dobrze zrobić nam wszystkim. Będziemy mogli zobaczyć się z rodziną i przyjaciółmi. Przez tak długi czas byliśmy od nich odcięci.

Jennifer spuściła wzrok.

— Może masz rację — przyznała po chwili.

Mike zawahał się, ale postanowił wykorzystać moment.

— Chciałbym zabrać cię na wyspę — wypalił nagle.

Kobieta spojrzała na niego zaskoczona.

— Na wyspę?

— Tak. —

Uśmiechnął się niepewnie.

— Pamiętasz, jak kiedyś tam jeździliśmy? Zawsze dobrze się tam czuliśmy. Problemy jakoś znikały. Może teraz również nam pomoże?

Kobieta milczała. W jej oczach pojawiło się coś, czego Mike nie potrafił odczytać. Wspomnienie? Strach? A może tęsknota?

— Zastanowię się — powiedziała w końcu. — Teraz idę spać. Nie siedź za długo. Odwróciła się i skierowała na górę. Mike został sam w przedpokoju. Patrzył za nią jeszcze przez chwilę, zastanawiając się, czy właśnie zrobił krok w dobrą stronę. Jennifer weszła do sypialni i niemal od razu położyła się do łóżka. Była zmęczona. Nie tylko fizycznie. Ostatnie tygodnie wyczerpały ją bardziej, niż chciała przyznać. Przykryła się kołdrą i zamknęła oczy. Zanim jednak zasnęła, jej myśli ponownie wróciły do propozycji męża. "Wyspa". Samo to słowo budziło w niej sprzeczne uczucia. Z jednej strony była miejscem koszmaru, którego nie potrafiła wymazać z pamięci. Miejscem strachu, zimna, głodu i niepewności. Z drugiej strony... Bez pracy, bez problemów, które wcześniej wydawały się tak ważne. Tam wszystko było prostsze. Może Mike rzeczywiście miał rację. Może właśnie tego potrzebowali.?

Przez następne kilka dni ich życie toczyło się pozornie normalnie. Mike chodził do pracy, a Jennifer powoli „wkręcała się” w życie swojej firmy. Z każdym dniem coraz więcej czasu poświęcała sprawom, które wcześniej odkładała na później. Wieczorami rozmawiali o wyjeździe. Stopniowo zaczęli ustalać szczegóły. W końcu wybrali termin. Wyjazd zaplanowali dzień po przyjęciu Patricii, które miało odbyć się jutro wieczoru. Mike coraz częściej łapał się na tym, że czeka na ten wyjazd z niecierpliwością. Może wystarczyło przypomnieć Jennifer, że ich życie nie skończyło się tamtej zimy?

Następnego ranka Mike wstał wcześniej. Przygotował sobie kawę, zjadł śniadanie, sprawdził telefon i upewnił się, że ma wszystko, czego potrzebuje. Czekało go kilka spotkań z klientami, a w drodze powrotnej musiał jeszcze zrobić zakupy na wyjazd, który rozpoczynał się następnego dnia. Nie lubił zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę. Poprawił marynarkę, mankiety koszuli i skierował się w stronę drzwi.

— Kochanie, wychodzę! — zawołał z dołu.

W domu panowała cisza. Zatrzymał się na moment i nasłuchiwał.

„Może jeszcze śpi” — pomyślał.

Ostatni rok był dla niej wyjątkowo trudny. Mike nauczył się już, że jej rytm dnia potrafił zmieniać się z tygodnia na tydzień. Bywały poranki, kiedy wstawała jeszcze przed świtem, ale zdarzało się również, że spała do późna. Mimo wszystko postanowił się upewnić, że wszystko jest w porządku. Odłożył kluczyki na stolik i ruszył po schodach. Poranne światło przeciskało się przez zasłony, tworząc na podłodze długie, jasne smugi. Skręcił w prawo i wtedy ją zobaczył. Na końcu korytarza, w sypialni, Jennifer właśnie wychodziła z łazienki. Miała na sobie swoją krótką, szarą piżamę. Mike doskonale ją znał. Od dawna uważał, że właśnie w niej żona wygląda najbardziej zmysłowo. Mężczyzna zatrzymał się na chwilę. Kobieta nie zauważyła go. Jej włosy były jeszcze wilgotne po prysznicu, a kilka kosmyków przykleiło się do szyi. Przeszła przez sypialnię i pochyliła się nad łóżkiem, żeby poprawić pościel. Mike poczuł znajome ukłucie pożądania. Uśmiechnął się pod nosem. Zapomniał na moment o spotkaniach, zakupach i całym napiętym planie dnia. Ruszył w stronę sypialni. Z każdym krokiem jego ubranie zaczynało znikać.

Najpierw marynarka, potem odpiął pasek i guzik spodni. Gdy wszedł do sypialnego pokoju, Jennifer klęczała na brzegu łóżka, poprawiając pościel. Odwrócona tyłem, nie zauważyła męża. Za to on zauważył dokładnie ogoloną "muszelkę". W tym momencie rozpiął rozporek i wyjął penisa ze spodni. Zbliżył się do kobiety i nie pytając o pozwolenie, wszedł w nią od tyłu, nie sprawdzając nawet, czy jest gotowa. BYŁA. Była tak bardzo mokra, że z ust Jennifer wydobył się długi jęk rozkoszy. Michael zaczął ją ostro i szybko posuwać. Kochanka również nie była bierna. Nadziewała się na "drągala" upewniając się, że wchodzi w nią cały. Tak bardzo tego potrzebowała. Tak długo nie miała w sobie mężczyzny, o którym ostatnio tyle myślała. Pozwoliła tej chwili trwać jak najdłużej, a gdy po kilkunastu minutach Mike skończył w środku, uśmiechnięta i spełniona Jennifer odwróciła się i... Z jej twarzy zniknął błogi uśmiech, a pojawiło się rozczarowanie. To nie był mężczyzna, który przeżył z nią ostatni rok, walcząc o życie. To nie był penis o którym myślała. Jednak było już za późno. Soki zaczęły wypływać z "jaskini rozkoszy" między nogami.

—Super — powiedziała rozżalona. —Teraz znowu będę musiała się wykąpać.

I nie czekając na reakcję męża, ruszyła do łazienki. Mike nie wiedział, co o tym sądzić. Postanowił to zignorować. W końcu rozumiał żonę. Dopiero co brała prysznic, więc mogła być nieco niezadowolona. To było najprostsze wyjaśnienie. Nie miał czasu na dalsze rozmyślania.

— Wychodzę — powiedział, poprawiając ubranie i zapinając pasek.

— Pamiętaj, że wieczorem idziemy na przyjęcie. Postaram się być w domu przed szesnastą. Z łazienki dobiegł go szum wody.

— Pamiętam — odpowiedziała Jennifer Kilka spotkań z klientami , telefonów i zakupy na jutrzejszy wyjazd — właśnie tak minęła większa część dnia. Po południu coraz częściej zerkał na zegarek. Chciał zdążyć. Nie dlatego, że spóźnienie na przyjęcie byłoby czymś wyjątkowo kłopotliwym. Po prostu wiedział, że dla Jennifer ten wieczór będzie trudniejszy, niż próbowała przyznać. Minął rok. Rok, podczas którego wiele się zmieniło. Kiedy zaparkował auto przed domem i wszedł do środka, Jennifer była już gotowa. Stała w salonie. Mike zatrzymał się w progu. Przez kilka sekund nie powiedział ani słowa. Kobieta wyglądała zupełnie inaczej niż rano. Miała na sobie czerwoną sukienkę sięgającą za kolana. Jej krój był prosty i ponadczasowy, a jednocześnie doskonale podkreślał sylwetkę. Materiał miękko układał się przy każdym ruchu. Do sukienki dobrała klasyczne szpilki w kolorze nude i niewielką kopertówkę w odcieniu złota. Na jej nadgarstku połyskiwała cienka bransoletka. Niewielkie kolczyki delikatnie odbijały światło, a subtelny naszyjnik spoczywał na szyi. Włosy miała ułożone w miękkie fale. Makijaż był delikatny, ale starannie wykonany. Wyraziste rzęsy, delikatnie podkreślone oczy i czerwona szminka harmonizująca z kolorem sukienki. Kobieta podeszła do męża pewnym krokiem, uśmiechnęła się lekko, sprawiając wrażenie osoby gotowej na wyjątkowy wieczór. Wyglądała tak zjawiskowo, że Mike zaniemówił, patrząc na żonę.

— Wyglądasz... Wspaniale —wydukał w końcu.

— Dziękuję. — odpowiedziała.

—Idziemy? — zapytała biorąc kremowy płaszcz.

W drodze do restauracji Jennifer prawie w ogóle się nie odzywała. Patrzyła jedynie za okno. — Mhmm — chrząknął kierowca, by zwrócić na siebie uwagę.

Prawą rękę zdjął z kierownicy i położył ją na gałce zmiany biegów.

— Widzę, że coś Cię trapi. Czy na pewno jesteś gotowa, by iść na przyjęcie? Jeśli chcesz, możemy zawrócić. — powiedział zatroskany mężczyzna.

Dopiero teraz spojrzała w jego stronę.

— Nie, nie trzeba. Wszystko dobrze. Po prostu... trochę się martwię. Minął rok. Nie wiem jak zachowają się znajomi i rodzina.

— Na pewno ucieszą się, gdy Cię zobaczą. Tak jak ja. — szczerze odpowiedział rozmówca. Jennifer uśmiechnęła się lekko, ponownie kierując wzrok za okno, zupełnie lekceważąc ich mały znak. Mike próbował jeszcze zagadywać pasażerkę, ale widząc niechęć do rozmowy, dał sobie spokój. Przez resztę drogi w samochodzie panowała cisza. Jedynym dźwiękiem był równomierny szum silnika i muzyka w radio. Za oknem przesuwały się światła mijanych aut, witryny sklepów i sylwetki ludzi spieszących dokądś mimo późnej pory. Dzisiejszy wieczór miał być prosty. Kolacja ze znajomymi i rodziną, trochę rozmów, śmiechu, może kilka wspomnień, które wszyscy znali na pamięć, ale mimo to lubili do nich wracać. Jennifer chciała jechać, tyle że teraz, siedząc obok męża, wyglądała tak, jakby najbardziej na świecie pragnęła znaleźć się gdziekolwiek indziej. Po chwili zatrzymali się przed restauracją. Przez duże okna widać było ciepłe światło lamp i poruszających się przy stolikach ludzi. Przy wejściu stał niewielki tłumek, a przez uchylone drzwi wydostawał się gwar rozmów. Mike zgasił silnik. Przez moment żadne z nich się nie poruszyło.

— Gotowa? — zapytał w końcu.

Jennifer odpięła pas.

— Jasne.

Wysiadła z samochodu, zanim mąż zdążył obejść auto i otworzyć jej drzwi. Poprawiła płaszcz i ruszyła w stronę wejścia. Mike zamknął samochód i szybko ją dogonił. Gdy tylko weszli do środka, uderzyło w nich przyjemne ciepło i zapach świeżo przygotowanego jedzenia. Po chłodzie panującym na zewnątrz wnętrze restauracji wydawało się jeszcze bardziej przytulne. Przy jednym z większych stolików siedziała już rodzina Jennifer. Jej matka, która najwyraźniej od kilku minut wypatrywała ich przy wejściu, natychmiast ich zauważyła. Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

– Nareszcie! – zawołała.

– Zaczynaliśmy się zastanawiać, czy w ogóle dotrzecie.

Jennifer odpowiedziała uśmiechem i podeszła do stołu. Matka wstała jako pierwsza i mocno ją przytuliła. Przez chwilę trzymała córkę w ramionach, jakby wciąż nie mogła uwierzyć, że ta naprawdę stoi teraz przed nią, żywa i bezpieczna. Potem Jennifer przywitała się z bratem, jego żoną oraz dwojgiem kuzynów. Były uściski, pocałunki w policzek, krótkie pytania o samopoczucie, podróż i pracę. Wszyscy zostali wcześniej uprzedzeni, by nie wypytywać o trudny czas spędzony poza domem. Nikt nie chciał stawiać jej w niezręcznej sytuacji ani zmuszać do opowiadania o wydarzeniach, o których być może sama jeszcze nie potrafiła mówić. Grenlandia pozostawała tematem, którego tego wieczoru należało unikać. Po drugiej stronie stołu siedziała rodzina Mike’a. Tam również nie zabrakło serdecznych powitań. Kolejne osoby podchodziły do Jennifer, witając ją z radością, a ona odpowiadała na każde słowo i gest, starając się zachowywać naturalnie. Początek wieczoru minął spokojnie. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Ktoś opowiedział zabawną historię z wakacji, ktoś inny wspomniał o planach na święta. Pojawiały się wspomnienia z dawnych lat, rodzinne żarty i drobne anegdoty, które dla osób z zewnątrz nie miałyby żadnego znaczenia, ale przy tym stole wywoływały salwy śmiechu. Kelner przyniósł przystawki, a później dania główne. Rozmowy nie milkły nawet na chwilę. Z każdą kolejną minutą atmosfera przy stole stawała się coraz swobodniejsza. Śmiech pojawiał się coraz częściej. Jennifer również się śmiała. Mike obserwował żonę ukradkiem, jakby próbował upewnić się, że naprawdę dobrze się czuje. Za każdym razem, gdy widział jej uśmiech, choć na chwilę opuszczało go napięcie. Przez ostatni czas przyzwyczaił się do ciągłego oczekiwania na najgorsze. Teraz chciał po prostu uwierzyć, że ten wieczór będzie początkiem powrotu do normalnego życia. Kiedy rozdzielali się i rozmawiali z innymi osobami przy stole, Mike co jakiś czas zerkał na Jennifer. Wyglądało na to, że wszystko zaczyna wracać do normy. Przynajmniej z zewnątrz. – Pamiętacie, jak Jennifer w wieku siedemnastu lat uciekła z domu przez okno? – zapytał nagle jej brat.

Jennifer spojrzała na niego z udawanym oburzeniem.

– Nie uciekłam – zaprotestowała.

– Nie?

– Po prostu wyszłam.

– Przez okno? – zapytał, unosząc brwi.

– Drzwi były zamknięte. Kilka osób wybuchło śmiechem.

– Gdy rodzice się o tym dowiedzieli, przez kolejne dwa tygodnie znałaś drogę tylko do szkoły i z powrotem – dodał jej brat.

Tym razem wszyscy roześmiali się jeszcze głośniej. Jennifer pokręciła głową, ale sama również się śmiała. Mike spojrzał na żonę. Tym razem jej uśmiech był szczery. Przez moment ich spojrzenia się spotkały. Jennifer patrzyła na niego przez kilka sekund. W jej oczach nie było już tego napięcia, które Mike zauważał wcześniej. Potem odwróciła wzrok i ponownie włączyła się do rozmowy. Wieczór płynął dalej.

W miarę upływu czasu Jennifer coraz bardziej angażowała się w konwersację. Rozmawiała z kuzynami, żartowała z bratem, odpowiadała na pytania matki. Nikt nie wracał do Grenlandii. Nikt nie pytał jej, jak dała sobie radę, co jadła, gdzie spała ani co robiła przez tak długi czas. Po raz pierwszy od powrotu mogła po prostu siedzieć z rodziną. Bez tłumaczenia się. Bez opowiadania. Bez ciągłego przypominania sobie, że wydarzyło się coś, czego nikt przy tym stole nie potrafił w pełni zrozumieć. Mike również zaczął się rozluźniać. Kilka razy ich dłonie zetknęły się przypadkiem, gdy oboje sięgali po coś ze stołu. Za każdym razem Jennifer niemal natychmiast odsuwała swoją rękę. Mike zauważył to. Nie komentował. Nie chciał jej naciskać. Wiedział, że potrzebuje czasu. Później pojawiła się kawa i słodkości. Niektórzy goście zaczęli odchodzić od stołu, tworząc mniejsze grupki i rozmawiając na osobności. Matka Jennifer wykorzystała ten moment. Podeszła do córki i przez chwilę po prostu na nią patrzyła.

– Dobrze się czujesz? – zapytała z troską w głosie.

Jennifer uniosła wzrok.

– Tak, mamo. Jestem już tylko trochę zmęczona.

Matka jeszcze przez chwilę przyglądała się jej twarzy. Widać było, że nie jest do końca przekonana, ale nie chciała naciskać. Kobieta delikatnie pogładziła córkę po dłoni. W tym samym czasie Mike podszedł do Patricii, która stała z narzeczonym.

– Wspaniałe przyjecie – zwrócił się do kobiety, podnosząc kieliszek lekko w górę. – Cieszymy się, że jesteście z nami Martin uśmiechnął się i skinął głową.

– My też.

W tym momencie do rozmówców podszedł Adam.

– Mogę cię prosić na chwilę? Chodzi o tę spółkę inwestycyjną, którą się zajmujesz – zwrócił się do Martina.

Mike spojrzał na gościa, jakby chciał mu coś powiedzieć.

– Tylko dwie minuty. Serio – zaraz dodał Adam, widząc minę brata

Martin uśmiechnął się przepraszająco do pozostałych i odszedł z Adamem nieco dalej. Mike został z Patricią. Przez chwilę oboje milczeli. W końcu spojrzała na Mike’a.

– Jak się czujesz? – odezwała się.

Mike przeniósł na nią wzrok.

– Cieszę się, że się odnalazła – kontynuował po chwili. – Bardziej, niż potrafię to opisać. Przez cały ten czas miałem w głowie najgorsze scenariusze. Ale... jej zachowanie, sposób bycia... Są nieco inne.

Zawiesił głos. Spojrzał na żonę, która nadal rozmawiała z matką.

– Może to przez stres. Przez powrót do cywilizacji... – powiedział po chwili. – Przez to wszystko, co przeżyła.

– Tak, mam tak samo – przyznała Patricia.

Mike spojrzał na nią uważniej.

– Przez tak długi czas osamotnienia człowiek przyzwyczaja się do myśli, że nie zobaczy już ukochanej osoby. A potem nagle ona wraca i wszystko powinno być jak dawniej. Tylko że nie jest. — zakończyła

Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu. Patricia zaczęła bezwiednie bawić się bransoletką na nadgarstku.

– To chyba najtrudniejsze – powiedziała ciszej. – Że można odzyskać człowieka, a niekoniecznie odzyskać to, co było wcześniej.

Mike przytaknął. Przez kilka sekund żadne z nich się nie odezwało.

– Chcę, żeby Jennifer czuła się bezpiecznie. Żeby znowu mogła normalnie żyć. Chcę przestać budzić się w nocy z myślą, że znowu mogę ją stracić.

Patricia spojrzała na niego ze smutkiem. Położyła rękę na jego ramieniu. Był to prosty, przyjacielski gest. Chciała w ten sposób pokazać mu, że rozumie, co czuje. Nie wiedziała, że ktoś ich obserwuje. Jennifer. Jej spojrzenie zatrzymało się na dłoni przyjaciółki. Uśmiech na jej twarzy powoli zaczął znikać. Przez chwilę obserwowała ich bez słowa. Nie słyszała, o czym rozmawiają. Widziała tylko ich bliskość. Ich spojrzenia. Gest Patricii. Coś w środku kobiety zaczęło nieprzyjemnie pulsować.

– Przepraszam na chwilę. Muszę pójść do toalety – powiedziała w końcu do matki.

– Dobrze, kochanie.

Nie czekając na dalszą odpowiedź, ruszyła w stronę łazienki. Szła szybkim krokiem. Dopiero gdy znalazła się za drzwiami, zwolniła. Wzięła głęboki oddech. Ledwie powstrzymała łzy. Na szczęście pomieszczenie było puste, więc nikomu nie musiała tłumaczyć się ze swoich emocji. Podeszła do umywalki. Spojrzała w lustro. Jej odbicie wydawało się obce. Zmęczona twarz, podkrążone oczy, bladość, której wcześniej nie zauważała. Odkręciła wodę i oparła dłonie o umywalkę.

– Może to tylko moja wyobraźnia – pomyślała.

Przymknęła oczy.

– Przecież Mike nigdy by mnie z nią nie zdradził.

Chciała w to wierzyć. Z Mike’em byli małżeństwem od kilku lat. Ich małżeństwo od początku wyglądało inaczej niż związki większości ludzi. Mieli swój układ, swoje zasady - mogli sypiać z innymi partnerami, o ile jedno powiedziało o tym drugiemu. Nigdy nie było to dla nich powodem do kłótni. Nigdy nie przekraczali ustalonych granic. Zawsze byli wobec siebie szczerzy. Ostatni rok jednak wszystko zmienił. Jennifer zniknęła.

Mike został sam. I przez cały ten czas Patricia była obok. Jennifer otworzyła oczy. Długo patrzyła na swoje odbicie w lustrze, nie wiedząc, co ma zrobić. Odwróciła się i weszła do jednej z kabin. Zamknęła drzwi na zasuwkę. Usiadła na chwilę, próbując uspokoić myśli. Po kilku minutach w samotności do toalety weszły dwie rozgadane kobiety. Rozmawiały swobodnie, ale kiedy znalazły się w środku, ich dyskusja nagle ucichła, jakby chciały się upewnić, że są same. Jennifer zamarła. Znała te głosy.

– No powiedz, jaki był – zapytała pierwsza.

– Nic między nami nie było. Słowo – odpowiedziała druga.

Jennifer natychmiast rozpoznała głos. To była Patricia – jej przyjaciółka. Drugą kobietą była Mia, jej koleżanka. Jennifer siedziała nieruchomo.

– Na pewno było. Przecież widzę, jak na siebie patrzycie.

– To mąż mojej przyjaciółki i przyjaciel mojego narzeczonego. Nie robię takich rzeczy. Skończ z tymi pytaniami – odpowiedziała

W jej głosie wyraźnie słychać było irytację.

– Skończę dopiero, jak mi powiesz – ciągnęła dalej Mia.

Zapadła chwila ciszy. Jennifer poczuła, jak serce zaczyna jej bić szybciej.

– Powiem tak... – odezwała się w końcu Patricia. – Jeszcze żaden facet nie wytrzymał roku bez seksu.

Jennifer poczuła, jak ogarnia ją zimno. Mia zaśmiała się cicho.

– Wiedziałam.

Jennifer zacisnęła dłonie. Nie chciała słuchać dalej. A jednak nie potrafiła zatkać uszu.

– To jaki był? – dopytywała Mia.

– Cudowny. Tyle Ci wystarczy? – zapytała zirytowana natręctwem koleżanki.

Te jedno słowo wystarczyło. Jennifer zamknęła oczy. Po chwili usłyszała kroki. Kobiety wyszły z toalety. Drzwi zamknęły się za nimi. Przez kilka sekund Jennifer nadal siedziała w kabinie. Nie ruszała się. Nie płakała. Była po prostu oszołomiona. W końcu powoli odsunęła zasuwkę. Wyszła. Była rozżalona. Dopiero wtedy łzy ponownie pociekły jej po policzkach. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Nie chciała nawet dopuścić do siebie myśli, że jej mąż i przyjaciółka mogli ją zdradzić. Ale czy rzeczywiście mogła mieć im to za złe? Czy naprawdę mogła oczekiwać, że przez cały ten czas będzie żył tak, jakby nadal była obok niego? Nie znała odpowiedzi. A jednak bolało. Bolało tym bardziej, że chodziło o Patricię. Jej przyjaciółkę. Osobę, której ufała. Jennifer wytarła łzy. Obmyła twarz zimną wodą i przez chwilę patrzyła w lustro. Nie chciała robić sceny. Nie tutaj. Nie przy rodzinie. Szczególnie nie przy matce. Musiałaby wtedy odpowiadać na pytania, na które sama nie znała odpowiedzi. Osuszyła twarz papierowym ręcznikiem i wyszła z łazienki. Nie zamierzała wracać na przyjęcie. Odnalazła Mike’a. Stał niedaleko stołu i rozmawiał z jednym z gości. Jennifer podeszła do niego.

— Daj mi kluczyki od auta. — powiedziała tonem nie przyjmującym sprzeciwu. — Wrócisz sam do domu? — dodała po chwili.

Mike przyjrzał się żonie. Ale kobieta nie dała po sobie poznać, że coś jest nie tak.

— Coś się stało? — zapytał, próbując wybadać nastrój rozmówczyni.

— Źle się czuje. To wszystko.

— Może Cię odwieźć ? — Poradzę sobie. Ty zostań, zajmij się gośćmi. Nie chcę, by się martwili, szczególnie mama. Wiesz jak przeżywa takie sytuacje.

— Dobrze... — powiedział Mike, wyjmując kluczyki z kieszeni i podając Jennifer.

— Ale napisz jak dojedziesz.

— Napisze.

Przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy. Nie czekając na kolejne pytanie, ruszyła do wyjścia. Mike obserwował ją jeszcze przez kilka sekund. Coś było nie tak. Nie wiedział tylko co. Kilka minut później Jennifer siedziała już za kierownicą niebieskiego Forda. Zamknęła drzwi i przez chwilę siedziała nieruchomo. Położyła dłonie na kierownicy. Uruchomiła silnik. Ruszyła. W oddali pojawiały się znajome ulice. Kobieta skręciła w spokojniejszą drogę prowadzącą w stronę domu. Za oknami mijanych budynków widać było pojedyncze, ciepłe światła. Silnik cicho pracował, radio grało przyciszone, a noc wokół samochodu była niemal zupełnie pusta. Jennifer patrzyła przed siebie. Jechała dobrze znaną drogą, ale tym razem wszystko wydawało się inne. Jej twarz, zazwyczaj promienna, teraz była smutna i pełna goryczy. Łzy powoli spływały jej po policzku. Wtem ponownie przypomniała sobie słowa Patricii: „Był cudowny”. Zacisnęła dłonie na kierownicy. Rozpłakała się. Nie chciała w to wierzyć. Nie chciała wierzyć, że Mike mógł ją zdradzić. Nie chciała wierzyć, że Patricia mogła zrobić coś takiego. Gdy zapaliło się zielone światło, nie ruszyła od razu. Samochód za nią zatrzymał się kilka metrów dalej. Jennifer otarła łzy dłonią. Wzięła głęboki oddech. Ruszyła. "Jeszcze żaden facet nie wytrzymał roku bez seksu" - przypomniała sobie kolejne słowa przyjaciółki. Tym razem jednak coś się w niej zmieniło. Przez chwilę jechała dalej. Nagle spojrzała przed siebie, jakby właśnie coś sobie przypomniała. Jej płacz ustał. Zostało tylko napięcie. Jeden obraz. Jedna myśl. Jedno wspomnienie, którego nie potrafiła już od siebie odsunąć. Przestała płakać, jednak nie mogła dalej prowadzić. Zjechała na boczny parking i zatrzymała samochód. Wyłączyła silnik. Zapanowała cisza. Jennifer siedziała nieruchomo, patrząc przed siebie. Jej myśli coraz bardziej oddalały się od tego, co wydarzyło się tego wieczoru.

"Nie tylko facet nie wytrzyma roku bez seksu" – pomyślała. Wspomnieniami wróciła na jedną z grenlandzkich wysp.

...

Samolot rozbił się na zaśnieżonym, skalistym terenie, zaledwie kilkadziesiąt metrów od brzegu fiordu. Kadłub był poważnie uszkodzony. Jedno ze skrzydeł oderwało się podczas uderzenia i zniknęło gdzieś między skałami, a rozbite okno wpuszczało do środka lodowaty wiatr. Wokół nie było niczego poza białymi połaciami śniegu i ciemnymi, poszarpanymi górami. Żadnych dróg. Żadnych domów. Żadnych słupów energetycznych ani świateł. Nawet śladu ludzkiej obecności. Tylko wiatr, śnieg i góry. Wiedzieli, że muszą przetrwać do czasu, aż zjawi się ekipa ratunkowa. Początkowo byli przekonani, że stanie się to w ciągu kilku dni. Przecież ktoś musiał ich szukać. Ktoś wiedział, dokąd lecieli. Martin od razu zajął się schronieniem. Wzmocnił uszkodzoną część kadłuba, uszczelnił największe szczeliny i zakleił rozbitą szybę tym, co udało mu się znaleźć we wraku. Jennifer przeszukiwała samolot. Wyciągała wszystko, co mogło jeszcze okazać się przydatne: latarki, baterie, metalowe pojemniki, kawałki materiału, narzędzia, przewody, plastikowe butelki i fragmenty wyposażenia. Niczego nie wyrzucali. W miejscu takim jak to nawet najmniejszy przedmiot mógł pewnego dnia uratować im życie. Na szczęście Mike, jeszcze przed rozpoczęciem lotu, zaopatrzył samolot w niewielki zapas prowiantu. Kilka konserw, suchary, butelki wody i trochę innych produktów pozwoliło im przetrwać pierwsze dni. Wtedy jeszcze liczyli czas. Pierwszy dzień. Trzeci. Piąty. Każdego ranka Martin wychodził przed wrak i patrzył w niebo. Wypatrywał samolotu, śmigłowca albo choćby smugi dymu na horyzoncie. Jennifer robiła to samo. Nic. Minęły dwa tygodnie. Potem miesiąc. Śnieg nadal padał. Wiatr wciąż uderzał w kadłub z taką siłą, że nocami mieli wrażenie, jakby cały samolot miał za chwilę zostać porwany przez wichurę. Powoli zaczęli rozumieć, że zanim ktokolwiek ich odnajdzie, może minąć bardzo dużo czasu. O ile w ogóle ich odnajdzie. Kolejne miesiące były już walką o najbardziej podstawowe rzeczy: ogień, wodę i jedzenie. Ogień oznaczał ciepło. Ciepło oznaczało sen. A sen dawał im siłę, by przeżyć następny dzień. Wodę pozyskiwali głównie z roztapianego śniegu, choć Martin szybko odkrył, że samo wrzucenie śniegu do metalowego pojemnika i podgrzanie go nie zawsze wystarczało. Musieli oszczędzać paliwo. Największym problemem stało się jednak jedzenie. Zapas z samolotu skończył się szybciej, niż chcieli przyznać. Próbowali łowić ryby. Początkowo bez większego powodzenia. Zimna woda, silny wiatr i śliskie skały sprawiały, że każda wyprawa nad fiord była niebezpieczna. Kilka razy wracali z pustymi rękami, przemoknięci i wyczerpani. Z czasem zaczęli jednak poznawać okolicę. Zapamiętywali miejsca, w których można było znaleźć ryby, skorupiaki albo cokolwiek, co nadawało się do jedzenia. Uczyli się odczytywać ślady na śniegu i rozpoznawać zmiany pogody. Wiedzieli już, kiedy lepiej zostać przy wraku, a kiedy można było bezpiecznie oddalić się od obozu. Jednocześnie zaczęli szukać oznak ludzkiej obecności. Śladów opon, porzuconych narzędzi. Czegokolwiek. Z każdym miesiącem nadzieja mieszała się ze strachem. Pewnego dnia Martin wyruszył sam. Powiedział, że chce sprawdzić teren po drugiej stronie skalistego grzbietu. Jennifer próbowała go przekonać, żeby poczekał do następnego dnia, ale Martin uważał, że nie mogą bez końca siedzieć przy wraku i czekać na ratunek.

— Wrócę przed zmrokiem — powiedział.

Minęło popołudnie. Jennifer co kilka minut wychodziła przed wrak i spoglądała w stronę gór. Wiatr przybierał na sile. Słońce powoli zaczynało znikać za szczytami. Martin nadal się nie pojawiał. Po raz pierwszy od wielu miesięcy Jennifer naprawdę poczuła strach. Nie o siebie. O niego. Bała się, że wpadł do szczeliny między skałami. Że poślizgnął się na lodzie. Że został ranny i leży gdzieś samotnie, zbyt daleko, by mogła go usłyszeć. A najbardziej bała się, że już nie wróci. Nie chciała zostać sama na tym lodowatym pustkowiu. Tuż przed zachodem słońca dostrzegła coś na horyzoncie. Najpierw pomyślała, że to cień. Potem zobaczyła człowieka. Sylwetka powoli zbliżała się w jej kierunku, poruszając się ciężko po głębokim śniegu. Mężczyzna szedł pochylony, a za sobą ciągnął sanie. Jennifer wybiegła naprzeciw.

— Martin! Nareszcie!

Dopiero gdy znalazła się bliżej, zobaczyła, jak bardzo był wyczerpany. Twarz miał zaczerwienioną od zimna, brodę pokrytą lodem, a ręce drżały mu z wysiłku.

— Już zaczynałam się martwić. Gdzie byłeś tak długo?

Martin przez chwilę próbował złapać oddech.

— Znalazłem wrak samolotu — odpowiedział w końcu — Mniejszego niż nasz. Rozbił się po drugiej stronie grzbietu. Wygląda, jakby leżał tam od kilku lat. Ale część wyposażenia nadal się nadawała.

Wskazał na sanie. Jennifer podeszła bliżej.

— Mamy koce i fragmenty izolacji. Mogą nas ochronić przed zimnem. Jest też apteczka, butla z gazem, zapalniczki, kilka butelek wody i trochę żywności.

— A te metalowe części? — zapytała kobieta, widząc dwumetrowe rurki — Nie wiem jeszcze, do czego je wykorzystamy, ale mogą się przydać.

— Najważniejsze, że wróciłeś — powiedziała cicho kobieta.

Martin uśmiechnął się

— Jeszcze nie możemy się poddawać. Musimy przetrwać. — powiedział

Ich życie zaczęło przypominać rytuał. Rano woda. Poszukiwanie jedzenia. Wieczorem ogień i rozmowa. Potem sen. Najtrudniejsze okazało się nie zimno, tylko samotność. Jennifer zaczęła coraz częściej mówić o domu. O tym, że może już nigdy nie wróci do męża. Pewnego wieczoru rozpętała się burza. Wiatr uderzał we wraku samolotu tak mocno, że oboje bali się, że zostaną bez dachu. Jen usiadła obok Martina. Nie rozmawiali. Po prostu siedzieli blisko siebie. Reszta wydarzyła się bez wielkich słów. Jedno spojrzenie trwało odrobinę za długo, jedna dłoń znalazła się zbyt blisko drugiej. A potem granica, której oboje tak długo pilnowali, przestała mieć znaczenie. Mężczyzna pocałował kobietę delikatnie, ale pewnie. Przez moment pozostała nieruchoma, jakby chciała zapamiętać tę chwilę, po czym odpowiedziała mu z narastającą namiętnością. Przyciągnął ją bliżej, a ona oparła dłonie na jego ramionach. Ich pocałunki stawały się coraz bardziej intensywne. Każdy kolejny był odważniejszy od poprzedniego, jakby oboje wreszcie pozwalali sobie na to, czego tak długo sobie odmawiali. Nic nie stało na przeszkodzie, by posunąć się dalej. Ani mąż, ani narzeczona, ani burza, która szalała na zewnątrz. Dla kobiety, która lubiła sex, tak długa przerwa była nie do pomyślenia. Dodatkowo z tyłu głowy była wizja śmierci na jednej z grenlandzkich wysp. Nie mieli nic do stracenia. Żadne z nich później nie wiedziało, kto zrobił pierwszy krok. Ich relacja się zmieniła. Nie była to romantyczna historia z normalnego świata. Nie mieli randek, prywatności ani poczucia bezpieczeństwa. Byli dwojgiem ludzi, którzy każdego dnia zastanawiali się, czy przeżyją. Bliskość stała się dla nich sposobem na zapomnienie o strachu. Wraz z nadejściem cieplejszych miesięcy wyspa całkowicie się zmieniła. Śnieg zaczął ustępować. Pojawiła się tundra. Dni stawały się absurdalnie długie, a w północnych częściach Grenlandii latem słońce może pozostawać nad horyzontem przez wiele tygodni. Dla Martina i Jennifer był to najlepszy okres.

Łatwiej było zdobywać jedzenie. Mogli przemieszczać się dalej. Zaczęli również mieć nadzieję. Nadzieja była jednak niebezpieczna. Im lepiej radzili sobie fizycznie, tym bardziej zaczęli myśleć o tym, co będzie później. Pewnego dnia Martin zobaczył coś na horyzoncie. Najpierw pomyślał, że to ptak. Potem dostrzegł ruch. Helikopter. Krzyczał tak głośno, że Jennifer wybiegła ze schronienia. Machali wszystkim, co mieli. Dym z ogniska unosił się wysoko. Po chwili usłyszeli dźwięk, którego nie słyszeli prawie od roku — ludzkie głosy. Ratownicy ich znaleźli. Martin i Jennifer przeżyli. Przez te kilka miesięcy byli dla siebie wszystkim- przyjaciółmi, partnerami, towarzyszami walki o życie. Kochankami. A teraz mieli wrócić do świata, w którym znowu istniały zasady. Oboje wiedzieli, że najtrudniejsza część ich historii dopiero się zaczyna.

...

Siedziała jeszcze chwilę w samochodzie na pustym parkingu. Nie spieszyła się z powrotem do domu. Potrzebowała kilku minut samotności, żeby zebrać myśli i ochłonąć po wszystkim, co wydarzyło się tego wieczoru. Przez przednią szybę obserwowała pogrążoną w ciszy okolicę. Od czasu do czasu gdzieś w oddali przejeżdżał samochód, a jego światła na moment rozjaśniały ciemność. W końcu westchnęła cicho, przekręciła kluczyk w stacyjce i odpaliła silnik. Tym razem jednak wracała do domu z zupełnie innym nastawieniem. Układ z mężem dawał jej pewną swobodę. Po raz pierwszy od dawna miała poczucie, że może decydować sama o sobie. Kiedy kładła się do łóżka, w domu panowała już cisza. Jennifer zdążyła ledwie ułożyć się pod kołdrą, gdy usłyszała otwieranie drzwi. Mike wrócił dosłownie kilkanaście minut po żonie. Wolał być przy niej w domu niż na przyjęciu bez niej. Najciszej, jak potrafił, wszedł na górę. Nie chciał zakłócać panującego spokoju. Wziął prysznic, przebrał się i położył obok Jennifer. Nie było mowy o zbliżeniu. Oboje byli zmęczeni, a następnego dnia czekał ich wyjazd. Poza tym żadne z nich nie miało już siły na nic więcej. Potrzebowali snu i odpoczynku. Wczesna pobudka wcale w tym nie pomogła. Poranek rozpoczął się spokojnie. W domu panował jeszcze nastrój typowy dla godzin, kiedy wszyscy dopiero przyzwyczajają się do myśli o rozpoczynającym się dniu. Po śniadaniu zaczęli przygotowywać się do wyjazdu. Jennifer spakowała koszyk piknikowy i drobne rzeczy, które mogły się przydać podczas pobytu na wyspie. Włożyła do niego wodę, kanapki, owoce i przekąski. Dołożyła również koce i kilka innych rzeczy, o których wolała pamiętać, zanim wyjadą. Mike zajmował się bagażami. Kolejno wynosił wszystko do samochodu, sprawdzając przy okazji, czy niczego nie zostawili. Kiedy byli już prawie gotowi do drogi, Mike usłyszał warkot silnika. Odwrócił głowę i spojrzał w kierunku bramy. Na podwórko wjechał zielony SUV. Samochód powoli przejechał przez bramę i zatrzymał się niedaleko domu. Gdy auto się zatrzymało, najpierw otworzyły się drzwi pasażerów i ze środka wysiadły dzieci. Julia i Jake od razu podbiegli do wujka, żeby się przywitać.

— Wujek Mike! — zawołała Julia, rzucając mu się na szyję.

Mężczyzna roześmiał się i objął dziewczynkę.

— No proszę, kto to przyjechał — powiedział, po czym podniósł ją na chwilę do góry. — Urosłaś od ostatniego razu. — rzekł i postawił ją z powrotem na ziemi.

— Wcale nie! — zaprotestowała Julia, choć na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

Jake tymczasem podał wujkowi rękę jak prawdziwy mężczyzna.

— Hej, młody. Gotowy na przygodę?

Chłopak tylko kiwnął głową.

— Jasne.

— To dobrze. Mam nadzieję, że masz dużo energii.

Jake pokiwał głową jeszcze bardziej zdecydowanie. Następnie z Toyoty wysiadła pasażerka i kierowca. Kobieta poprawiła włosy, po czym spojrzała na dzieci i uśmiechnęła się, widząc ich entuzjazm.

— Dajcie wujkowi spakować rzeczy — powiedziała.

W tym momencie z domu wyszła Jennifer, niosąc kosz piknikowy. Zwolniła kroku, przez chwilę przyglądając się całej grupie. Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech, gdy zobaczyła, jak dzieci cieszą się na wspólny wyjazd.

— Jeśli wszystko już gotowe, możemy ruszać — powiedziała, wkładając kosz do bagażnika. — Chyba wszystko mamy — odpowiedział Mike, jeszcze raz rozglądając się wokół. Jennifer zerknęła do koszyka, jakby chciała się upewnić, że rzeczywiście niczego nie brakuje.

— Woda, kanapki, owoce, koce... Chyba o niczym nie zapomniałam.

Jake spojrzał na nią z powagą.

— Ciociu, a jeśli o czymś zapomniałaś? — zapytał.

— Wtedy będziemy musieli przeżyć bez tego — do rozmowy przyłączył się Martin, który właśnie wszedł na podwórko.

— Cześć — przywitał się Mike.

Następnie do kolegi podszedł Adam i również podał mu rękę.

— Patricia nie jedzie z nami? — zapytał.

— Bardzo chciała, ale jej ojciec ma badania. Woli być przy nich.

— Rozumiem...

Martin wzruszył lekko ramionami. Nie było sensu dłużej tego komentować. Mieli wystarczająco dużo swoich problemów. Mike podszedł do drzwi domu, by zamknąć je na klucz. W tym samym czasie do Stephena zadzwonił telefon. Mężczyzna spojrzał na ekran i przez moment zawahał się, zanim odebrał.

— Przepraszam na chwilę. To z drukarni. Odebrał i od razu odszedł na bok, żeby spokojnie porozmawiać. Pozostali czekali przy samochodach. Dzieci niecierpliwiły się coraz bardziej. Jake co chwilę zerkał w stronę Stephena, najwyraźniej chcąc jak najszybciej usłyszeć, że mogą ruszać.

— To co, jedziemy? — powiedział pełen entuzjazmu właściciel nieruchomości.

— Chyba nie do końca — odpowiedział najstarszy brat.

— Co się stało? — Mike spojrzał na niego pytająco.

Stephen zakończył rozmowę i schował telefon do kieszeni.

— Musimy jechać do drukarni. Pomylili zamówienia, a na dodatek jeden z klientów zapłacił mniej, niż powinien. Muszę to wyjaśnić.

Na twarzy wszystkich pojawiło się rozczarowanie. Jake zareagował jeszcze mocniej.

— Tato, obiecałeś — powiedział wyraźnie niezadowolony.

Chłopiec od kilku dni czekał na tę wycieczkę. Perspektywa spędzenia całego dnia na wyspie była dla niego czymś wyjątkowym i teraz trudno było mu zaakceptować, że wszystko może zostać odwołane. Stephen spojrzał na syna.

— Przykro mi. Nie mam na to wpływu.

— Ale obiecałeś...

— Wiem, Jake. Naprawdę mi przykro.

Chłopiec spuścił głowę. Wyraźnie nie potrafił ukryć rozczarowania. Jennifer przez chwilę obserwowała ich w milczeniu. Nie chciała, żeby dzieci ponosiły konsekwencje problemów dorosłych. Poza tym sama doskonale wiedziała, jak bardzo Jake i Julia czekali na ten dzień. — Ale spokojnie. Przecież możecie jechać z nami — powiedziała szybko, znajdując wyjście z sytuacji. Jake natychmiast podniósł głowę.

— Naprawdę?

W jego oczach znów pojawiła się nadzieja. Stephen spojrzał na Jennifer z lekkim niedowierzaniem.

— Nie możemy wam tego zrobić. A jeśli coś się stanie?

— A co ma się stać? — odpowiedziała Jennifer. — Jedziemy na wyspę. Zostawali z nami już nie raz. Wy macie co innego na głowie, a my chętnie się nimi zajmiemy.

Ojciec popatrzył na dzieci, a następnie na Mike'a. Jake wyraźnie czekał na decyzję. Julia również wyglądała na zainteresowaną propozycją cioci. Stephen nadal miał wątpliwości.

— Nie chcę robić wam problemu.

— To żaden problem — zapewniła kobieta

Brat popatrzył na brata jakby szukał u niego potwierdzenia.

— Przecież Jennifer powiedziała, że się nimi zajmiemy. Jedźcie — odpowiedział

Stephen jeszcze przez chwilę się zastanawiał. W końcu westchnął i pokiwał głową.

— Dobrze. Skoro jesteście pewni...

Jake od razu się rozpromienił. Laura, która właśnie wyjmowała przekąski z samochodu, spojrzała na dzieci.

— Macie być grzeczni i słuchać wujka i cioci — powiedziała.

— Będziemy — odpowiedziała Julia.

Jake również pokiwał głową. Rodzice uściskali dzieci. Choć sytuacja nie potoczyła się zgodnie z ich planami, oboje wiedzieli, że dzieci będą w dobrych rękach.

— Bawcie się dobrze — powiedział Stephen.

— Pa, tato! — zawołała Julia.

— Pa! — dodał Jake.

Wsiedli do auta i odjechali. Przez chwilę wszyscy patrzyli za zielonym SUV-em, aż samochód zniknął za bramą. Mike odwrócił się w stronę pozostałych.

— To co, możemy wreszcie ruszać?

Dzieci od razu ożywiły się jeszcze bardziej.

— Tak! — odpowiedziała Julia.

— Martin, pojedziesz z nami, zgoda? — Sara zwróciła się do mężczyzny.

Martin uśmiechnął się lekko.

— Paniom się nie odmawia — zażartował i zbliżył się do Range Rovera.

Ruszyli kilka minut później. Pojechli na dwa auta. W pierwszym jechali Adam, Sara i Martin. Od początku podróży rozmawiali, żartowali i śmiali się jak nastolatkowie, którzy po długim czasie wreszcie wyrwali się z codzienności. W drugim samochodzie jechali Mike, Jennifer oraz dwójka dzieci — Jake i Julia. Dzieci co chwilę o coś pytały, komentowały mijane miejsca i próbowały zgadywać, ile jeszcze zostało do celu. Im dalej jechali, tym mniej było domów. Najpierw zniknęły sklepy i niewielkie gospodarstwa, później pojedyncze zabudowania, aż w końcu droga prowadziła już niemal wyłącznie przez pola i lasy. Po kilkudziesięciu kilometrach asfalt ustąpił wąskiej, żwirowej drodze. Samochody zwolniły. Koła chrzęściły po kamieniach, a zawieszenie co chwilę podskakiwało na nierównościach. W samochodzie na chwilę zrobiło się ciszej.

— Daleko jeszcze? — zapytała Julia.

— Kilka minut — odpowiedział Mike.

Po kilku kolejnych minutach drzewa zaczęły się przerzedzać. Między ich pniami pojawiały się coraz większe prześwity, aż w końcu dostrzegli błękitną taflę wody.

— Jesteśmy — powiedział kierowca

Samochód zjechał z drogi i zatrzymał się na niewielkim, trawiastym placu. Chwilę później obok zatrzymał się drugi pojazd. Przed nimi rozciągało się jezioro. Woda była spokojna i niemal zupełnie nieruchoma. Delikatny wiatr poruszał jedynie trawą przy brzegu, a gdzieś w oddali odezwał się pojedynczy ptak. Kierowcy i pasażerowie zaczęli wysiadać z aut. Po długiej podróży każdy chciał choć przez chwilę rozprostować nogi. Mike rozejrzał się po brzegu.

— Jest tylko jedna łódka — zauważył. — Gdzie jest druga?

Adam spojrzał na jezioro i przez chwilę próbował sobie przypomnieć, co wydarzyło się podczas ich poprzedniej wizyty.

— Widocznie drugą musieliśmy ostatnio zostawić na wyspie — przypomniał sobie.

Martin podszedł do łódki.

— Przetransportuję was na drugi brzeg, a potem wrócę po rzeczy — zaproponował.

— Ja zostanę i ponoszę je na pomost — powiedział Mike. — Będzie szybciej, kiedy wrócisz.

— Dobra.

Dzieci i pozostali dorośli wsiedli do łódki. Martin odepchnął ją od brzegu i po chwili zaczął płynąć w stronę wyspy. Mike został na brzegu. Patrzył jeszcze przez moment, jak łódka oddala się od niego, po czym odwrócił się i ruszył w stronę samochodów. Zaczął wyjmować bagaże. Kosze piknikowe, dwie torby z ubraniami, które miały zostać w chatce, kilka zgrzewek wody... To wszystko szybko zaczęło tworzyć niewielki stos przy brzegu. Po niedługim czasie Martin wrócił. Wysiadł z łodzi i od razu zabrał się do pomocy.

— Trochę tego jest — zauważył.

— Sam nie wiem, kiedy się tyle nazbierało — odpowiedział Mike.

Wspólnie zaczęli ładować rzeczy do łodzi. Kiedy skończyli, Martin wsiadł pierwszy. Spojrzał na niemal całkowicie zapełnioną łódkę.

— Co robimy? — zapytał Martin.

— Możemy zostawić kilka drobiazgów.

— Nie warto tego z powrotem wyładowywać — stwierdził Mike. — Zabierz wszystko na drugi brzeg, a potem po mnie wrócisz.

Martin spojrzał na niego z wahaniem.

— Jesteś pewien?

— Tak. Mamy przecież cały dzień.

Mike pomógł przyjacielowi odbić od pomostu a sam udał się na trawę, gdzie zaparkowali auta. Gdy tylko Martin przybył na drugą stronę, zaczął jak najszybciej wyładowywać rzeczy z łódki. Sara wzięła namiot schowany w worku i razem z dziećmi zaczęli go rozkładać.

— Mógłbyś nazbierać trochę drewna? — Adam zwrócił się do Martina.

Ten spojrzał na niego zdezorientowany

— A co z... - zaczął, jednak nie dane mu było skończyć

— Nie migaj się. — przerwał mu Adam — Ja muszę pilnować ogniska — wskazał na ogień i kilka palących się patyków.

— Pomogę Ci. Będzie szybciej — do mężczyzny zwróciła się Jennifer, lekko się uśmiechając.

— Niech bedzie. — Martin odwzajemnił uśmiech, nie zapominając przy tym o pozostawionym przyjacielu.

Ruszyli w stronę lasu. Przez dłuższy czas szli w milczeniu, zbierając potrzebne gałęzie. Po chwili każde z nich niosło kilka sztuk, a z każdym kolejnym krokiem stos drewna stawał się większy. Wokół panowała przyjemna, niemal zupełna cisza. Słychać było tylko szum liści, odległy plusk wody i śpiew ptaków. W końcu Martin postanowił przerwać milczenie.

— Więc... jak sobie radzisz po powrocie do cywilizacji?

Jennifer spojrzała na niego.

— To znaczy?

— Czy świat zauważył, że cię nie było? — zapytał.

— Czy radzili sobie bez ciebie? W firmie, w domu? Jak Mike sobie radził?

Dziewczyna przez chwilę nic nie odpowiadała. Patrzyła przed siebie, jakby pomiędzy drzewami mogła znaleźć odpowiedź na pytanie, którego sama nie chciała sobie zadawać.

— W firmie ucieszyli się, kiedy przekroczyłam próg biura — powiedziała w końcu. — Byli nawet milsi niż zazwyczaj. Chyba dopiero wtedy dotarło do nich, jak bardzo brakowało im mojej obecności.

— Czyli cię doceniają. — Martin uśmiechnął się lekko. — To dobry znak.

Jennifer również się uśmiechnęła, ale jej wyraz twarzy szybko spoważniał.

— A Mike? — zapytał Martin.

Tym razem nie było wątpliwości, że właśnie ta część pytania interesowała go najbardziej. Jennifer spuściła wzrok. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Owszem, słyszała wyznanie Patricii. Pamiętała dokładnie jej słowa i sposób, w jaki o tym mówiła. Nigdy jednak nie porozmawiała o tym z mężem. Nie chciała pytać go wprost, nie mając pewności, czy w ogóle chciała usłyszeć odpowiedź.

— Sądzę, że miał sporo na głowie — odpowiedziała wymijająco.

Martin spojrzał na nią uważnie, ale tym razem nie naciskał. Kobieta schyliła się po gałąź. Kiedy się podniosła, ich spojrzenia znów się spotkały. Przez krótką chwilę żadne z nich się nie odezwało. Jennifer pierwsza odwróciła wzrok. Ruszyli dalej wśród wyższych drzew. Po kilkunastu krokach ponownie nachyliła się po patyk leżący na ziemi. Jednak tym razem zrobiła to tak, że spod jej wiosennej sukienki dało się zauważyć czerwone stringi. Martin przystanął na moment. Jennifer nie spieszyła się, by się wyprostować. Powolnym ruchem podniosła leżącą część drzewa i dopiero wtedy wróciła do prawidłowej postawy. Mężczyzna nie wiedział co o tym myśleć. Dla dobra wycieczki postanowił nie robić nic.

Kobieta podeszła kilka metrów i postawiła swoją lewą nogę na powalonym drzewie. Jej sukienka "podjechała" nieco w stronę uda. Dla Martin'a był to znak. Ale czy na pewno powinien? Nie byli już sami pośrodku lodowatej wyspy obawiając się, że nie dożyją kolejnego dnia. Teraz byli pośrodku pięknego, zielonego krajobrazu, nie martwiąc się, że umrą z głodu. Jennifer nie mogła pozbyć się myśli, że gdy ostatnio Mike "wziął" ją od tyłu, myślała nie o nim, a o penisie jego przyjaciela. Chciała go znowu poczuć. Kochała męża, ale ostatni rok wiele zmienił. Nogę trzymała w taki sposób, że niewielki, czerwony materiał bielizny odsłaniał część dokładnie ogolonej "muszelki". Martin nie czekał ani chwili dłużej. Rzucił na ziemię zebrane drewno i podchodząc do towarzyszki, wyjął ze spodenek gotowego już członka. Przesunął kawałek materiału i wszedł w nią z impetem. Jęknęła. Mężczyzna od razu zaczął wchodzić w nią głęboko, trzymając ją za biodra. Po kilku minutach takiej penetracji wyszedł z "jaskini rozkoszy", zdjął czerwone stringi i schował je do kieszeni swoich spodenek. Następnie odwrócił kochankę przodem do siebie, oparł o duże, leżące drzewo, na którym wcześniej dziewczyna trzymała nogę, uniósł sukienkę lekko do góry i ponownie znalazł się w środku. Teraz jego ruchy stały się szybkie, jakby się bał, że ktoś ich przyłapie. Kobieta, delektując się chwilą, odchyliła się do tyłu, unosząc wzrok ku niebu, lekko mrużąc oczy. Aby nie spaść na drugą stronę, zarzuciła swoje ręce na szyję mężczyzny. Jej oddech stawał się coraz szybszy, a jęki głośniejsze. Martin wiedział co to oznacza. By ich igraszek nie słyszała cała wyspa, wyjął z kieszeni czerwone stringi i włożył Jennifer do otwartych ust, jednocześnie zasłaniając je ręką. Przyspieszył. Po kilkunastu ruchach cichy dźwięk rozkoszy wydobył się z ust kobiety. Jej oddech powoli wracał do normy. Kochanek tym czasem wyjął mokrego od soków penisa i schował go do spodenek. Po wszystkim Martin podniósł zebrane wcześniej drzewo i oboje wrócili do ogniska.

Tymczasem Mike, zniecierpliwiony przedłużającym się oczekiwaniem, wysiadł z samochodu. Zatrzasnął drzwi i spojrzał na jezioro. Łódki nadal nie było. Zmarszczył brwi. Początkowo nie martwił się szczególnie. Zakładał, że Martin po prostu musiał w czymś pomóc. Z każdą kolejną minutą zaczynało go jednak irytować, że nikt nie dał mu znać, co się dzieje. Spojrzał na zegarek.

— No dalej...

Jeszcze raz popatrzył na drugi brzeg. Z tej odległości nie było jednak widać, co dzieje się pośród drzew. Mike rozejrzał się po okolicy. Około dwustu metrów dalej znajdował się drugi pomost. Stał przy nim starszy mężczyzna z czymś przypominającym wędkę. Mike ruszył w jego stronę. Im bliżej podchodził, tym bardziej zastanawiał go sprzęt, którym posługiwał się mężczyzna.

— Biorą? — zapytał, wskazując na jezioro.

Starszy człowiek spojrzał na niego. Kąciki jego ust uniosły się w lekkim uśmiechu, jakby ucieszył się, że ktoś do niego zagaił.

— Kiedyś brały.

Mike roześmiał się cicho.

— W ten sposób trudno będzie coś złapać. — zauważył, że kij trzymany przez starca nie miał nawet żyłki.

— To prawda. — przez chwilę milczał. — Jeszcze dziesięć lat temu przyjeżdżałem tutaj łowić ryby. Miałem porządny sprzęt. Spędzałem nad tym jeziorem całe dni. Mike usiadł na końcu pomostu.

— A teraz? Starszy mężczyzna spojrzał na wodę.

— Teraz przyjeżdżam odpocząć.

— Z samym kijem?

Starzec uśmiechnął się.

— To z przyzwyczajenia.

Mike nie zażartował. Zrozumiał. Nie wiedział, kogo starszy człowiek stracił i nie zamierzał pytać. Niektórych historii nie trzeba poznawać, żeby zrozumieć ich ciężar.

— Przykro mi — powiedział tylko.

"Wędkarz" skinął głową.

— Minęło już trochę czasu — odpowiedział po chwili

Obaj popatrzyli na jezioro.

— To dobre miejsce — powiedział Mike. — Przyjeżdżam tutaj z rodziną, gdy chcemy odpocząć od wszystkiego.

— I udało się?

Mike uśmiechnął się.

— Jak na razie czekam na łódkę. Starszy mężczyzna roześmiał się.

— Czyli nie wszystko poszło zgodnie z planem.

— Zdecydowanie nie.

Rozmowa potoczyła się zupełnie naturalnie. Zaczęli rozmawiać o jeziorze, pogodzie, okolicy i rybach, które kiedyś można było tu złowić. Mike szybko zapomniał o upływającym czasie. Starszy mężczyzna okazał się dobrym rozmówcą, a jego spokojny sposób bycia działał na Mike'a zaskakująco kojąco. Po raz pierwszy od dawna nie musiał się spieszyć. Na drugim brzegu czas również płynął inaczej. Ognisko płonęło równym ogniem. Wszyscy siedzieli wokół niego, jedli kiełbaski i popijali napoje. Dzieci biegały po trawie, co chwilę przynosząc nowe znaleziska. Jennifer siedziała obok Sary. Starała się zachowywać normalnie. Śmiała się, kiedy inni się śmiali. Odpowiadała na pytania. Przytakiwała. Co jakiś czas wymieniała spojrzenia z Martin'em.

— A pamiętacie, jak kilka lat temu klient zażyczył sobie wydrukować na wiadrze podobiznę sąsiada? — przypomniał Adam.

Sara roześmiała się.

— Jak mogłabym zapomnieć? Oni się wręcz nienawidzili. Codziennie wymyślali sobie nowe psikusy — dodała kobieta

— Ile przez to mieli spraw w sądzie? Dziesięć? — zapytała Jennifer.

Sara pokręciła głową.

— Kiedy przyszedł po wiadro, rozpoczynała się jedenasta.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Jennifer również. Tym razem jednak jej śmiech zabrzmiał nieco zbyt nerwowo. Chwilę później obok niej pojawił się Jake.

— Ciociu... Jennifer spojrzała na chłopca.

— Tak?

— Kiedy będziemy jechać do domu?

Spojrzała na zegarek. Słońce zaczynało powoli zniżać się nad horyzontem.

— Już niedługo. Nudzi ci się?

— Jestem trochę zmęczony.

Jennifer pogładziła go po włosach.

— Połóż się na chwilę w namiocie, dobrze? Zaraz zbierzemy rzeczy i będziemy wracać.

— Dobrze.

Chłopiec pobiegł w stronę namiotu. Kilka minut później Adam również spojrzał na zegarek. — Dobra. Zwijamy się. Przed nami jeszcze droga do domu.

Rozmowy ucichły. Wszyscy zaczęli zbierać rzeczy. Namiot został złożony, jedzenie spakowane, a śmieci pozbierane. Dzieci dostały swoje plecaki. Kiedy wszystko było gotowe, Adam podszedł do łódek.

— Wsiadamy, tylko ostrożnie.

Pomógł Sarze i dzieciom wejść do jednej z nich. Po chwili rozejrzał się po brzegu.

— Moglibyście popłynąć drugą łodzią? Mike'a gdzieś wcięło.

Jennifer zamarła. Martin spojrzał na nią. Przez sekundę żadne z nich się nie odezwało. MIKE. Oboje o nim zapomnieli. Nie na chwilę. Na długi czas. Jennifer poczuła, jak robi jej się gorąco. Martin odchrząknął.

— Jasne.

Wsiadł do łódki i odwiązał linę. Jennifer zajęła miejsce naprzeciwko niego. Odbili od brzegu. Przeprawa trwała zaledwie kilka minut, ale obojgu wydawała się znacznie dłuższa. Martin patrzył na wodę. Jennifer robiła dokładnie to samo. Nie wiedzieli, co powiedzą Mike'owi. Nie wiedzieli nawet, czy potrafią spojrzeć mu w oczy. Mike właśnie kończył rozmowę z "wędkarzem", kiedy zobaczył zbliżające się łódki.

— Chyba wreszcie sobie o mnie przypomnieli — zażartował, wstając — Miło było porozmawiać.

— Wzajemnie.

Mike ruszył w stronę drugiego pomostu. Kiedy dotarł na miejsce, Adam właśnie przywiązywał linę.

— Jak znalazłeś się tu tak szybko? — zapytał zaskoczony.

— Nie uwierzysz, jak ci powiem. - odpowiedział.

— Chętnie posłucham.

Martin poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Przez chwilę zastanawiał się, czy Mike coś wie. Czy coś zauważył? Tego nie wiedział. Wiedział tylko jedno — zawiódł przyjaciela. I nie chodziło wyłącznie o to, co wydarzyło się między nim a Jennifer. Zawiódł jego zaufanie również w znacznie prostszy sposób. Zostawił go samego, zapomniał o nim i przez długi czas nie przejmował się tym, że Mike czeka na drugim brzegu.

— Nie czas na opowieści — wtrąciła Sara, wysiadając z łódki. — Pamiętajmy, że mamy ze sobą dzieci, a zbliża się wieczór.

Adam przytaknął.

— Racja.

Mężczyźni zabrali się za przenoszenie rzeczy. We trójkę szybko uporali się z bagażami. Kilkanaście minut później wszystko było już w samochodach. Droga powrotna była zupełnie inna niż poranna podróż. Jennifer nie miała ochoty na rozmowę. Mike również milczał. Co jakiś czas zerkał na żonę. Nie pytał jednak o nic. Może nie chciał jej naciskać. A może po prostu potrzebował czasu. Dzieci nie zamierzały jednak pozwolić dorosłym na długą ciszę. — A wiesz, wujku, że znalazłem skamielinę? — odezwał się nagle Jake.

— Nie, Jake. Jeszcze tego nie mówiłeś — odpowiedział Mike.

— Pokazywałem ją cioci Sarze. Mówiła, że taka skamielina może mieć nawet miliard lat. Mike uśmiechnął się.

— To całkiem możliwe. A co mówiła ciocia Jennifer? Kiedyś interesowała się paleontologią, więc będzie lepiej wiedziała, z którego okresu pochodzi twoje znalezisko.

Jake przez chwilę milczał.

— Jeszcze jej nie pokazywałem.

— Dlaczego?

— Kiedy to znalazłem, ciocia zbierała drewno na ognisko z wujkiem Martinem. A potem poszedłem bawić się z Julią.

Mike spojrzał na żonę. W tym momencie Jennifer również skierowała wzrok w stronę męża. Ich spojrzenia spotkały się. W oczach Mike'a nie było złości. Było rozczarowanie. To zabolało ją znacznie bardziej.

— Ciociu? — Jake wyciągnął rękę ze skamieliną między fotele. — Powiesz mi, z którego jest to okresu?

Jennifer przez chwilę nie odpowiedziała. Patrzyła na męża. Mike odwrócił wzrok i ponownie skupił się na drodze.

— Ciociu...

Jake nie zamierzał się poddawać.

— Później, kochanie — powiedziała w końcu. — Teraz jestem trochę zmęczona.

Chłopiec opuścił rękę.

— Dobrze.

Jennifer odwróciła głowę w stronę okna. Reszta podróży minęła w ciszy, przynajmniej dla dorosłych. Dzieci co jakiś czas rozmawiały między sobą, przypominając sobie kolejne wydarzenia z wyspy. Śmiały się z własnych przygód i zastanawiały, kto znalazł najciekawszy kamień. Dla nich był to po prostu wspaniały dzień. Dla Jennifer wszystko wyglądało inaczej. Po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, ile rzeczywiście wie Mike. Jego milczenie było bardziej niepokojące niż jakiekolwiek pytanie. Kiedy dotarli do domu, Stephen i Laura już czekali na swoje pociechy. Mike wysiadł z samochodu i pomógł Jake'owi oraz Julii wyjąć rzeczy.

— Do zobaczenia — powiedział.

Dzieci pożegnały się z nim i pobiegły do rodziców. Mike zamknął drzwi samochodu. Wtedy spojrzał w stronę Range Rovera. Martin właśnie wysiadał. Ich spojrzenia spotkały się. Przez kilka sekund żaden z mężczyzn się nie odezwał. Martin chciał coś powiedzieć. Cokolwiek. Nie miał jednak odwagi. Mike patrzył na niego spokojnie. Zbyt spokojnie. Martin poczuł nieprzyjemny ciężar w klatce piersiowej. Czy Mike wiedział? Jego spojrzenie mówiło wystarczająco dużo. Mike przeniósł wzrok na Jennifer. Ona również na niego spojrzała. Przez chwilę patrzyli na siebie jak małżeństwo, które zna się od lat, a mimo to nagle stało się sobie obce. Mike odwrócił wzrok. Nie chciał rozmawiać. Nie teraz.

— Dacie sobie radę? Muszę się położyć — powiedział cicho.

Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę domu. Adam spojrzał za nim, wyraźnie zaskoczony.

— Jasne. Odpocznij — odpowiedział Adam, nie wiedząc, co może trapić brata.

Kolejne dni były bardzo dziwne. Mike i Jennifer prawie ze sobą nie rozmawiali. Jeśli już musieli się do siebie odezwać, wymieniali jedynie zdawkowe zdania o pogodzie, spotkaniach albo sprawach, których nie dało się odłożyć na później. Żadne z nich nie próbowało rozpocząć rozmowy o tym, co naprawdę działo się między nimi. Jakby oboje bali się, że wystarczy jedno niewłaściwe słowo, by wszystko, co jeszcze w jakiś sposób ich łączyło, ostatecznie się rozpadło. Jennifer próbowała poukładać swoje życie. Biznesowe i uczuciowe, choć z tym drugim radziła sobie zdecydowanie gorzej. Każdego dnia zmieniała zdanie. Raz była pewna, że powinna odejść i zacząć wszystko od nowa. Innym razem łapała się na tym, że wciąż myśli o Miku i zastanawia się, czy ich małżeństwo rzeczywiście było warte przekreślenia. Mike natomiast bez przerwy analizował ostatnie tygodnie. Zastanawiał się, co zrobił źle, czego nie zauważył i w którym momencie stracił żonę. Próbował znaleźć jeden konkretny moment, jedną decyzję albo jedno zdanie, które doprowadziły ich do tego miejsca. Nie potrafił. Wiedział tylko jedno. Chciał odzyskać Jennifer. Nie wiedział jednak, czy ona nadal chciała być jego żoną. Mimo to żadne z nich ani razu nie wróciło do tematu tego, co teraz działo się między nimi. Aż nadszedł piątek. Koniec miesiąca. Wszyscy gdzieś gnali, coś załatwiali, zamykali projekty, nadrabiali zaległości i próbowali uporać się z rzeczami, które odkładali przez ostatnie dni. Miasto od rana żyło w pośpiechu. Tego dnia Jennifer pracowała z domu. Siedziała w salonie przed laptopem, przeglądając dokumenty, kiedy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Mike wrócił późnym popołudniem. W ręku trzymał białą teczkę. Gdy wszedł do salonu, na stoliku zobaczył laptop Jennifer. Po lewej stronie urządzenia leżały starannie ułożone kartki. Kobieta siedziała pochylona nad komputerem i przez chwilę nawet nie zauważyła jego obecności. Mike zatrzymał się kilka metrów od żony. Patrzył na nią przez moment. Jennifer poczuła jego spojrzenie i uniosła wzrok. Ich oczy się spotkały.

— Kto zmienił plan lotu? — zapytał bez ogródek.

Jennifer zmarszczyła brwi.

— O czym ty mówisz?

— O locie na Grenlandię. Kto go zmienił?

Kobieta przez chwilę patrzyła na niego, jakby próbowała zrozumieć, skąd nagle wzięło się to pytanie.

— Nikt. Lot był zaplanowany przez ciebie. Mieliśmy lecieć razem, ale źle się czułeś. Pamiętasz? — odpowiedziała, a w jej głosie od razu pojawił się wyrzut. — Akurat tego dnia musiałeś się źle poczuć!

Mike zacisnął szczękę.

— Doskonale pamiętam.

— Więc o co chodzi?

— O to, że to ja zaplanowałem ten lot. Chciałem, żebyś mogła zobaczyć zorzę polarną. Wiem, jak bardzo tego chciałaś. Wybrałem październik, żeby uczcić rocznicę naszego ślubu.

Jennifer na moment spuściła wzrok. Pamiętała. Pamiętała, jak Mike opowiadał jej o tej podróży. Jak długo ją planował. Pamiętała też, że ostatecznie nie poleciał.

— Ale zmieniłem plan lotu trzy dni wcześniej — ciągnął Mike. — Zapowiadano burze i lot w tym kierunku byłby bardzo niebezpieczny. Dlatego zmieniłem trasę. Chciałem uniknąć katastrofy.

Kobieta podniosła głowę. Poczuła, jak narasta w niej gniew.

— Kłamiesz!

Jej głos odbił się od ścian salonu.

— Nie poleciałeś, bo chciałeś być z Patricią sam na sam! A kiedy my walczyliśmy o przeżycie, ty posuwałeś ją w najlepsze!

Wypowiedzenie tych słów zabolało ją bardziej, niż się spodziewała. Była zła na Martina, że ją wykorzystał, choć sama na to pozwoliła. Na Mike’a, że zdradził ją z jej przyjaciółką. Na Patricię. Na siebie. Na to, że jej życie w ciągu kilku dni całkowicie wymknęło się spod kontroli. Była zła na cały świat. Mike milczał przez chwilę. Nie uniósł głosu. Patrzył na nią spokojnie, choć w jego oczach pojawił się ból.

—Naprawdę sądzisz, że myślałem o seksie, podczas gdy kobieta, którą kocham nad życie, właśnie walczyła o przetrwanie?

— Słyszałam, jak Patricia rozmawiała z Mią...

— Nie wiem, co sobie wymyśliła — przerwał jej szybko. — Ale jak mógłbym kochać się z kobietą, która nawet w połowie nie przypomina mojej żony?

Zapadła cisza. Tym razem Jennifer nie odpowiedziała. W jej głowie zaczęły pojawiać się wspomnienia ich małżeństwa. Oboje wiedzieli, na jakich zasadach funkcjonuje ich związek. Była jedna, najważniejsza, której zawsze przestrzegali - Szczerość. Jeżeli któreś z nich spotykało się z kimś innym, drugie o tym wiedziało. Mike nigdy wcześniej jej nie okłamał. Nigdy. Przynajmniej nie w takiej sprawie.

— Kto zmienił plan lotu? — powtórzył Mike.

Jego głos był spokojny, niemal pozbawiony emocji.

— Ty czy Martin?

Jennifer pokręciła głową.

— Ja niczego nie zmieniałam.

Mike wskazał białą teczkę.

— Ktoś jednak zmienił.

Podszedł do stolika i położył ją obok laptopa.

— Właśnie dostałem raport z czarnej skrzynki. Trafiliście na burzę, którą ja chciałem ominąć. Dlatego zmieniłem trasę.

Kobieta patrzyła na niego nieruchomo.

— Kłamiesz — powiedziała, ale tym razem jej głos nie był już tak pewny.

Mike westchnął.

— To może jego zapytaj. Ja jeszcze tego nie robiłem.

Wskazał teczkę.

— Tutaj jest wszystko.

Odwrócił się w kierunku drzwi.

— Muszę załatwić coś w banku, a potem pojadę do Martina wyjaśnić tę chorą sytuację. Zatrzymał się. Przez chwilę stał tyłem do partnerki.

— I może wtedy odzyskam żonę.

Po tych słowach wyszedł z domu. Jennifer siedziała jeszcze przez chwilę bez ruchu. Patrzyła na białą teczkę. Kilka razy próbowała po nią sięgnąć, ale za każdym razem cofała dłoń, jakby teczka mogła ją poparzyć. W końcu wzięła głęboki oddech. Otworzyła ją. Zaczęła czytać. Raport był szczegółowy. Zawierał informacje dotyczące przebiegu lotu, warunków atmosferycznych, zmian kursu oraz momentu, w którym samolot znalazł się w strefie gwałtownych turbulencji. Jennifer czytała kolejne strony coraz wolniej. W końcu zatrzymała wzrok na jednym z zapisów. Przeczytała go jeszcze raz. I jeszcze raz.

— Mike mówił prawdę... — szepnęła.

Przez chwilę siedziała bez ruchu. W jej głowie pojawiła się jednak kolejna myśl.

— Ale czy ze wszystkim?

Musiała porozmawiać z Martinem. A następnie z Patricią. Jeśli miała odzyskać swoje życie, najpierw musiała dowiedzieć się, co naprawdę się wydarzyło. Wstała. Wiedziała, że Martin powinien być jeszcze w swoim biurze. Zabrała teczkę i opuściła przytulny dom. Kilkadziesiąt minut później znalazła się w wielkim biurowcu. Wysiadła z windy i ruszyła korytarzem. Sekretarka Martina siedziała przy swoim biurku. Gdy tylko zobaczyła Jennifer, od razu podniosła głowę.

— Pani Spencer...

Kobieta nawet się nie zatrzymała. Bez słowa minęła sekretarkę i bez pukania weszła do gabinetu pewnym krokiem. Ku jej zdziwieniu, była tam również Patricia.

— ...ci mówię, że było już za późno — urwał nagle, gdy zobaczył Jennifer.

Kobieta zwolniła nieco. Szybko zrozumiała, że trafiła w sam środek kłótni. I to osób, których w tym momencie szczerze nienawidziła. Za intruzką do gabinetu weszła sekretarka. — Przepraszam, nie mogłam jej zatrzymać — zaczęła się tłumaczyć.

Martin machnął ręką.

— W porządku, Mary. Zajmę się tym.

Sekretarka wyszła i zamknęła drzwi. Jennifer nie zamierzała czekać.

— To prawda? Zmieniłeś plan lotu?

Podeszła bliżej i rzuciła białą teczkę na biurko. Leżące tam dokumenty przesunęły się pod wpływem uderzenia. Martin nie odpowiedział. Jennifer przeniosła wzrok na Patricię. Ona również milczała. Przez chwilę żadna z trzech osób się nie odezwała. Jennifer zerknęła na dokumenty leżące na biurku. Coś przykuło jej uwagę. Podeszła bliżej. Przesunęła jedną z kartek. Potem drugą. Zmarszczyła brwi. Dokumenty leżące na biurku były takie same jak te, które przyniosła. Spojrzała na Martina.

— Skąd je masz? — zapytała

—To nie jego — odpowiedź wyszła z ust kobiety — Są moje.

— A ty... Skąd je masz?

— Z tego samego źródła co twój mąż.

Jennifer poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.

— Dlatego przyszłam wyjaśnić kilka rzeczy. — zaraz dodała

Obie kobiety spojrzały teraz na Martina, który do tej pory stał w milczeniu.

— Pani czeka na wyjaśnienia. — Patricia zwróciła się do narzeczonego.

Martin westchnął.

— A co tu wyjaśniać? Nie przewidziałem tego.

Jennifer poczuła, jak narasta w niej złość.

— Miałeś wszystkie dane. Specjalnie je zignorowałeś.

Martin spojrzał na nią bezradnie.

— Tak, miałem. — Mężczyzna przeczesał dłonią włosy. — I co z tego? Chciałaś zobaczyć zorzę polarną i zobaczyłaś. A potem przyszła burza... — Zawiesił głos. — Jestem świetnym pilotem. Myślałem, że mi się uda.

Jennifer patrzyła na niego z niedowierzaniem.

— Ale się nie udało.

Martin spuścił wzrok.

— Nie.

Patricia zrobiła krok w jego stronę.

— Dlaczego w ogóle to zrobiłeś? Komu chciałeś zaimponować? Mnie? Sobie? Czy jej? Wskazała na Jennifer. Martin przez chwilę nic nie mówił. W końcu odezwał się.

— Nie rozumiecie. Mike to mój przyjaciel. Wiedziałem, jak bardzo chciałaś tam polecieć, bo Mike mówił o tym cały czas. Wszystko zaplanował, ale poczuł się źle. Pomyślałem, że go zastąpię.

Patricia patrzyła na niego z niedowierzaniem.

— Nie tylko w tym, prawda?

Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Martin doskonale wiedział, o co chodzi. Zdradzał narzeczoną nie tylko na zimnej, grenlandzkiej wyspie. Zdradzał ją również poza nią. I to z żoną swojego najlepszego przyjaciela. Z przyjaciółką własnej narzeczonej. Bardziej już nie mógł tego spieprzyć. Jennifer patrzyła na niego z rosnącym niedowierzaniem.

— Może jeszcze powiesz, że to ty byłeś odpowiedzialny za stan zdrowia Mike'a?

— W tej kwestii jest niewinny — wtrąciła Patricia.

Jennifer spojrzała na nią.

— Ja również źle się czułam. Kilka dni później dowiedziałam się, że wszyscy, którzy tego dnia w tej restauracji jedli krewetki, doświadczyli zatrucia pokarmowego.

Jennifer zamilkła. Więc Mike rzeczywiście nie zrobił tego specjalnie. Nie kłamał. Nie zaplanował tego. Po prostu zachorował. Jednak to nie zwalniało go z pozostałych przewinień. Nie zmieniało tego, co wydarzyło się między nimi. Nie usuwało bólu. Nie cofało zdrady. Jennifer spojrzała na Patricię. Gniew, który na chwilę przygasł, znów powrócił.

— Święta się odezwała — wypaliła.

Patricia zmarszczyła brwi.

— O czym ty mówisz?

Jennifer poczuła, że zaciska jej się gardło.

— Spałaś z nim. Spałaś z moim mężem — powiedziała z wyrzutem.

— A ty z moim narzeczonym — odpowiedziała kobieta równie wyniośle.

Nastała niezręczna cisza. Obie kobiety patrzyły na siebie. W oczach Patricii Jennifer dostrzegła bezsilność, zmęczenie i ból. Ale zobaczyła też coś jeszcze. Determinację, by w końcu zakończyć całą tę historię. Patricia odezwała się spokojnie:

— Nie spałam.

Jennifer zmarszczyła brwi.

— Co?

— Nie spałam z Mikiem.

Przez moment Jennifer nie wiedziała, co odpowiedzieć. Patricia wzięła głęboki oddech.

— Kiedy zaginęliście, Mike bardzo to przeżył. Zatrudnił nawet prywatne ekipy poszukiwawcze. Każdą wolną chwilę poświęcał na analizowanie, w którym kierunku mógł lecieć uszkodzony samolot. Sprawdzał raporty, mapy, prognozy pogody. Wszystko.

Jennifer słuchała jej w milczeniu.

— Wierzył, że żyjecie, nawet wtedy, kiedy wszyscy stracili nadzieję. Nawet ja.

Głos Patricii lekko się załamał.

— On bardzo cię kocha, Jen. Nie wmawiaj sobie, że jest inaczej.

W oczach Jennifer pojawiły się łzy. Słuchała tego. Być może była to prawda. Ale wciąż pamiętała tamten dzień.

— Przecież wtedy w toalecie... — powiedziała łamanym głosem. — Słyszałam, jak mówiłaś do koleżanki, że się z nim pieprzyłaś.

Patricia westchnęła ciężko.

— A co miałam powiedzieć? Szukając was, analizując każdą możliwą opcję, razem z Mike'em spędzaliśmy mnóstwo czasu. To było normalne. Rozmawialiśmy, próbowaliśmy znaleźć jakikolwiek ślad. Byliśmy razem praktycznie cały czas. — Pati pokręciła głową. — Ale Mia zawsze doszukuje się pikantnych szczegółów. Chciałam, żeby dała mi spokój, więc powiedziałam, że z nim spałam.

Jennifer zamknęła oczy. Nagle wszystko zaczęło układać się w całość. Jedno kłamstwo. Jedna podsłuchana rozmowa. Jedno źle zinterpretowane zdanie. A potem tygodnie bólu, gniewu i wzajemnych oskarżeń. Miała dość wszystkiego. Całej tej sytuacji. Ciągłej walki. Niedopowiedzeń. Tego, że każdy kolejny krok zamiast przynosić odpowiedzi, przynosił następne pytania. Wszystkiemu przyglądał się Martin. On również wiedział, że zawalił. I to po całości.

— Wiem, że czasu nie cofniemy — powiedział w końcu. — Nie zmażemy również win, które na nas ciążą. Ale może...

Urwał. Spojrzał na Patricię. Potem na Jennifer.

— Postaramy się sobie wybaczyć i żyć dalej?

Jennifer przez chwilę nic nie mówiła. Patrzyła na niego, a później na Patricię. W jej głowie wciąż kłębiły się setki myśli. Nie wiedziała, co będzie dalej. Nie wiedziała, czy potrafi wybaczyć. Nie wiedziała nawet, czy Mike będzie chciał jeszcze z nią rozmawiać. Ale po raz pierwszy od dawna wiedziała, czego chce w tej chwili. Chciała wrócić do domu, do mężczyzny, którego kochała. I tego była pewna.

— Nie wiem, jak to będzie między wami — zaczęła Jennifer po chwili ciszy. — Ale ja wracam do domu porozmawiać z mężem. Mamy sporo do nadrobienia.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania