Nie(zwyczajny) Kot - czyli perypetie z kotem

Historia sprzed kilku lat.

 

Mieliśmy kota, a w zasadzie był u nas kot. Chyba się do nas przybłędał, czy tam mama go przyniosła. W summie na jedno wychodzi. Pierwsze wrażenie: wyglądał jak mała, śliczna czarno-biała kuleczka, naprawdę tak wyglądał, nawet łapki były schowane w puszystej sierści. Małe stworzenie, które każdy pokochał od pierwszego wejrzenia. Puchata kuleczka była naszą ulubienicą.

 

Kotek rósł, jadł i rósł… w sumie to były główne jego zainteresowania. No może poza spaniem. Wydaje mi się, że on chciał zachować wygląd kulki nad którym wszyscy się zachwycali, nawet jak już będzie dorosłym kocurem. Udało mu się… z jedną mała różnicą. Puchata sierść w jakiś magiczny sposób zamienia się w tłuszcz. Ktoś kiedyś powiedział, ze koty nie proszę o jedzenie gdy są głodne, one to robią bo lubią jeść. Podobno prawda. Ktoś kiedyś porównał, że kobiety są podobne do kotów (ale tu chyba chodzi o to, że lubimy je przytulać, czy tam chodzą własnymi ścieżkami). I samotne kobiety przedstawia się z kotami, może dlatego, że lubią dzielić wspólną pasję?

 

Wróćmy do naszego kota, który na początku nosił wdzięczne imię kulka (kuleczka), natomiast później jak się okazało, że to on - samiec. Po naradzie zostało wybrane imię: Drago. Żeby wam pokazać wielkość i majestatyczność kocura posłużę się przykładami. Gdy Drago „bawił” się sznurkiem (leżał na plecach i podnosił ŁAPY w górę), jak się lekko zaplątał w sznurek wyglądał jak kawałek dobrej szynki. Jak ktoś widział kobietę o zbyt pełnych kształtach w biodrówkach i stringach to wie o czym mowa. Gdy starał się wskoczyć na wersalkę… wskoczyć to duże słowo. Przednie łapy zahaczały o brzeg łóżka, pazury wbijały się jak do kotleta w misce, tylne podrywały się do lotu. Kotek nie osiągnął wymaganego pułapu i spadł na plecy. Tak, Drago przeczył zasadzie, że koty spadają na cztery łapy. Rzadko co spadał, bo też tak często się ruszał.

Zdarzało mu się zasnąć w misce. Położył się i jadł, zasnął ryjem w misce, wstał, zjadł, zasnął… i tak cały dzień.

 

Był też wredny. W sumie to kot. Zwłaszcza do kobiet. Nie lubił mojej siostry. Raz kiedy pozwoliła mu się położyć koło niej na wersalce, to jedyne co zrobił to puścił strasznego bąka, po czym sturlał się na plecy i poszedł jeść. Może to dlatego, że moja siostra pomagała mu się zdecydować przy wyjście z domu. Wiecie jak to jest, gdy kot od pół godziny miauczy pod drzwiami, jakby go ze skóry obdzierali, albo, że zaraz się zesra, jeżeli ktoś nie otworzy drzwi. I po takich 30 minutach, jak człowiek otworzy mu te drzwi, to ta bestia spojrzy na Ciebie, po czym zacznie lizać sobie łapę… w sumie to po co przychodzisz i otwierasz te drzwi. Wtedy 4 schodki wyjściowe były pokonywane przez Drago jednym lotem, oczywiście lądowanie na plecy. Siostra używała nogi jako środka napędowego.

 

Babcia nie lepsza. Ponieważ kot był wiecznie głodny, albo chciał jeść. Stał pod lodówką i darł ryja. Na wyposażeniu standardowo na górze chłodziarka, na dole zamrażalka. Jak babcia z dość dużą szybkością i siłą otworzyła dolne drzwiczki. Drago poczuł jak twarde są drzwi, jego leniwa natura nie pozwała mu się ruszyć, więc i tak wolał stać i przyjmować wszystko na klatę (ryj). Na jednym razie się nie skończyło. Przynajmniej nie miauczał.

Był z niego straszny drapieżnik, mistrz polowania i łowów. Polował na to co w misce. Ptaki, myszy, owady były dla niego kumplami. Nie chciało mu się ruszyć…

 

Dochodząc do prawdziwej historii. Raz widziałem jak Drago potrafi się ruszać. W naszej kuchni mieliśmy taki worek na śmieci nie do spalenia, ale do śmietnika. Pech chciał, że ktoś wyrzucając metalowe wieczko od pasztetu, lub jakiejś konserwy, nie trafił. Pokrywa, wraz z resztkami jedzenia wylądowała w słoiku. Drago, który wyjadł wszystko z „misy” dalej był głodny. Swoim zmysłem wyczuł żarcie. Podpełzł do słoika i powoli, powoli, wkładał łeb z wyciągniętym językiem, nieuchronnie zbliżając się do kotostrofy. Zeżarł to co zdołał dosięgnąć jęzorem. Gdy spróbował wyciągnąć głowę (łeb), okazało się to nie możliwe. Huk jak rozległ się po całym domu, można porównać z trzęsieniem ziemi w Japonii. Miotał się po całej kuchni, ze słoikiem na głowie, uderzając we wszystko w zasięgu jego ciała. Jakiś breakdance (taki taniec na głowie jakby ktoś nie wiedział). Po pierwszym szoku, nadeszła myśl. „Dajce młotek” – kolejna myśl, szkło – głowa kota. Zabije go. Długo nie myśląc złapałem za słoik i podniosłem spaślaka do góry. Grawitacja zadziałała prawidłowo, głowa wyszła ze słoika, a kot upadł na podłogę. Połamane deski później naprawiliśmy. Przez cały dzień nie wychodził spod stolika na telewizor… Uwaga! Nic wtedy nie zjadł. Nie martwcie się nadrobił. Później spojrzałem na swoje ręce z głębokimi ranami od łokci do całych dłoni…

 

Kot w niewyjaśnionych dla nas wszystkich (oprócz siostry), pewnego dnia się nie pojawił w domu. Podobno znalazł sobie nową szczęśliwą rodzinkę. Z daleka od nas.

Nie każdy kot jest łowcą.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania