(nie)Zdecydowana kobieta - rozdział I poprawiona

Duży, reprezentacyjny dom wybudowany z charakterystycznej czerwonej cegły.

Właśnie tu, w jednym z pokoi para kochanków oddaje się miłosnym igraszkom. Mężczyzna już od jakiegoś czasu "posuwa" piękna, zgrabną kobietę. Można to poznać po ruchach, jakie wykonują. Ona, leżąc, unosi biodra, nadziewając się na jego penisa. On wchodził w nią pewnie, jakby kochali się całe wieki. Jeszcze kilka pchnięć i... zalewa ją swoim nasieniem. Ich szybkie oddechy teraz zaczynają zwalniać. Po chwili ona siada przed nim, nie uwalniając nóg z jego bioder i całuje go namiętnie w usta. Nie był to jednak pocałunek pełen pośpiechu. Był raczej potwierdzeniem tego, co łączyło ich od lat — bliskości, zaufania i przywiązania.

— Musimy się zbierać — powiedziała w końcu, odsuwając się od niego. — Idę się szykować.

Zeszła z łóżka i skierowała się do łazienki znajdującej się bezpośrednio przy sypialni. Jennifer zamknęła drzwi i oparła o nie plecy. Przez kilka sekund stała nieruchomo. W lustrze wyglądała dokładnie tak, jak chciała wyglądać tego wieczoru: spokojnie, elegancko, bez śladu po tym, co wydarzyło się kilka minut wcześniej. Poprawiła włosy. Potem uśmiechnęła się do własnego odbicia.

— No dobrze — powiedziała cicho. — Możemy iść.

Wyszła z łazienki. Mike siedział na brzegu łóżka. Był już ubrany. Koszula, ciemne spodnie, zegarek, który zawsze zakładał przed wyjściem z domu. Wyglądał tak, jakby właśnie skończył spotkanie biznesowe, a nie spędził ostatnich kilkunastu minut z własną żoną.

Jennifer zatrzymała się przy szafie.

— Patrzysz na mnie, jakbyś chciał coś powiedzieć.

— Ładnie wyglądasz.

— To akurat wiem.

Mike uniósł brwi.

— Skromność też zawsze była twoją mocną stroną.

Rzuciła w niego poduszką. Złapał ją w ostatniej chwili. Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu.

To był jeden z tych momentów, których nie dało się zaplanować. Nie było w nim nic spektakularnego. Żadnych wielkich słów. Tylko znajome spojrzenie dwojga ludzi, którzy byli razem wystarczająco długo, żeby rozumieć się bez tłumaczenia każdego gestu.

Jennifer podeszła do niego i poprawiła mu kołnierzyk.

— Spóźnimy się.

— Mamy jeszcze godzinę.

Ich małżeństwo nie było pozbawione zwyczajnych problemów. Mieli pracę, rachunki, spotkania i setki drobnych spraw, które potrafiły wypełnić każdy dzień. Mimo tego starali się nie zapominać, że poza obowiązkami, byli przede wszystkim dwojgiem ludzi, którzy się kochali.

Dom Spencerów znajdował się w Forest Hill, w części Toronto, gdzie cisza kosztowała więcej niż niejeden samochód.

Za wysokimi ogrodzeniami kryły się duże domy, zadbane ogrody i samochody, których właściciele nie musieli pytać o cenę przy zakupie. Jennifer lubiła tę dzielnicę. Mike lubił ją jeszcze bardziej. Dawała mu coś, czego potrzebował: poczucie porządku. Wszystko miało tutaj swoje miejsce. Samochody stały w garażach. Trawniki były przycięte. Domy wyglądały tak, jakby nic złego nigdy nie miało się w nich wydarzyć. Ruszyli.

Toronto przesuwało się za szybami. Przez kilka minut jechali bez słowa. Jennifer położyła dłoń na ręce Mike'a, która trzymała na drążku zmiany biegów . Mężczyzna spojrzał na nią. Uśmiechnęła się.

— Nie patrz na mnie. Prowadzisz.

— Mogę robić dwie rzeczy naraz.

— Wiem. To właśnie jedna z rzeczy, które w tobie lubię.

— Jedna?

— Nie przesadzajmy.

Znów się uśmiechnął.

Ich dłonie pozostały razem jeszcze przez kilka minut. To był ich zwyczaj. Prosty gest, którego nikt obcy nie zauważyłby nawet przez sekundę. Dla nich znaczył wiele. Restauracja była już blisko. Jutro mieli lecieć na Grenlandię. Czwórka przyjaciół planowała tę podróż od miesięcy. Mike i Jennifer. Martin i Patricia.

Dwa małżeńskie światy, które od lat spotykały się przy wspólnych kolacjach, interesach, wakacjach i niezliczonych rozmowach. Jennifer znała Patricię dobrze. Martin był przyjacielem Mike'a jeszcze z czasów szkolnych. I właśnie dlatego, kiedy mąż powiedział kilka tygodni wcześniej, że chciałby zabrać ich na Grenlandię, nie miała żadnych obaw. Przynajmniej wtedy. Martin i Patricia już czekali. Usiedli przy stoliku.

Przez chwilę rozmawiali o pracy, potem o pogodzie, a w końcu — jak można było przewidzieć — o jutrzejszym locie. Patricia otworzyła menu.

— Nadal nie mogę uwierzyć, że jutro naprawdę lecimy na Grenlandię — powiedziała Patricia, przeglądając menu.

— Ja czekam na widok lodowców, ale najbardziej marzy mi się zorza polarna — odpowiedziała Jennifer.

Michael spojrzał na żonę z błyskiem w oku. Wiedział co chce zobaczyć.

— O ile wcześniej nie zamarzniemy — zaśmiał się Martin.

— Spokojnie, wszystko mamy przygotowane — zapewnił Mike. — Ciepłe kurtki, rękawiczki, czapki… Nawet dodatkowe skarpety. I oczywiście trochę prowiantu.

Wkrótce kelner przyniósł zamówione dania. Na stole pojawiły się między innymi krewetki, które zamówili Patricia i Mike.

— Spróbuj tych krewetek — powiedział do Jennifer, wskazując na talerz. — Są naprawdę dobre.

— Nie, dzięki. Mam ochotę na coś lżejszego — odpowiedziała kobieta.

Kolacja trwała jeszcze długo. Śmiali się. Rozmawiali o Grenlandii, o miejscach, które chcieli zobaczyć, o kolejnych podróżach. Patricia opowiadała o hotelu. Martin twierdził, że i tak większość czasu spędzą na zewnątrz. Jennifer patrzyła na nich i przez chwilę pomyślała, że wszystko jest dokładnie takie, jakie powinno być.

Kiedy wyszli z restauracji, powietrze było chłodne. Jennifer zapięła płaszcz.

— Jutro będziemy za tym tęsknić.

— Za Toronto? — zapytał Martin.

— Za tą temperaturą.

— To akurat możliwe.

Mike objął ją ramieniem. Patricia spojrzała na nich i uśmiechnęła się.

— Dobrze wyglądacie.

Jennifer popatrzyła na nią.

— My zawsze dobrze wyglądamy.

— To prawda — przyznał Mike.

Martin otworzył jej drzwi samochodu.

— Widzisz jaki ze mnie dżentelmen?

— Nie powiedziałabym tego

— Przecież jesteś zaręczona ze mną od tylu lat, że chyba coś w tym jest.

Patricia pokręciła głową.

— Właśnie. Zaręczona. Od tylu lat...

Dalej nie komentowali. Po chwili wszyscy się rozeszli. W nocy Mike obudził się nagle. Przez chwilę nie wiedział, co się dzieje. Potem poczuł ból. Silny, ściskający, głęboko w brzuchu. Usiadł. Oddychał przez zęby. Nie chciał budzić Jennifer, która poruszyła się przez sen. Wstał. Zrobił dwa kroki. Musiał zatrzymać się przy łóżku.

— Cholera...

Jennifer otworzyła oczy

— Mike? Co się dzieje?

— Mój brzuch.

— Bardzo boli?

Nie zdążył odpowiedzieć. Pobiegł do łazienki. Jennifer usiadła na łóżku. Po chwili usłyszałam odgłos wymiotów. Mike skrzywił się i położył dłoń na brzuchu. Wstała i podeszła do drzwi łazienki

— Mike? Wszystko w porządku?

Przez chwilę nie odpowiadał.

— Mike?

— Coś musiało mi zaszkodzić — odezwał się w końcu słabym głosem.

Jennifer została przy drzwiach, wyraźnie zaniepokojona. Nie wiedziała, co powiedzieć. Słyszała, że Mike źle się czuje, a sama coraz bardziej się martwiła. Po chwili Mike wyszedł z łazienki. Wyglądał na wyczerpanego. Jennifer spojrzała na niego uważnie.

— Lepiej? — zapytała cicho.

Mike pokręcił głową.

— Nie bardzo.

Jennifer westchnęła i przez moment milczała.

— Powinieneś się położyć.

Mike wrócił do łóżka. Jennifer również usiadła obok niego.

Przez jakiś czas było spokojnie. Jennifer miała nadzieję, że Mike poczuje się lepiej i oboje będą mogli zasnąć. Niepokój jednak nie znikał. Za każdym razem, gdy Mike się poruszał, Jennifer otwierała oczy i spoglądała w jego stronę. Nasłuchiwała jego oddechu, zastanawiając się, czy wszystko z nim w porządku.

W tym samym czasie Patricia również się obudziła. Nie czuła się dobrze. Nie był to jednak ból, który od razu wzbudziłby panikę. Raczej dziwne osłabienie i lekki dyskomfort, który pojawił się nagle. Usiadła na łóżku. Martin spał obok. Spojrzała na zegarek.

— Świetnie...

Wstała i poszła do łazienki. Po kilku minutach wróciła. Martin otworzył oczy.

— Co się dzieje?

— Nic takiego.

— Jest trzecia nad ranem.

— Wiem.

— Nie możesz spać?

Patricia zawahała się.

— Trochę mi niedobrze.

Martin od razu się podniósł.

— Jak bardzo?

— Nie przesadzaj. To nie to co myślisz. Po prostu chyba coś mi nie służy.

Martin przez chwilę patrzył na nią.

— Chcesz, żebym odwołał lot?

— Nie.

— Jesteś pewna?

— Tak.

Położyła się z powrotem.

— Rano zobaczymy.

Martin jeszcze przez chwilę się jej przyglądał.

— Obudź mnie, jeśli będzie gorzej.

— Dobrze.

Noc ciągnęła się bardzo długo. W końcu zaczęła ustępować porankowi.

To, co początkowo wydawało się złym samopoczuciem, zamieniło ich noc w długie godziny niepokoju i wyczerpania.

Następnego ranka Mike wyglądał, jakby nie spał od tygodnia. Jennifer podała mu szklankę wody. Wziął łyk.

— To tylko zatrucie.

— Skąd wiesz?

— Wiem.

Jennifer usiadła na łóżku

— Zostanę z tobą.

— Nie.

Spojrzała na niego.

— Sam powiedziałeś, że planowałeś tę podróż od miesięcy.

— Bo planowałem

— A teraz mam jechać bez ciebie?

— Tak. — Mike uśmiechnął się słabo. — Za kilka godzin pewnie poczuję się lepiej. Ty pojedziesz, zobaczysz Grenlandię, a ja będę ci zazdrościł.

Jennifer patrzyła na niego długo.

— Jesteś pewien?

— Tak.

Pati również wolała zostać w hotelu niż psuć wycieczkę swoim stanem zdrowia.

Po niedługim czasie Martin i Jennifer ruszyli samochodem na lotnisko. Droga minęła im spokojnie. Za oknem powoli budziło się miasto. Pierwsze promienie słońca odbijały się od szyb mijanych samochodów, a na chodnikach pojawiali się pojedynczy przechodnie. Była to jedna z tych spokojnych chwil, które później wspomina się zupełnie inaczej, wiedząc, co wydarzyło się chwilę później.

W samochodzie panowała luźna atmosfera, choć oboje mieli świadomość, że przed nimi długa podróż. Rozmawiali o planach na najbliższe dni i o miejscu, do którego zmierzali.

— Mam nadzieję, że nie wyskoczy nam po drodze nic nieplanowanego — powiedział Martin, patrząc na drogę.

— Ja też — odpowiedziała Jennifer z lekkim uśmiechem. W jej głosie można było jednak wyczuć odrobinę niepokoju.

Po kilkunastu minutach dotarli na lotnisko. Na niewielkim pasie startowym czekał już na nich samolot. Na pierwszy rzut oka Beechcraft King Air 350 nie robił szczególnie imponującego wrażenia. W porównaniu z dużymi samolotami pasażerskimi wyglądał wręcz niepozornie. Był jednak solidną, dwusilnikową maszyną o dobrym zasięgu i dużych możliwościach. Jego konstrukcja pozwalała na wykonywanie dłuższych lotów, również w trudniejszych warunkach.

Martin zatrzymał się na chwilę przy samolocie i dokładnie go obejrzał. Sprawdził stan skrzydeł, silników i podwozia, jeszcze raz przejrzał dokumentację oraz plan lotu.

Następnie usiadł za sterami, a Jennifer zajęła fotel obok niego. Przez chwilę panowała cisza. Pilot sprawdził przyrządy, następnie uruchomił silniki. Rozległ się charakterystyczny, narastający dźwięk pracujących turbin. Śmigła zaczęły wirować coraz szybciej, a cała maszyna delikatnie zadrżała. Po chwili King Air ruszył powoli po płycie lotniska.

Jennifer spojrzała przez przednią szybę i zacisnęła dłonie na podłokietnikach.

— Trochę się denerwuję — przyznała.

Martin zerknął na nią z uśmiechem.

— Będzie dobrze. Mam wylatane dziesiątki godzin i jeszcze nigdy się nie rozbiłem — powiedział z wyraźną dumą.

Jennifer spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— To miało mnie uspokoić?

Martin zaśmiał się krótko.

— Oczywiście.

Samolot zatrzymał się na początku pasa startowego. Martin sprawdził jeszcze raz przyrządy. Wszystko wyglądało prawidłowo.

Silniki zwiększyły obroty. Maszyna ruszyła.

Najpierw powoli, potem coraz szybciej. Wibracje stały się wyraźniejsze, a pas startowy zaczął przesuwać się pod nimi z rosnącą prędkością. Po chwili koła oderwały się od ziemi. King Air zaczął się wznosić. Jennifer poczuła lekkie przyspieszenie i odruchowo mocniej oparła się o fotel. Spojrzała przez boczną szybę. Miasto zaczynało maleć. Budynki stawały się coraz mniejsze, drogi zamieniały się w cienkie linie, a samochody wyglądały jak przesuwające się punkty. Po kilku minutach większość zabudowań zniknęła za nimi. Samolot nabierał wysokości. Silniki pracowały jednostajnie, a w kabinie słychać było jedynie ich miarowy pomruk. Martin po raz kolejny spojrzał na przyrządy. Wszystko było w normie.

Pod nimi rozciągał się chłodny, stalowoszary ocean. Powierzchnia wody miejscami lśniła w promieniach słońca, ale im dalej lecieli, tym bardziej krajobraz stawał się surowy i pusty. Kanada została już daleko za nimi.

Przed dziobem samolotu zaczynała pojawiać się Grenlandia — ogromna, biała plama na horyzoncie. Ich miejscem docelowym był Nuuk, stolica i największe miasto Grenlandii. Jennifer przez dłuższą chwilę obserwowała krajobraz za szybą. W pewnym momencie dostrzegła na powierzchni oceanu pojedyncze góry lodowe. Jedna z nich była ogromna. Jej białe ściany wystawały wysoko ponad wodę, a pod powierzchnią musiała kryć się jeszcze większa część lodowej masy.

— Wygląda nierealnie — powiedziała cicho Jennifer.

Martin uśmiechnął się.

— Poczekaj, aż zobaczysz inne widoki.

Przez kilka kolejnych minut wszystko przebiegało spokojnie. Nikt z nich nie podejrzewał, że ta chwila spokoju miała wkrótce się skończyć. Martin po raz kolejny spojrzał na ekran nawigacyjny i sprawdził trasę. Właśnie wtedy zauważył zmianę pogody. Przed nimi zaczynały gromadzić się chmury. Początkowo były niewielkie i jasnoszare. Z każdą kolejną minutą jednak ciemniały i rozrastały się, zajmując coraz większą część horyzontu. Martin zmarszczył brwi. Pogoda na Grenlandii potrafiła zmienić się bardzo szybko. Silne wiatry, turbulencje, oblodzenie oraz intensywne opady należały do realnych zagrożeń dla lotnictwa w tym regionie. Szczególnie niebezpieczne były gwałtowne zmiany warunków w pobliżu gór i fiordów. Pilot zerknął na mapę i urządzenia nawigacyjne.

— Nie podoba mi się to — mruknął.

Jennifer spojrzała na niego.

— Co?

Martin nie odpowiedział od razu. Wtedy Jennifer sama spojrzała przed siebie.

— Martin…

Wskazała ręką przez szybę. Przed nimi wyrastała ściana czarnych chmur. Wyglądała tak, jakby ktoś rozlał po niebie ogromną, ciemną plamę. Dolna część chmur zlewała się niemal z powierzchnią oceanu. Martin zacisnął szczękę.

— Widzę.

Sięgnął do sterów i zmienił kurs, próbując ominąć najbardziej niebezpieczny obszar. Samolot przechylił się lekko. Przez kilka sekund nic się nie działo. A potem maszyna gwałtownie opadła. Jennifer poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła.

— Co się dzieje?!

— To tylko turbulencje.

Jednak już po chwili okazało się, że nie były to zwykłe turbulencje. Maszyną rzuciło w górę. Jennifer poczuła, że na moment traci kontakt z fotelem. Sekundę później samolot gwałtownie opadł.

— Martin!

Pilot zacisnął dłonie na sterach.

— Spokojnie!

Kolejne uderzenie powietrza rzuciło samolotem na bok. Deszcz zaczął uderzać w szyby. Najpierw pojedynczymi kroplami. Po chwili całymi strugami. Widoczność gwałtownie się pogorszyła. Po kilku sekundach przez szybę nie było już niemal nic widać. W kabinie rozległ się alarm. Martin spojrzał na przyrządy. Jego twarz natychmiast spoważniała.

— Mamy oblodzenie — powiedział przez zaciśnięte zęby.

Na powierzchniach samolotu zaczynała osadzać się warstwa lodu. Maszyna stopniowo traciła swoje osiągi. Martin próbował utrzymać wysokość. Samolot zaczął jednak tracić prędkość.

— Martin, co mamy zrobić?

— Muszę utrzymać maszynę w powietrzu.

Na zewnątrz nie było już widać ani nieba, ani oceanu. Tylko szarość. Błyskawice. Wirujące chmury. I deszcz spływający po szybach.

Grenlandia znajdowała się gdzieś przed nimi, ale pilot nie miał już pewności, jak dokładnie wygląda ich pozycja. Martin próbował nawiązać łączność.

— Nuuk Control, tu King Air. Słyszycie mnie?

W słuchawkach pojawiły się jedynie trzaski.

— Nuuk Control, tu King Air. Odbiór.

Cisza. Spróbował ponownie.

— Mayday, mayday, mayday… mały samolot, utrata kontroli…

Znów tylko trzaski. Potem cisza. Jennifer spojrzała na Martina. Po raz pierwszy zobaczyła na jego twarzy prawdziwy strach. Nagle przez chmury przebiło się światło. Martin zmrużył oczy. Przed nimi pojawił się ląd. Był zdecydowanie za blisko.

— O cholera…

Pilot próbował natychmiast skorygować kurs.

— Trzymaj się! — krzyknął.

Pochylił nos maszyny i próbował odzyskać kontrolę nad samolotem. Maszyna nie reagowała jednak wystarczająco szybko. Pod nimi pojawiły się skaliste zbocza, połacie śniegu i ciemna woda zatoki.

Grenlandzkie wybrzeża były wyjątkowo trudnym środowiskiem dla lotnictwa. Dominowały tam wysokie góry, głębokie fiordy, lodowce i strome zbocza, a możliwości awaryjnego lądowania były bardzo ograniczone. Martin wiedział, że nie ma gdzie lądować. Miał przed sobą tylko skały. Pierwsze uderzenie było potężne. Skrzydło zahaczyło o skaliste zbocze. Rozległ się ogłuszający huk. Część skrzydła została wyrwana, a samolot gwałtownie obrócił się bokiem. Jennifer krzyknęła. Poczuła, jak pas bezpieczeństwa wbija się jej w ciało. Przez moment zobaczyła za szybą wirujący śnieg i skały. Potem nastąpił kolejny huk. Awionetka uderzyła w zbocze. Kadłub odbił się od ziemi i zaczął zsuwać po śniegu. Wokół maszyny unosiła się chmura białego puchu. Samolot sunął coraz dalej, uderzając o wystające skały. Za nim pozostawał długi, poszarpany ślad. W końcu zatrzymali się kilkadziesiąt metrów dalej. Zapadła cisza. Martin nie wiedział, ile czasu minęło. Kilka sekund? Może kilkanaście? Powoli otworzył oczy. Przez rozbitą szybę do kabiny wpadało lodowate powietrze. Czuł ból w ramieniu i ciężar własnego ciała przypiętego pasem do fotela.

— Jennifer?

Nie odpowiedziała. Martin spojrzał w jej stronę.

— Jennifer!

Przez chwilę panowała cisza. A potem usłyszał cichy jęk.

— Jestem…

Mężczyzna wypuścił powietrze z płuc.

— Wszystko w porządku?

— Nie wiem…

Kobieta próbowała się poruszyć, ale pas skutecznie to uniemożliwiał.

— Chyba tak.

Martin odpiął swój pas i ostrożnie rozejrzał się po kabinie. Wnętrze było mocno zniszczone. Część paneli była wyrwana, a niektóre kontrolki wciąż migały. W powietrzu unosił się zapach paliwa, spalonej elektroniki i zimnego, wilgotnego śniegu. Pilot spojrzał przez rozbitą szybę. W oddali wciąż szalała burza. Ciężkie chmury przesuwały się nad poszarpanymi górami, a wiatr unosił śnieg ze zboczy. Jennifer powoli odpięła pas.

— Gdzie jesteśmy?

Martin milczał. Nie wiedział. Nie wiedzieli, na której dokładnie wyspie się znaleźli. Nie wiedzieli, jak daleko są od najbliższej osady. Nie wiedzieli nawet, czy ktokolwiek wie o ich katastrofie. Martin spojrzał na wrak samolotu, a potem na rozciągający się przed nimi surowy krajobraz. Zimny wiatr wdzierał się przez rozbitą szybę. Jennifer objęła się ramionami. Oboje powoli zaczynali rozumieć, w jakiej znaleźli się sytuacji.

Jedno było pewne: przeżyli katastrofę.

Teraz zaczynała się znacznie trudniejsza część ich podróży — walka o przetrwanie na bezludnej grenlandzkiej wyspie.

Średnia ocena: 2.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania