(nie)Zdecydowana kobieta - rozdział II
Zachęcam do komentowania. Będę wiedział co poprawić.
Dziękuję.
Martin próbował się podnieść. Usłyszała jego jęk.
— Nie ruszaj się.
— Muszę zobaczyć, co się stało.
— Martin.
— Jennifer, jeśli jest wyciek paliwa, musimy wyjść.
Dopiero wtedy poczuła strach. Nie ten, który pojawia się podczas turbulencji. Nie ten, który można zagłuszyć żartem. Prawdziwy. Śmiertelny.
— Możemy umrzeć?
Martin milczał. To wystarczyło. Wydostanie się z wraku zajęło im kilkanaście minut. Kiedy Jennifer znalazła się na zewnątrz, wiatr uderzył w nią jak ściana. Zamarła. Przed nią rozciągała się biała pustka. Nie było drzew. Nie było drogi. Nie było budynków. Nie było niczego, co przypominałoby świat, który znała. Tylko śnieg, lód i niebo. Odwróciła się. Wrak samolotu wyglądał jak porzucona, rozbita zabawka.
— Nie...
Zrobiła krok. Potem drugi.
— Nie.
Martin stanął obok niej.
— Jennifer.
— Musimy wezwać pomoc.
— Wiem.
— Ktoś będzie nas szukał.
— Wiem.
— Mike będzie wiedział, że coś się stało.
Martin spojrzał na nią.
— Jennifer...
— Powiedz mi, że będą nas szukać.
Martin nie odpowiedział od razu.
— Będą.
To było wszystko, czego potrzebowała. Przynajmniej na tę chwilę.
Pierwszą rzeczą, którą zrobili, było sprawdzenie wraku. Nie po to, żeby naprawić samolot. Nie było czego naprawiać. Szukali czegokolwiek, co mogłoby im pomóc przeżyć. Jedzenia. Wody. Koców. Czegokolwiek. Jennifer znalazła plecak. W środku było kilka kanapek, batoniki, latarka i mała butelka wody.
— Tylko tyle?
Jennifer spojrzała na niego.
— Na początek wystarczy
Martin nie odpowiedział. Jennifer odwróciła wzrok.
Kiedy zrobiło się ciemno, siedzieli we wraku. Martin próbował rozpalić ogień. Jennifer trzymała koc. Jej ręce drżały.
— Zimno ci?
— Nie.
Martin spojrzał na nią. Przez chwilę patrzyli na siebie. Jeszcze kilka godzin wcześniej byli ludźmi, którzy znali się od lat. Przyjaciółmi. Partnerami swoich partnerów. Ludźmi z jednego świata. Teraz byli tylko we dwoje. W miejscu, którego żadne z nich nie znało. Jennifer oparła głowę o ścianę wraku.
— Mike napisał do mnie przed startem.
Martin przestał poruszać dłonią.
— Co napisał?
— Żebym dała znać, kiedy wylądujemy.
Mężczyzna nie odpowiedział. Wiedział, jak ciężko jest kobiecie, która się bała. Noc była długa. Jennifer prawie nie spała. Za każdym razem, kiedy zamykała oczy, widziała samolot spadający przez chmury. Słyszała głos Martina.
„Zaufaj mi.”
Otwierała oczy. Wrak. Ciemność. Wiatr. I świadomość, że Mike jest setki, może tysiące kilometrów stąd. Nie wiedział o wypadku. Nie mógł wiedzieć. Jennifer przycisnęła dłonie do twarzy.
— Mike...
Martin siedział po drugiej stronie.
— Śpij.
— Nie mogę.
— Spróbuj.
— A ty?
— Ja będę czuwał.
— Dlaczego?
Martin wzruszył ramionami.
— Bo ktoś musi.
Jennifer spojrzała na niego przez kilka sekund.
— Dziękuję.
— To nie chwila na te słowa.
Rano wyszli na zewnątrz. Niebo było jaśniejsze. Wiatr trochę ucichł. Martin wszedł na niewielkie wzniesienie. Jennifer szła za nim.
— Widzisz coś?
Martin patrzył przed siebie.
— Nic.
Jennifer stanęła obok niego.
— Żadnego samolotu?
— Nie.
— Dymu, ludzi?
Martin pokręcił głową.
Jennifer poczuła, jak coś zaciska jej się w żołądku.
— Więc co robimy?
Martin długo patrzył na horyzont.
— Przeżywamy.
Jennifer spojrzała na niego.
— Do kiedy?
— Do czasu, aż ktoś nas znajdzie.
— A jeśli nikt nas nie znajdzie?
Martin odwrócił się w jej stronę. Tym razem nie próbował jej pocieszać.
— Wtedy będziemy musieli znaleźć sposób, żeby przeżyć sami.
Jennifer chciała odpowiedzieć. Nie zdążyła. Daleko na niebie pojawił się mały punkt. Oboje zamarli.
— Martin...
Punkt rósł. Jennifer poczuła, jak serce zaczyna jej bić szybciej.
— Samolot?
Martin wstał.
— Nie.
— To co?
Martin patrzył jeszcze przez chwilę.
— Ptak.
Jennifer zamknęła oczy. Prawie się roześmiała. Prawie. Tego samego dnia ustalili zasady. Jedzenie dzielą po równo. Wodę po równo. Nocne czuwanie po kilka godzin. Nie oddalają się od wraku bez poinformowania drugiej osoby. Nie podejmują ryzyka bez powodu. I przede wszystkim: Nie panikują.
Jennifer zapamiętała ostatnią zasadę. Nie wiedziała jeszcze, że będzie musiała złamać ją wiele razy. Trzeciego dnia towarzysz próbował naprawić uszkodzone radio. Siedział nad nim przez prawie godzinę.
— Daj spokój — powiedziała Jennifer.
— Jeszcze nie.
— Martin.
— Jeszcze raz.
Radio zatrzeszczało. Jennifer podniosła głowę. Martin znieruchomiał. Przez głośnik przeszedł krótki, niewyraźny szum. Potem głos. Tak cichy, że przez chwilę Jennifer myślała, że go sobie wyobraziła.
— ... lotu TY250...
— Mayday! Mayday! Tu King Air 350... Słyszycie mnie? — powiedział Martin z nadzieją, że uda mu się nawiązać kontakt.
Szum. Jennifer zaczęła płakać. Nie ze strachu. Z ulgi. Mężczyzna próbował ponownie.
— Mayday! Dwójka ocalałych. Odbiór...
Cisza. Potem trzask. Jennifer poderwała się.
— Słyszeli nas?
Martin patrzył na radio.
— Nie wiem.
Nadzieja, która pojawiła się w jej oczach, zaczęła gasnąć.
— Ale wiedzą, że żyjemy?
Martin spojrzał na nią, jednak nie powiedział ani słowa. Ale tego wieczoru po raz pierwszy od katastrofy oboje zasnęli spokojnie.
Dzień 4
Radio zamilkło. Nie nagle. Najpierw głos po drugiej stronie zaczął zanikać. Pojedyncze słowa rozpadały się na trzaski, potem zostało tylko jednostajne buczenie. Martin uderzył dłonią w obudowę.
— No dalej.
Jennifer siedziała naprzeciwko.
— Przecież działało.
— Przez chwilę.
— To znaczy, że może zadziałać znowu.
Martin pokręcił głową.
— Może.
Tego słowa Jennifer zaczęła już nienawidzić.
"Może". Może ktoś ich usłyszał. Może ktoś ich szuka. Może radio zadziała. Może przeżyją.
Spojrzała przez otwór w poszyciu samolotu. Na zewnątrz nie było nic. Tylko biel.
— Ile mamy jedzenia?
— Jeśli będziemy oszczędzać, na kilka dni.
Jennifer popatrzyła na niego.
— A potem?
Nie odpowiedział. Nie musiał.
Kolejne godziny nie przyniosły rozwiązania. Aby przewietrzyć głowę, wyszli na zewnątrz i ruszyli przed siebie. Po jakimś czasie natrafili na ślady, które kilkaset metrów dalej znikły pod wałami śniegu. Jennifer zaklęła.
— Świetnie.
— Jutro spróbujemy jeszcze raz. — uspokoił ja Martin.
— Dlaczego to robisz? Ciągle mówisz „jutro”.
— Bo jutro będzie.
Jennifer odwróciła wzrok. Nie była tego pewna.
Dzień 8
Kłócili się o wodę. Nie o to, czy jej potrzebują. O to, ile mogą wypić. Martin chciał ograniczyć racje. Jennifer się sprzeciwiła.
— Jesteśmy odwodnieni.
— Możemy jeść śnieg.
— To nie to samo. Nie będę siedzieć i patrzeć, jak wysychamy, bo ty chcesz zachować butelkę na później.
Martin zacisnął szczękę.
— Nie wiesz, ile będziemy tu siedzieć.
— Właśnie dlatego trzeba pić.
— Nie będziemy podejmować decyzji pod wpływem paniki.
Jennifer wstała.
— Nie jestem spanikowana. Po prostu się boję. Ty też się boisz.
— Oczywiście, że się boję.
Powiedział to tak spokojnie, że Jennifer na chwilę zamilkła.
— Tylko nie mogę pozwolić, żeby strach decydował za nas.
Jennifer spuściła wzrok.
— W porządku.
Po chwili dodała:
— Ale nadal jestem spragniona.
Martin podał jej butelkę.
— Wiem.
Dzień 30
Śnieżyca przyszła w środku dnia. Najpierw wiatr. Potem śnieg. W ciągu kilku minut widoczność spadła niemal do zera. Martin wyszedł przed wrak.
— Wracaj! — krzyknęła Jennifer.
Nie słyszał. Pobiegła za nim. Zobaczyła go może dwadzieścia metrów dalej. Potem zniknął.
— Martin!
Nic.
— Martin!
Zaczęła iść w jego stronę. Śnieg uderzał ją w twarz. Nie widziała już wraku za sobą. Nie widziała nic.
— Martin!
Nagle ktoś złapał ją za ramię. Odwróciła się.
— Co ty robisz?! — zapytał.
— Szukałam cię!
— Musiałem coś sprawdzić.
— Co takiego?
— Wydawało mi się, że zobaczyłem czyjąś sylwetkę.
— I widziałeś?
— Nie... Wracamy.
Szli razem. Kilka minut później Jennifer zobaczyła wrak. Był może piętnaście metrów od nich. Nie widziała go wcześniej. Kiedy weszli do środka, Jennifer zdjęła kaptur. Popatrzyła na towarzysza.
— Mogliśmy się zgubić, a ty nadal będziesz mówił, że wszystko jest pod kontrolą?
Martin długo milczał.
— Nie.
To była pierwsza rzecz, której Jennifer potrzebowała od niego bardziej niż pocieszenia. Prawdy.
Dzień 37
Tego dnia Jennifer pierwszy raz rozpłakała się przy Martinie. Bez powodu.
Siedziała przy ogniu. Patrzyła w płomienie. Nagle powiedziała:
— Myślisz, że ktoś nas znajdzie?
Martin nie odpowiedział od razu.
— Wierzę, że nas szukają.
— Skąd wiesz?
— Bo tej wiary potrzebujemy. Tylko ona trzyma nas przy życiu.
Jennifer pokręciła głową.
— Chce w to wierzyć. Chcę wierzyć, że Mike nas szuka, ale z każdym kolejnym dniem mam coraz mniej nadziei.
Jennifer otarła łzy. Przez chwilę siedzieli w ciszy.
— Tęsknisz za nim? — zapytał Martin.
Jennifer spojrzała na ogień.
— Każdego dnia.
Martin nie powiedział nic więcej. I właśnie dlatego Jennifer była mu wdzięczna.
Dzień 41
Jedzenie zaczęło się kończyć. Nie było już czego dzielić. Martin wrócił z polowania z pustymi rękami. Jennifer siedziała przy ognisku.
— Nic?
Pokręcił głową.
— Nic. Jutro spróbuję pójść dalej.
Jennifer spojrzała na niego.
— Pójdę z tobą.
— Nie. Nie chcę odpowiadać za ciebie.
— Nie jesteś za mnie odpowiedzialny.
— Jennifer, tutaj jedna zła decyzja może nas zabić.
— W takim razie będziemy podejmować je razem.
Patrzyli na siebie długo. W końcu Martin skinął głową.
— Dobrze.
Następnego dnia poszli razem. Znaleźli ślady. Tym razem nie zgubili ich. Jennifer zobaczyła zwierzę pierwsza. Zatrzymała się. Martin podniósł rękę. Czekali. Nie poruszali się. Nie oddychali. Przed nimi stał wół piżmowy. Był ogromny, pokryty długą, ciemną sierścią. Spokojnie skubał niskie rośliny wystające spod śniegu. Mężczyzna powoli wyjął nóż i ruszył w stronę zwierzęcia. Jennifer została kilka kroków za nim. Wiedzieli, że nie mogą podejść zbyt blisko. Martin chciał wykorzystać moment, kiedy wół odwróci się i spuści głowę. Gdy zwierzę zajęło się jedzeniem, Martin rzucił się do przodu. Zwierzę przestraszyło się i próbowało uciec, ale Martin i Jennifer zagrodzili mu drogę. Po krótkiej walce udało im się je upolować. Byli zmęczeni, ale wiedzieli, że zdobyli coś bardzo cennego. Mięso wołu piżmowego mogło zapewnić im jedzenie na kilka dni. Nie zamierzali zmarnować ani kawałka. Tego wieczoru jedli powoli. Każdy kęs był małym zwycięstwem.
Dzień 60
Jennifer znalazła fragment materiału. Czerwony. Oderwany z jej walizki. Trzymała go w dłoni przez dłuższą chwilę.
— Co to? — zapytał Martin.
— Część sukienki, którą miałam założyć na kolację po przylocie.
Martin usiadł obok.
— Pamiętasz, co miałaś wtedy zrobić?
Jennifer uśmiechnęła się słabo.
— Zjeść z Mike'em kolację.
— A potem?
— Wrócić do hotelu.
— A potem?
Jennifer spojrzała na niego.
— Żyć normalnie.
Martin popatrzył na czerwony materiał. Jennifer schowała go do kieszeni. Zaczęli rozmawiać o domu, nie o ratunku. Jennifer opowiadała o Forest Hill. O kuchni. O sypialni. O kawie, którą Mike robił rano. O tym, że zawsze zostawiał klucze w tym samym miejscu, chociaż później twierdził, że ich tam nie zostawił. Martin opowiadał o Patricii. O ich mieszkaniu. O planach na ślub. O rzeczach, które miały wydarzyć się za kilka miesięcy. "Plany" - to słowo brzmiało dziwnie.
Tutaj nie planowali niczego dalej niż następny poranek.
— Myślisz o niej? — zapytała Jennifer.
— Codziennie. — w wyobraźni ujrzał narzeczona.
Dzień 90
Minęły trzy miesiące. Jennifer wyszła ze schronienia. Niebo było czyste. Po raz pierwszy od wielu dni. Stanęła na skale. Patrzyła na bezkres bieli. Za jej plecami Martin rozpalał ogień.
— Dzień dobry.
Odwróciła się.
— Dzień dobry.
— Jak spałaś?
— Dobrze.
— To dobrze.
Jennifer spojrzała na niego.
— Martin?
— Tak?
— Nadal wierzysz, że nas znajdą?
Martin podszedł bliżej. Tym razem nie odpowiedział od razu.
— Tak.
— Naprawdę?
— Tak. Inaczej wszystko to, przez co przeszliśmy poszłoby na marne.
Jennifer uśmiechnęła się. Nie wiedziała jeszcze, że miesiące, które właśnie minęły, były najprostszą częścią ich historii. Bo przez pierwsze dziewięćdziesiąt dni walczyli przede wszystkim o przetrwanie. Później mieli zacząć walczyć z czymś znacznie trudniejszym. Z tym, co zaczęło dziać się między nimi.
Dzień 101
Jennifer przestała liczyć dni. Zorientowała się o tym rano. Obudziła się i przez chwilę próbowała przypomnieć sobie, jaki jest dzień tygodnia. To było dziwnie niepokojące. W Toronto zawsze wiedziała. Poniedziałek oznaczał pracę. Piątek kolację. Sobota zakupy albo spotkanie ze znajomymi. Tutaj nie było poniedziałków. Było rano. Było popołudnie. Była noc. I było jutro.
— Który dziś? — zapytała.
Martin siedział przy ogniu.
— Nie wiem.
— Też przestałeś liczyć?
— Już od dawna
Jennifer usiadła obok niego.
— To chyba źle.
— Dlaczego?
— Bo jak przestajemy liczyć dni, przestajemy czekać.
Martin spojrzał na nią.
— A ty jeszcze czekasz?
Jennifer odpowiedziała bez zastanowienia.
— Na Mike'a? Tak.
Martin odwrócił wzrok. To powinno zakończyć rozmowę. Nie zakończyło. Jennifer poczuła coś dziwnego. Nie zazdrość. Jeszcze nie. Raczej świadomość, że po drugiej stronie tego lodowego pustkowia istniało życie, którego oboje nadal byli częścią. Przynajmniej w swoich głowach.
Dzień 115
Pojawił się pierwszy problem. Jennifer miała gorączkę. Najpierw sądziła, że to przemęczenie. Potem przestała mieć siłę, żeby wstać. Martin podał jej wodę.
— Pij.
— Nie chce mi się.
— Jeśli nie będziesz piła, będzie gorzej.
Jennifer spróbowała usiąść.
Nie udało się.
— Martin?
— Tak?
— Jeśli umrę...
— Nie umrzesz.
— Pozwól mi skończyć.
Martin milczał.
— Jeśli umrę, chcę, żebyś powiedział Mike'owi, że...
Urwała. Jennifer zamknęła oczy.
— Że go kochałam.
Martin siedział bez ruchu.
— Sama mu powiesz
Tej nocy Martin prawie nie spał. Co kilka godzin sprawdzał jej temperaturę. Rano była niższa. Drugiego dnia jeszcze niższa. Trzeciego Jennifer usiadła sama.
— Chcę jeść.
Martin spojrzał na nią. Uśmiechnął się.
— To dobry znak.
— Nie patrz tak na mnie.
— Jak?
— Jakbyś właśnie zobaczył cud.
Martin spuścił wzrok.
— Może zobaczyłem.
Jennifer nic nie powiedziała. Ale zapamiętała te słowa.
Dzień 123
Pierwszy raz się pokłócili naprawdę. Nie o jedzenie. Nie o wodę. O Mike'a. Martin wrócił z polowania. Jennifer siedziała przy ogniu.
— Nic?
— Nic.
— Jak długo byłeś?
— Nie wiem.
— Powiedziałeś, że wrócisz przed zmrokiem.
— Wróciłem.
— Prawie po zmroku.
— Jennifer...
— Mogłeś się zgubić.
— Nie zgubiłem się.
— Mogłeś zginąć.
Martin odłożył nóż.
— Nie zginąłem.
— To nie jest odpowiedź.
— A jaka jest?
Jennifer wstała.
— Chcę, żebyś przestał zachowywać się, jakbyś był niezniszczalny.
— Nie jestem.
— Zachowujesz się tak.
— Ktoś musi coś robić.
— Nie jesteś sam!
— Właśnie, że jestem. — Martin uniósł głos — Od dawna jestem sam. Nie potrafię nawet oświadczyć się osobie, która o mnie dba, którą kocham i która jest dla mnie wszystkim.
Martin zamilkł. Jennifer natychmiast pożałowała swoich słów. Nie dlatego, że były nieprawdziwe. Dlatego, że wiedziała jak bardzo Patricia chciała być żoną Martina. Mężczyzna spojrzał na towarzyszkę, a potem odwrócił się. Usiadł tyłem do niej. Tego wieczoru nie rozmawiali.
Dzień 124
Rano Jennifer podała mu jedzenie.
— Masz.
— Nie jestem głodny.
— Przepraszam.
Jennifer usiadła obok.
— Ja też.
— Nie musisz.
— Muszę.
Martin przez chwilę milczał.
— Bałem się, że jeśli nie pójdę dalej, umrzemy.
— A ja bałam się, że jeśli będziesz szedł dalej, umrzesz. Nie chcę zostać tu sama.
Martin uśmiechnął się słabo.
— Czyli oboje jesteśmy idiotami.
— To akurat wiem od dawna.
Zaśmiali się. Pierwszy raz od dawna. Pierwszy raz po kłótni. Od tamtego dnia Jennifer zaczęła zauważać, kiedy Martin znikał jej z pola widzenia. Zaczęli mieć swoje żarty. To było najbardziej niebezpieczne. Bo żarty oznaczały normalność. Normalność oznaczała przywiązanie. Jennifer nazwała ich schronienie „hotelem”. Martin nazwał ją „najgorszym gościem”.
— Nie sprzątasz.
— Nie ma czego sprzątać.
— Narzekasz na jedzenie.
— Bo jest okropne.
— Sama je przygotowujesz.
— Tym gorzej.
Martin śmiał się. Jennifer również. I czasami, kiedy siedzieli przy ogniu, zapominała o tym, że gdzieś daleko jest Mike. Na kilka minut. Potem przypominała sobie i czuła wyrzuty sumienia.
Dzień 146
Jennifer zraniła nogę. Niewielkie rozcięcie, ale bolało. Martin uklęknął przy niej.
— Nie ruszaj się. Muszę oczyścić ranę.
Jego palce były ostrożne. Za ostrożne. Jennifer spojrzała na jego twarz.
— Dziękuję. — powiedziała po wszystkim.
— Nie ma za co.
Nie odsunął ręki od razu. Ona również się nie poruszyła. Przez kilka sekund patrzyli na siebie. Potem Martin cofnął dłoń.
— Gotowe.
Jennifer skinęła głową.
— Gotowe.
Ale żadne z nich nie było już takie jak wcześniej.
Nastała noc. Na zewnątrz padał śnieg, jednak Jennifer nie mogła zasnąć. Siedziała przy wejściu do schronienia patrząc na Martina. Przez chwilę zastanawiała się, dlaczego. Dlaczego zaczęła zwracać uwagę na jego oddech. Na to, czy śpi spokojnie. Na to, czy jest mu zimno. Na to, czy wróci, kiedy wychodzi.
Wyciągnęła z kieszeni kawałek czerwonego materiału. Ten sam, który znalazła miesiące wcześniej. Przyłożyła go do twarzy. Pomyślała o domu. O Mike'u. O własnym łóżku, o kawie, o restauracjach, o wszystkim. A potem spojrzała na Martina i pomyślała o nim. Nie o tym, że jest jej jedyną szansą na przeżycie. Nie o tym, że jest przyjacielem. O nim. Szybko odwróciła wzrok, jakby ktoś mógł ją przyłapać.
Dzień 154
Wieczorem niebo było czerwone. Jennifer stała przed wrakiem z butelką wody pilnując ognia. Martin podszedł obok.
— Pięknie. — powiedział
— Tak.
— Czasami zapominam, że jestem tutaj tylko na chwilę.
Martin nie odpowiedział.
— To źle? — zapytała.
Martin spojrzał na nią.
— Czasami.
Jennifer skinęła głową. Oboje wiedzieli, że pytanie nie dotyczyło już tylko wyspy.
— Chcesz? — zapytała podając mu butelkę.
Ich dłonie zetknęły się. Pierwszy raz dotknęli się bez powodu. Nic więcej. Ale tym razem żadne nie odsunęło ręki od razu. Martin spojrzał na nią. Jennifer na niego. To trwało za długo. Potem puściła kubek.
— Dobranoc — powiedziała, po czym odwróciła się weszła do "schronienia".
— Dobranoc.
Martin został przy ogniu. Oboje tej nocy długo nie spali. I żadne z nich nie powiedziało ani słowa. Bo czasami największa zmiana zaczyna się właśnie wtedy, kiedy jeszcze nic się nie wydarzyło.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania