Nigdy o Tobie nie zapomnę cz.1
- Ale jak to, dlaczego? - spytałam po raz kolejny, nie spuszczając wzroku z jego zielonych oczu. Sebastian próbował podejść, chciał coś powiedzieć, ale nie pozwoliłam mu. - Już wszystko wiem, rozumiem - skłamałam odsuwając się od niego na taką odległość, że po raz pierwszy tego wieczora poczułam się bezpieczna.
- Mała ja muszę. Zrozum tu chodzi o Alexa -przekonywał. Prawda była taka, że nic nie rozumiałam. Co miałam rozumieć? wciąż chodziło o Alexa, wciąż słyszałam tylko imię Alex. Mężczyzna był młodszym bratem Sebastiana, był facetem, którego szczerze nienawidziłam, ale nie dlatego, że był jakiś niemiły, nie. Nie lubiłam go bo zabierał mi jego. Za każdym razem przychodził do mnie z miną zbitego psa i mówił to samo, to tylko kilka tygodni, wrócę
- Nie może tak być Seba! Nie zgadzam się! - wybuchłam wreszcie, patrząc prosto w oczy Sebastianowi.- Nie możesz być na każde zawołanie Alexa, nie możesz rzucać wszystkiego i wyjeżdżać. Ja Ci na to nie pozwalam! - z moich oczu zaczęły płynąć łzy. Chciałam je powstrzymać, chciałam uspokoić zagubione serce, ale nie mogłam.
- Anno proszę - Seba podszedł do mnie jeszcze bliżej. Czułam zapach ulubionych perfum, czułam szybszy oddech przy szyi. Sebastian podchodził wolno, a ja pragnęłam by wreszcie mnie przytulił. Chciałam być w jego ramionach, chciałam, po prostu chciałam być w jego ramionach, przy nim. - Anno proszę. To będzie ostatni raz, rozumiesz? - wierzyłam mu. Naprawdę wierzyłam mu, gdy mówił, że wyjedzie po raz ostatni.
- Pojadę z Tobą! Nie puszczę Cię samego - wyznałam takim głosem, że przeraził nawet mnie. Sebastian spojrzał na mnie takim wzrokiem, że poczułam mieszane uczucia. Czego się bał?
- Nie. To nie wchodzi w grę. Nie zabiorę Cię - wyznał i nie patrząc na moją reakcję podszedł do kurtki i po chwili wyszedł z naszego mieszkania. Nie krzyczałam za nim, nie pobiegłam. Usiadłam zszokowana jego zachowaniem i spojrzałam przed siebie. Ściana koloru różowego, którą jeszcze nie tak dawno razem malowaliśmy była jakby trochę bledsza niż zazwyczaj. Całę mieszkanie nagle straciło swój blask, a ja wiedziałam dlaczego. Było inne, bo jego w nim nie było. Wzięłam do ręki jego bluzę i wchłaniałam jego zapach. Perfumy wydawały się zbyt intensywne, a mi zrobiło się słabo. Kochałam Sebastiana, ale ostatnio coś nam umykało, coś oddalało nas od siebie, jakby jakaś siła nas rozdzielała. Nie potrafiłam nikomu powiedzieć o swoich obawach, nie chciałam by uznali mnie za wariatkę, gdybym im mówiła, że zwątpiłam w miłość Sebastiana. Ostatnio odebrała jego komórka jakaś kobieta, nie powiedziałam mu tego, tylko po prostu wyparłam to z myśli. Byłam pewna lojalności i wierności mojego narzeczonego. Byłam pewna jego miłości do mnie, ale miałam dziwne nieodparte wrażenie, że coś przede mną ukrywa. Dlaczego tak nerwowo zareagował, gdy powiedziałam mu o tym, że chcę jechać z nim? może powinnam zadzwonić do Alexa i poprosić o jakieś wyjaśnienia? może powinnam powiedzieć mu o swoich obawach, przecież zrozumiałby.
***
To jakiś absurd! Co przyszło jej do głowy, gdy mówiła, że chcę jechać ze mną? dlaczego musiała mi to utrudniać?
- Powiedziałeś jej? - spojrzałem na Alexa i usiadłem na ławce obok brata.
- Nie. Nie powiedziałem jej prawdy. Sądzi- zawahałem się i schowałem twarz w dłoniach - Sądzi, że lecę do Ciebie by Cię po raz kolejny wyciągnąć z tarapatów - wyznałem. Alex spojrzał na mnie spod łba, ale nic nie powiedział. W pewnym sensie tak było. Wyciągałem z tarapatów, ale nie jego, a nas. Gdyby tylko wiedziała w co się wpakowałem! Gdyby tylko wiedziała co się właściwie dzieje.
- Nadal uważam, że powinieneś zrobić, to co postanowiliśmy. Tylko w ten sposób - Alex spojrzał na mnie, a ja pokiwałem głową.
- Nie kończ! - rzekłem ostrym tonem. Nie chciałem już dłużej tego słuchać. Ile razy mogłem słuchać tego samego? ile razy miałem kłócić się z bratem? Może Alex miał rację? może tak byłoby lepiej? Dla kogo? dla mnie, dla nas? nie, lepiej dla niej. Przede wszystkim dla niej!
- Chyba masz rację. Powinienem zrobić tak jak postanowiliśmy - odezwałem się. Alex milczał. Nie chciałem nic mówić, ale było mi na rękę to, że siedział cicho. Nie chciałem słuchać jego głupich słów, typu nie mamy innego wyjścia, musimy to zrobić. Wyjście zawsze jest. Mogłem powiedzieć jej prawdę, mogłem się do wszystkiego przyznać, mogłem być z nią szczery, jednak wolałem iść na skróty, wolałem po prostu zranić ją po to, by mi było lepiej.
- Wracam do domu. Odezwę się! - rzuciłem do brata i wstałem z ławki. Postanowiłem kupić bukiet czerwonych róż, by przeprosić Annę i spędzić z nią ostatni wieczór. Chciałem dać jej coś najpiękniejszego, po to, by następnego ranka opuścić ją na zawsze.
***
- To dla Ciebie - odebrałam do Sebastiana bukiet czerwonych róż i mimowolnie powąchałam. Spojrzałam na mężczyznę, który stał przede mną z jakże znajomą miną i uśmiechnęłam się. - Chcę Cię przeprosić, nie powinienem tak reagować, nie powinienem Cię zostawiać. Mam coś Dla Ciebie - usłyszałam. Spojrzałam na niego zaskoczona i zamknęłam oczy. - Ufasz mi? - spytał takim tonem, że nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Nie rozumiałem jego pytania, byłam tu. Byłam przy nim, kochałam go więc to naturalne, że mu ufałam. - Pojedziesz gdzieś ze mną? - zapytał. Kiwnęłam głową, bo nie mogłam nic powiedzieć. Przebrałam się i nie marnując więcej czasu, ruszyliśmy w nieznane. Zatrzymaliśmy się w dwóch sklepach, ale ja nie wchodziłam do środka.Sebastian twierdził, że sam wszystko załatwił, a ja nie wiedziałam co miało oznaczać wszystko załatwi, ufałam mu. Po kilku godzinach dojechaliśmy na miejsce. Znajdowaliśmy się w przepięknej posiadłości nie daleko morza. Znałam to miejsce, bo to właśnie tu oświadczył mi się tamtego dnia.
- Skąd wiedziałeś? - zapytałam uradowana, gdy wyszliśmy z samochodu. Sebastian zrobił mi wyjątkową niespodziankę. Już od dawna chciałam tu przyjechać i odciąć się od wszystkiego, co teraz się u nas działo. A działo się niemało.
- Po prostu wiedziałem. Mamy całą wille do dyspozycji. Właściciele kazali Cię pozdrowić i ucałować. Malwina stęskniła się za Tobą - roześmiał się Sebastian. Malwina była jego kuzynką. Dziewczyna poznała i poślubiła Francuza, który przeniósł się tu dla niej i postawił jej tą posiadłość. Dziewczyna żyła jak w bajcę, a ja zazdrościłam jej. Okazało się, że w sklepie Sebastian kupił coś do jedzenia i przepiękną sukienkę na wieczór. Mieszkanie, które użyczyła nam jego kuzynka nie było całą niespodzianką, a wieczorem mieliśmy iść do restauracji, na romantyczną kolację. Chociaż czułam, że to jeszcze nie koniec. W sumie ja też miałam dla niego niespodziankę, niespodziankę, której nikt z nas się nie spodziewał. Około dwudziestej pierwszej byliśmy już na kolacji, restauracją okazał się jacht Malwiny, na którym miała odbyć się obiecana przez niego kolacja. Mieszkaliśmy w jej domu, pływaliśmy jej jachtem, a ja co raz bardziej jej nie lubiłam. Miała zdecydowanie za dobrze. - Kochanie o czym myślisz? - usłyszałam zatroskany głos narzeczonego.
- O tym, że to niesprawiedliwe. Malwina żyję jak w bajce a ja muszę się Tobą dzielić z Alexem. Dlaczego nie mogę jechać tam z Tobą? - spytałam nie spuszczając wzroku z jego smutnej twarzy.
- Bo to niebezpieczne. Nie chcę Cię narażać - odpowiedział. To była pół prawda i oboje o tym doskonale wiedzieliśmy, nie mówił mi wszystkiego, a ja dalej nie drążyłam tego tematu. Nie chciałam psuć tego, co z takim trudem wymyślił i załatwił nam Seba. - Kocham Cię i proszę nigdy w to nie wątp - rzekł Seba, a ja spojrzałam na niego zaskoczona. Dlaczego mówił takie rzeczy? dlaczego mówił te słowa?
- I ja Ciebie kocham. Kocham Cię tak mocno, że - uśmiechnęłam się do niego i spojrzałam w niebo. Na niebie znajdowały się miliony gwiazd powodując, że ten wieczór wydawał się jeszcze bardziej niesamowity. Morze, jacht, gwiazdy i My? czego mogłabym chcieć więcej?
- Kochanie chciałbyś mieć dziecko? - spytałam w pewnym momencie, gdy tańczyliśmy mocno objęci, a on oderwał się ode mnie i niespokojnie spojrzał mi w twarz. Moja głowa zwisała na jego ramieniu, czując jakbym popłynęła w nieznaną mi otchłań. - Chciałbyś? - powtórzyłam pytanie, bo od kilku minut staliśmy na środku jachtu i patrzeliśmy na siebie w oczekiwaniu. Właściwie ja patrzyłam na niego w oczekiwaniu. Byliśmy parą od czerech lat i nigdy wcześniej nie poruszyliśmy tematu dziecka. Nie wiem, czy to oznaczało, że nie chciał ich mieć, a może po prostu nie czuł się na to gotowy. Nie miało to już znaczenia. Temat zapadł, a ja tak bardzo pragnęłam usłyszeć jego tak lub nie. Obojętne, byle tylko się na coś zdecydował.
- Kotek, czy ty jesteś - jego oczy przerażonego dziecka wpatrywały się we mnie w napięciu i oczekiwaniu, a drżące ręce zdradzały jego zdenerwowanie. Mijały minuty, a my nie mówiliśmy nawet słowa. Baliśmy się.
- Nie. tak po prostu pytam. Chciałabym wreszcie poznać prawdę. Lata lecą, chcę się na coś zdecydować - wyrwałam się z jego ramion i podeszłam do stolika, na którym stały kieliszki. Nalałam sobie szampana i wypiłam jednym tchem, drugi kieliszek napełnił mi Seba i wyrwał mi butelkę z szampanem. Nasze oczy spotkały się na moment, ale szybko spuściłam wzrok. Jego twarz była opanowana i nie zdradzała żadnych uczuć. Ja natomiast nie mogłam się uspokoić, a moje zapłakane oczy, zdradzały więcej niżbym chciała.
- Anno nie chciałem cię zranić. Po prostu mnie zaskoczyłaś. Nigdy nie poruszaliśmy tego tematu, a tu nagle takie pytanie. Nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym. Chcę być z Tobą. I tego jestem pewny - rzekł. Przytulił się do moich pleców, a ja zamknęłam oczy. Gwałtownie odwróciłam się do niego twarzą i spojrzeliśmy na siebie, takim wzrokiem, jakbyśmy powrócili do siebie, do swoich pragnień, do naszych marzeń, do snucia planów. Do wspólnego, małego świata. - Jeśli to ma sprawić, że będziesz szczęśliwa - wyznał całując mnie w kark - To chce mieć z Tobą dziecko nawet teraz - wyznał cichutko, ściągając ze mnie zakupioną dzisiaj sukienkę.
***
- Kim ona jest? - mężczyzna trzymał w ręku zdjęcie kobiety i patrzył surowym wzrokiem na mężczyznę, któremu rozkazał zająć się tą sprawą.
- Ma na imię Anna jest narzeczoną Sebastiana. Wynająłem detektywa, by dowiedział się o niej więcej. Nic więcej nie mamy szefie - mężczyzna spuścił wzrok, jakby bał się spojrzenia szefa. Miał racje. Grzegorza bali się wszyscy, którzy mieli z nim coś wspólnego i nie bez powodu. Jednym pstryknięciem palca mógł zniszczyć kogoś, bez mrugnięcia okiem. Miał wpływy, miał pieniądze, miał możliwości i zawsze dostawał to czego chciał. A teraz chciał dorwać Sebastiana i dać mu nauczkę, chciał zniszczyć mężczyznę i chciał tej kobiety ze zdjęcia. I dostanie ją. Już nawet wiedział jak.
- To niech twój detektyw dowie się o niej wszystkiego. Wszystkiego! nawet tego o której wychodzi z domu, o której gasi światło ! rozumiemy? i jeszcze jedno - spojrzał na przerażonego mężczyznę i uśmiechnął się. - Poszukaj tego przeklętego Sebastiana! Ma pojawić się tu na kolana bo od tego zależy twoje życie mężczyzno - zadrwił i bez słowa wstał. Nie patrząc na przerażonego mężczyznę opuścił biuro i udał się na dół, po to, by spędzić kolejną noc w towarzystwie tych dziewczyn, które za kasę zrobią wszystko. Jednak po chwili popatrzył na zdjęcie i uśmiechnął się. Będzie moja - pomyślał i ponownie się uśmiechnął.
***
Leżałem obok niej i patrzyłem jak słodko śpi. Chciałem zapamiętać wszystko jak najdłużej, bo wspomnienia dzisiejszej nocy, były motywacją do dalszej walki. Kochałem ją i na samą myśl, że rano wstanie i przeczyta ten list, który położyłem w salonie, czułem jak umieram. Alex miał rację, to było jedyne wyjście, by nie mieszać jej w te sprawy, by ją ochronić. Tylko dlaczego miałem zachować się jak drań, dlaczego miałem porzucić ją tak nagle? napisać jej to koniec? czy nie będzie obwiniać o to siebie? czy nie będzie myśleć, że wyjechałem, bo chciała mieć ze mną rodzinę? trzymałem test w ręce i dopiero teraz do mnie wszystko dotarło. Nie rozumiałem dlaczego nie powiedziała mi od razu, dlaczego to ukryła? czy jej pytanie on dzieci, to był wstęp do tego, by powiedzieć mi Kochanie będziesz ojcem? Nie chciałem jej zostawiać, ale nie miałem innego wyjścia. Naprawdę nie było innego wyjścia, by uchronić ja od tego wszystkiego. Wolałem zranić ją, zostawić niż pozwolić by ktoś skrzywdził ją lub nasze dziecko. Kochałem ją. Naprawdę była dla mnie wszystkim, absolutnie wszystkim, co się dla mnie liczyło.Ona się liczyła. Nawet gdybym zeznawał, nawet gdyby go wsadzili, zniszczyłby nas. Nawet jakby dali nam ochronę, nie powstrzymało by to jego. Nie powstrzymało by tego, co chciał zrobić. Grzegorz był naszym bratem. Nie mogłem pojąć jak bracia mogą się tak różnić, jak mogą się tak nienawidzić.
- Alex wszystko się skomplikowało - wyznałem cicho, zamykając za sobą drzwi od drugiego pokoju. - Alex ona jest w ciąży! Rozumiesz to? Będziemy mieli dziecko - rozpłakałem się.
- Musisz. Musisz wyjechać. Musimy. Musimy ją chronić, teraz jeszcze bardziej musimy ją chronić Sebastianie - rzekł ochrypnięty Alex. Mieliśmy plan. Plan jakże idealny. Miałem z nią zerwać i pojechać do Alexa, tam zginę. Upozorujemy moją śmierć i wtedy wróci Alex. Opowie wszystko Annie i powie o zagrożeniu. Wyjadą, zabierze ich daleko i będzie chronić. Ja ułożę sobie życie od nowa z dala od niej. Ona zapomni o mnie i zacznie żyć. Plan prawie idealny, ale było coś. Dziecko. Mała istotka, która wszystko komplikowała. I on. Mężczyzna, który realnie nam zagrażał. Musiałem się z nim zmierzyć, z dala od niej, z dala od wszystkich. Ja i On i jeden z nas, ten silniejszy zostanie przy życiu. Może naprawdę zginę, wtedy moje konto ubezpieczy ich przyszłość. Pieniądze na start pomogą. I będzie Alex, będzie Alex, który pomoże.
- Nie długo będę - obiecałem bratu i rozłączyłem się. Wziąłem głęboki wdech i zamknąłem oczy. Plan prawie idealny. Dziecko. Anna. My. Przekreślona przyszłość.Poszedłem do Anny i położyłem się obok niej. Ostatni raz spojrzałem na nią i pocałowałem ją. Dotknąłem jej policzka i pogłaskałem miękkiej skóry. Kochałem ją.
- Przepraszam - wyszeptałem i ostatni raz pocałowałem. Siłą niemal oderwałem się od niej i dopóki poszukałem w sobie na tyle siły, by odejść, odszedłem od niej i opuściłem dom. Kochałem ją, ale musiałem to zrobić. pojechałem do Alexa.
- Masz wszystko? - po raz kolejny usłyszałem zniecierpliwiony głos Alexa. Ponownie pokiwałem głową i w milczeniu jechaliśmy na lotnisko.
- Tak niczego nie zapomniałem, nie martw się - upewniłem brata i zatrzymaliśmy się przed wielkim lotniskiem. Kupiliśmy dwa bilety do Niemiec, gdzie mieliśmy załatwić ostatnie sprawy. Ostatnie nim Alex przyleci z moim aktem zgonu i poinformuję Annę o mojej śmierci. Wciąż nie wierzyłem, że zgodziłem się na tak szalony i głupi plan, a le nie miałem zbytnio wyjścia. Tu nie chodziło o mnie, a o nią. O nasze dziecko. Do odlotu mieliśmy pół godziny. Postanowiliśmy iść do kawiarni i na szybko wypić po kawie i porozmawiać. Mieliśmy ostatnie kilkanaście minut by omówić plan, lub ostatecznie się wycofać. To ostatnie nie wchodziło w grę. Nie mogłem się wycofać, nie miałem już wyjścia.
- Jak się czujesz? pewnie jest Ci ciężko - usłyszałem głos Alexa. Spojrzałem na brata jakby urwał się z choinki i nerwowo roześmiałem się. Jak on może pytać się jak się czuję? raniłem, nie może po prostu chroniłem ukochaną kobietę, nasze nienarodzone jeszcze dziecko, zadając jej ostateczny cios. Zostawiając ją. Jak mogłem się czuć? - Wiesz, że robimy to dla niej? dla nich, prawda? - upewnił się Alex. Chciałem powiedzieć tak, ale tak naprawdę niczego już nie wiedziałem. Uczestniczyłem w dziwnym układzie, w dziwnym planie, który miał uderzyć w ukochaną kobietę, ale robiłem to bo po? no właśnie bo co? po co raniłem ją? po co zostawiałem? bo FBI tak mi kazało? bo wszedłem układ z tajniakami? - Marek obiecał, że będą mieli ją na oku. Nie bój się, Anna będzie miała opiekę, będzie miała ochronę. Nie pozwolą, nie pozwolimy by cokolwiek się im stało. - obiecał mój brat, a ja pokręciłem z niedowierzaniem głową. Nie mogłem zrozumieć, że on o tym wszystkim mówi tak spokojnie. Nie mogłem uwierzyć, że dla niego to wszystko jest takie normalne, takie proste, takie banalne. - Nie rozumiem dlaczego nie chciałeś jej zabrać, przecież Ci to proponowali. Mogliście wszyscy wyjechać - odezwał się. No właśnie. Dostałem taką propozycję i sam nie rozumiałem dlaczego z niej nie skorzystałem. Mogłem zabrać Annę i wyjechać wraz z nią. Mogłem zmienić nam dane, mogłem ułożyć życie z nią, z dala od tego wszystkiego. Nie mogłem. Nie ufałem im aż tak, nie ufałem tym kretynom, którzy uważali się za tajniaków, nie ufałem tej bandzie debili, którzy nie potrafiliby upilnować nawet siebie, zresztą dobrze znałem Grzegorza i wiedziałem, że nawet cała armia, nie przeszkodziłaby mu w planach.Zresztą było jeszcze coś. Coś znacznie ważniejszego, niż policja, czy moje obawy. Była ona. Jej praca, której się poświęciła, fundacja, którą się zajmowała, przyjaciele, rodzina. Nie chciałem odbierać jej tego, co kochała najbardziej. Nie chciałem zabierać je wszystkiego, stawiać przed trudnym wyborem. Jeśli mnie kochasz to porzucisz wszystko. Czy na tym polegała miłość? czy tak zachowałby się ktoś, kto kochał całym sercem? ja tak ją kochałem. Tu miała wszystko. Fundację, która jej potrzebowała, kontakty i ludzi, którzy jej ufali. Tu miała rodziców, brata, tu miała przyjaciół, miała wszystko. A Tam? co miała tam? mnie? strach o wszystkich i o siebie? strach o dziecko?
- Zrobiłem to, co uznałem za stosowne - odpowiedziałem po krótkiej chwili wahania i spojrzałem na brata. Zamilkł. Dopiliśmy kawę i udaliśmy się na odprawę. Nie sądziliśmy, że tak szybko zleci te ostatnie pół godziny. Ostatnie pół godziny, w których żyję jako Sebastian Nowak. Już wkrótce umrę, a wraz ze mną na chwilę umrze Anna i wszystkie jej marzenia o szczęśliwej rodzinie.
***
Otworzyłam oczy z uśmiechem na ustach, przypomniałam sobie magiczny wieczór i jeszcze bardziej magiczną noc i uśmiechnęłam się szeroko. Powoli otwierałam i zamykałam oczy, ostatni raz wybudzając się ze snu i wracając do rzeczywistości. Lewą ręką, pomacałam miejsce obok siebie, zdając sobie sprawę, że Sebastian musiał już stać.Mimowolnie ziewnęłam i uśmiechnęłam się jeszcze szerzej na wspomnienie jego czułych słów i obietnic, które szeptał mi w nocy do ucha. Poczułam chłód i wyszłam z kabiny jachtu, ale na statku nikogo nie było. Jacht stał już na brzegu morza, a na plaży pojawiali się piersi plażowicze, które chciały złapać pierwsze promienie słońca. Zniecierpliwiona, stęskniona i zagubiona ubrałam się w wygodniejsze rzeczy i postanowiłam poszukać Sebastiana, bo sądziłam, że poszedł po jakieś śniadanie dla nas. Jednak nigdzie nie było śladu mężczyzny, a mnie zaczęło to wszystko dziwić jeszcze bardziej. Gdy ponownie usiadłam na łóżku, zobaczyłam białą kartkę i zamarłam. Nie wiedziałam dlaczego, ale miałam jakieś dziwne uczucie. Nagle przypomniałam sobie o jego wyjeździe i poczułam łzy na policzkach. Dlaczego się ze mną nie pożegnał? dlaczego jak zazwyczaj nie zabrał mnie na lotnisko i nie pożegnaliśmy się trzymając go w ramionach? owszem nie lubiłam tych naszych pożegnań na lotnisku, tych łez i obietnic wrócę za kilka dni. Za to lubiłam przywitania, rzucania się w jego ramiona, upominki, które mi przywoził z podróży i jego czułe słówka kocham cię, tęskniłem. Nie lubiłam życia z dala od siebie, wiszenia na telefonie, czacie, czy kamerce i patrzenia w ekran monitora, by zapamiętać w co był ubrany, jaki miał wyraz twarzy i pytania jak się kochanie czujesz? kiedy przylecisz? teraz znów wyjechał, a ja co raz mniej wierzyłam, że wyjechał ostatni raz. Nie potrafiłam uwierzyć w to, że nasze życie się zmieni, że wszystko się uspokoi. Było tak odkąd pamiętałam. Przez całe kilka lat żegnaliśmy się i witaliśmy na lotnisku, a ja powoli zaczynałam przyzwyczajać się do tego jego znikania na kilka tygodni w roku. Alex był jego bratem, dlatego trochę rozumiałam jego rozdarcie, ale nie lubiłam tego. Czasami naprawdę irytowały mnie te jego wyjazdy, ale nie mogłam mu zabronić. Przecież tu chodziło o Alexa. Jednak nigdy nie zostawiał mi listu, nigdy nie znikał w środku nocy, nigdy nie wychodził bez pożegnania i nigdy, nigdy nie zostawiał mnie samą, w takim sensie jak dziś. Wzięłam kartkę do ręki i zaczęłam czytać.
Droga Anno!
Gdy będziesz czytać ten list, ja będę już w samolocie, albo w kraju do którego musiałem wyjechać. Zapewne zdziwiło cię to, że nie jest jak zwykle, ale nic już takie nie będzie. Odchodzę. Nie chciałem pożegnań na lotnisku, bo nie potrafiłbym powiedzieć Ci tego prosto w oczy. Nie powiem, że Cię nie kocham, bo zawsze będziesz dla mnie kimś ważnym, bo kochałem Cię do szaleństwa ale tak wiele spraw się skomplikowało, tak wiele się wydarzyło, że nasz związek stał się niemożliwy. Pytałaś mnie o dziecko. Nie potrafię powiedzieć Ci prosto w oczy, że nie chcę mieć z Tobą dzieci, nie potrafiłbym być dobrym ojcem i nie potrafiłbym pokochać dziecka. Dlatego lepiej będzie Ci tu samej, a ja wyjadę do Alexa i nie mam zamiar już wracać. Mam tam załatwioną pracę, a więc nie podjąłem tej decyzji pod pływem chwili, wiec wiesz, że jest ona ostateczna. Nie szukaj mnie. Nie szukaj, bo to co powiem Ci w realu nie spodoba Ci się moja droga Anno. Poznałem kogoś. Ta kobieta jest podobna do mnie, dobrze nam ze sobą i chciałbym tam zacząć życie od nowa i wiem, pragnę byś Ty tez ułożyła sobie życie z dala ode mnie. Nie byłem godny by z Tobą być. Jesteś najpiękniejszym kwiatuszkiem, jesteś jak najpiękniejszy okaz Lili i zasługujesz na wszystko co najdroższe.A ja nie mogę Ci tego dać. Proszę nie doszukuj się czyjeś winny. Nie doszukuj się winnych, nie rozpamiętuj tego. Na koncie zostawiłem ci sporą sumę pieniędzy. Na stoliku jest numer konta i upoważnienie do niego, to takie zabezpieczenie dla Ciebie i naszego dziecka, nie naszego Anno, twojego dziecka. Chcę byś wiedziała tylko jedno, kochałem Cię. Kiedyś, gdy poznaliśmy się, gdy jeszcze to życie nie było tak popaprane, naprawdę Cię kochałem i chciałem, pragnąłem mieć z Tobą rodzinę, dzieci, ślub. Teraz, gdy zobaczyłem test dna, zrozumiałem, że nie chcę. Nie jestem gotów by zostać ojcem i dlatego to nie jest moje dziecko. to twoje, twoje i kogoś, kogo pokochasz, gdy już zapomnisz o nas. Powodzenia i przepraszam. Seba.
Po raz setny czytałam słowa, które napisane były na kartce papieru i nie mogłam w to uwierzyć. Łzy leciały ciurkiem po moich policzkach, a słowa zatrzymywały się w gardle. List wydawał się taki obcy, jakby nie pisał go Seba. Nie mogłam zrozumieć, że Seba, mój Seba, który kilka godzin temu w nocy był idealnym partnerem czułym kochankiem i najlepszym przyjacielem, który mówił o wspólnej przyszłości, mówił o wspólnych planach, mówił o miłości, tak dobrze kłamał. Nie mogłam uwierzyć, że mógł mówić takie słowa, a jednocześnie wiedzieć, że rankiem wywróci nasze życie do góry nogami. Wciąż nie mogłam przyzwyczaić się do słowa zostawił, a w mojej głowie zaczęły kotłować się myśli. Chociaż pismo było jego, słowa tak obce, jakby ktoś podmienił mi narzeczonego, jakby ktoś zmusił go do napisania tego. Nie szukaj mnie. Chociaż prosił mnie, bym nie doszukiwała się niczyjej winy, ktoś musiał tu zawinić. Przecież nie mógł by zostawić mnie tak sam od siebie, porzucić nasze plany, marzenia.
- Nie wierze! po prostu nie wierze - rozpłakałam się. Zabrałam kartkę i nie wiedząc co robię wybiegłam z jachtu i skierowałam się wzdłuż plaży, plaży, gdzie w nocy spacerowaliśmy rozmawiając o naszej przyszłości. - Nie! - krzyknęłam tak mocno, że ludzie spojrzeli w moją stronę. Klęknęłam na zimnym jeszcze piasku i schowałam twarz w dłoniach. Morze rozkołysało się, jakby przezywało mój ból i cierpienia, jakby chciało ukoić moje złamane serce. - Nie! - ponownie zapłakałam, ale tym razem jeszcze głośniej. - Błagam Cię nie! - krzyknęłam trzeci raz, ale tym razem nie byłam tam sama. Ciepłe ramiona kołysały mnie tak mocno, że nie wiedziałam co się dzieje. Byłam raniona, zagubiona i przerażona. Kim były ramiona, które kołysały się wraz ze mną.
- Anno - powiedział damski, czuły głos, a ja rozpoznałam ją od razu. Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale obok mnie znalazła się jego kuzynka, ta sama, która wczoraj użyczyła nam to wszystko, a ja czułam się jak w bajce. Dziś ktoś wyrwał mnie brutalnie z bajki, sprowadzając do szarej rzeczywistości.
- Zostawił mnie. Sebastian mnie zostawił - powiedziałam cicho i podałam jej list. Nie przeczytała go, nie zareagowała, a ja domyśliłam się, że o wszystkim wie.
- On Cię kocha. Kocha, chociaż zachowuje się jak kretyn. Dzwonił do mnie. Był zagubiony, mówił coś od rzeczy, bredził, ale poprosił mnie bym do Ciebie pojechała. Więc jestem. Jestem przy tobie kochana, jestem tu - rzekła Malwina i głaskała mnie po włosach. - Co z dzieckiem? - zapytała, a ja spuściłam wzrok. Zamknęłam oczy i posmutniałam. Nie chciał go. On nie chciał naszego dziecka. - Mój kuzyn cię kocha. Naprawdę Cię kocha, ale sama tego nie rozumiem. Dlaczego Cię zostawił? dlaczego wyjechał do Alexa? w co się znów wpakowali? Milczałam. Nie interesowało mnie to. Staliśmy z zimnej plaży i ruszyliśmy przed siebie, gdy doszliśmy do jej samochodu, zadzwoniła moja komórka.
- Gdzie jesteś? Ktoś chcę się z Tobą spotkać - zadzwonili z fundacji, a ja spojrzałam na Malwinę.
***
Nie spał przez całą noc i nie dlatego, że był zajęty piękną brunetką, która uwielbiała umilać mu czas, ale dlatego, że nie mógł zapomnieć o kobiecie ze zdjęcia. Jego prawnik wciąż milczał, a on rozumiał, że nie ma jeszcze żadnych wieści od detektywa. Więc, gdy o czwartej nad ranem zadzwoniła jego komórka i usłyszał informację o kobiecie, z radości napił się ulubionego trunku. Dziś postanowił dać premię ludziom, a humor nie opuszczał go odkąd dowiedział się o fundacji. To był idealny plan. Gdy o siódmej rano zwołał zebranie i poinformował o podwyżce, ludzie spojrzeli na niego z dystansem. Nie był zbyt wylewny z pieniędzmi, a podwyżki dawał naprawdę bardzo rzadko. Dlatego ludzie nie rzucili mu się w ramiona, tak jakby się tego spodziewał, tylko z kpiną pokiwali głowami, zastanawiając się jakim on ma w tym cel. Już dawno przestali mu ufać. Byli wobec niego lojalni, ale to raczej bardziej ze strachu, niż szacunku, czy czegokolwiek innego.
- Mam plan. - powiedział do swojej prawej ręki, wieloletniego przyjaciela i wspólnika w interesach, gdy napełniał im kieliszki. Mężczyzna długo przyglądał się zdjęciu, które leżało na stoliku i patrzył zaskoczony na Grzegorza, zastanawiając się, czy to ta kobieta zmieniła tak jego przyjaciela.
- Jaki plan? - zapytał upijając kilka łyków drogiego trunku, którego trzymali na ważne okazję.
- Pomogę jej fundacji. Chyba czas bym zrobił wreszcie coś dobrego - powiedział Grzegorz z dziwnym błyskiem w oku, a Mariusz spojrzał na przyjaciela. Nie podobał mu się ton głosu, błysk w oku i cwany uśmiech mężczyzny, którego znał, lubił i szanował.
- Po co Ci ona? Przecież na brak kobiet nie możesz narzekać - powiedział racjonalnie mężczyzna, coraz mniej rozumiejąc postępowanie wspólnika.
- Jednak ona jest inna. To narzeczona Sebastiana - wyznał w końcu i ponownie zerknął na zdjęcie. Pominął fakt, że kobieta piekielnie mu się spodobała, a po raz pierwszy poczuł nieznane jeszcze dotąd uczucie.
- Sebastiana - powtórzył mężczyzna, zaciskając pięści. - A więc mamy na niego haka. Wiemy jak uderzyć. Możemy ją porwać, albo zabić. Mamy jakiś punkt zaczepienia. Wspaniale - rozmarzył się Mariusz.
- Nie - rzekł chłodno i spojrzał groźnym wzrokiem na wspólnika. Grzegorz przełknął ślinę i poczuł zimny nieprzyjemny dreszcz na samą myśl, że coś mogłoby się jej stać. - Mam zupełnie inny plan. I nie pozwolę nikomu się w niego mieszać. Nikomu - powiedział z naciskiem i spojrzał wspólnikowi w oczy. - Lepiej być moim wspólnikiem i przyjacielem niż wrogiem -ostrzegł go, nie spuszczając wzroku z jego przerażonej twarzy.
- Jaki? - dopytywał mężczyzna, dopijając szklankę z trunkiem.
- Zobaczysz - powiedział tajemniczo Grzegorz i opuścił biuro.
Siedział od piętnastu minut w niewielkim kolorowym gabinecie, podziwiając pomysłowość i kreatywność tej osoby, która urządzała to biuro, które znajdowało się na drugim piętrze fundacji. Żałował tego, że tak szybko i nagle zdradził swoje zamiary i plan wspólnikowi, który dość podejrzanie zareagował na wieść, że Anna jest narzeczoną jego brata. Po raz pierwszy pomyślał o Sebastianie jako o bracie, ale szybko wyrzucił tą myśl z głowy. W interesach był bezwzględny. Był nie do ugadania, a Sebastian no cóż był jego największym i niebezpiecznym wrogiem. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, że razem z Alexem poszedł na układ z tajniakami i zeznawał przeciwko niemu. Anna długo nie pojawiała się i dlatego młoda, dość ładna kobieta zaproponowała, że potowarzyszy mu do przybycia Anny, ale po chwili jednak niespodziewanie musiała wyjść. Coś chyba się stało, ale też nie dopytywał się co, bo niewiele go to obchodziło. Po kilkunastu minutach otworzyły się drzwi i spojrzał na zmęczoną, kobietę, w której ledwo rozpoznał Annę.
- Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie. Podobno czeka pan za mną. W czym mogę pomóc? - wyznała Anna i podała mu zimną dłoń, wbijając w niego smutny, przygnębiony wzrok.
Dłoń mężczyzny była ciepła i silna, całkowicie pasowała do faceta, który stał na przeciwko mnie i uważnie z niepokojem przeglądał się mojej twarzy. Chciałam coś powiedzieć, by rozładować tą niezręczną atmosferę, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Gdy odebrałam telefon dowiedziałam się tylko, że jakiś mężczyzna chcę podarować pieniądze fundacji i oczekuję akurat mnie, byłam pewna, że to jakiś stary znajomy, jakiś zapomniany przeze mnie inwestor, który pragnie podarować pieniądze na dobry cel, ale już po chwili zrozumiałam, że widzę go po raz pierwszy na oczy. Nie tak powinno wyglądać nasze spotkanie, nie robiłam dobrego wrażenia i miałam tego świadomość. Dlatego nie dziwiło mnie jego przenikliwe spojrzenie, jego zaskoczenie i lekki śmiech na ustach. Malwina czekała w drugim gabinecie, z postanowieniem, że zawiezie mnie do domu. Przyjechałam tu tylko na chwile, chociaż wcale nie miałam na to ochoty, a już na pewno nie po tym co zrobił Sebastian, ale mężczyzna domagał się mnie, a każdy grosz był potrzebny dla fundacji. Dlatego nie mogłam tego zlekceważyć, nie mogłam tego olać. Wiele osób liczyło na mnie, wiele osób ufało mi i polegało na moim zaangażowaniu.
- Czy wie pan czym zajmuję się nasza fundacja? Dlaczego pan wybrał akurat nas? - spytałam z ciekawości, nalewając nam po kubku świeżo zaparzonej kawy i usiadłam wyprostowana na przeciwko niego. Wzięłam niewielką kartkę z wszystkimi szczegółowymi informacjami i podałam ją do zapoznania się.
- Wszystko wiem - poinformował z uśmiechem mężczyzna i rozsiadł się wygodniej na fotelu. - Podziwiam to, co pani robi w tej fundacji. Moja oferta jest konkretna. Chciałbym podarować trzy miliony na szczytny cel. Jestem pewien, że pani dobrze zagospodaruję tymi pieniędzmi. Przecież gdzie bardziej są potrzebne niż tu. Tyle pani robi - powiedział z lekkim uśmiechem. Zakrztusiłam się kawą, nie mogąc złapać tchu. Wbiłam na niego wzrok, kompletnie ogłupiała tą informacją.
- Ile? - spytałam raz jeszcze, bo byłam pewna, że się przesłyszałam. Czy on właśnie powiedział, że chcę przeznaczyć na nas trzy miliony? miliony?
- Trzy miliony. Mam bardzo dobrze zarabiającą firmę, kilka interesów, które poszły lepiej niż się spodziewałem.Proszę mi uwierzyć, że moje konto w banku nie zbiednieje, a ja będę spał spokojnie. Kiedyś ktoś pomógł mia teraz ja chce pomóc komuś, proste - usłyszałam. Nie spuszczałam z niego wzroku. Nie byłam pewna, czy mężczyzna mówi poważnie, czy po prostu postanowił ze mnie zakpić. Jednego byłam pewna, nikt przy zdrowych zmysłach nie oddaje od tak trzech milionów, ale z drugiej strony, czy miałam prawo odmówić przyjęcia, jeśli chodziło o dobro moich podopiecznych?
- Pod pewnym warunkiem - rzekłam cichym, nieśmiałym głosem. Mężczyzna spojrzał na mnie zdumiony, ale wyraz jego twarzy ani przez chwilę się nie zmienił. - Ja nie mogę przyjąć całości, ale znam parę fundacji, które by się bardzo ucieszyły. Mam kontakty wiem też, że niektóre fundację potrzebują dużo gotówki, nie raz chodzi o życie ludzi, dzieci - wyznałam cicho.
- Zawsze chodzi o czyjeś życie droga pani - rzekł z powagą w głosie. - Jednak okey. Moja propozycja jest taka. Ja daje pani trzy miliony, a pani rozdziela je jak chcę, ale chciałbym żeby chociaż jeden milion był przeznaczony na pani fundację, podziwiam pani zapał i determinację, tym bardziej jeśli jest pani taka młoda - uśmiechnął się szeroko. Nie odwzajemniłam uśmiechu. Wciąż nie spuszczałam z niego wzroku zupełnie oszołomiona jego propozycją, zaskoczona i zagubiona. Coś mi tu nie pasowało, coś mówiło mi nie bierz od niego pieniędzy.
- Zgoda - wyznałam w końcu i podałam mu dłoń - Najpierw muszę porozmawiać z wszystkimi pracownikami, obliczyć koszty, zrobić listę potrzebnych rzeczy, podzwonić po fundacjach i dowiedzieć się kto ile potrzebuję. To wspaniale, bo akurat myśleliśmy o rozbudowaniu się, potrzebowaliśmy pieniędzy na nowe mieszkania dla podopiecznych, na ich naukę - wyjaśniłam pomału cały proceder, który był przed nami.
- Pani poda numer konta ja zrobię jutro przelew. Resztą zajmie się pani, proszę wybaczyć, ale czas dla mnie jest na wagę złota - usłyszałam i wstałam z fotela. Odprowadziłam go do drzwi, wcisnęłam mu karteczkę z numerem konta i uciskałam jego dłoń. - Od samego rana, albo jeszcze dziś dostanie pani przelew. Proszę mi uwierzyć, naprawdę wiem co robię - uspokoił i po krótkim pożegnaniu się ze wszystkimi spojrzał na mnie, uśmiechnął się i opuścił budynek. Usiadłam na krzesełku, które znajdowało się w korytarzu i spojrzałam na zniecierpliwioną i zatroskaną Malwinę.
- I jak poszła rozmowa? czego chciał? - dopytywała Ada, moja dobra koleżanka i wspólniczka, która od początku założenia fundacji dzielnie stała u mego boku.
- Zaoferował pomoc finansową. - wyznałam tylko i wstałam z krzesełka. - Nie ma mnie dla nikogo dzisiaj, słyszysz? dla nikogo! - poinformowałam Adę i wraz z Malwiną wyszliśmy z budynku. Pragnęłam tylko wrócić do domu, położyć się na łóżku i iść spać. Byłam padnięta.
***
Zdumiony to złe określenie, by powiedzieć co teraz czuł. Dłoń, którą dała mu na pożegnanie była dużo cieplejsza niż poprzednio, ale jeszcze nie tak ciepła jak sobie to wyobrażał. Zaimponowała mu kolejny już raz. Zaproponował jej trzy miliony, a ona nie dość, że się wahała, czy powinna przyjąć, a wiedział to, bo potrafił rozpoznać uczucia innych, a dwa nie przyjęła całej kwoty dla siebie. Nie dość, że w tak młodym wieku zajęła się fundacjom, zdobyła szacunek i zaufanie innych osób, zdobyła kontakty, to jeszcze myślała też o innych fundacjach, obcych ludziach. Podziwiał jej upór i determinację, podziwiał zapał, ciężką pracę którą osiągnęła to wszystko. Podjęła się trudnego dla niego zadania i szło jej to całkiem dobrze, a jakoś zawsze potrafiła uzyskać potrzebne jej pieniądze. Nie wiedział, czy zyskiwała je sympatiom, wyglądem anioła, czy charakterem i dlaczego aż tak zatroszczyła się o tych ludzi. Widział z jaką pasją i zaangażowaniem, z jakim błyskiem w oku opowiadała o swoich podopiecznych, opowiadała o współpracach. Pomagała ludziom pokrzywdzonym przez los, ludziom z Aids, chorobami. Pomagała szpitalom, domom dziecka, pomagała jako wolontariuszka. Udzielała się prawie w każdą akcję, a on zaczął powoli rozumieć co jego brat w niej widział. Była ideałem kobiecości i to już nie chodziło o jej szczupłą sylwetkę, ładną buzię, a wrażliwe serce i dobroć, która wręcz od niej biła. Myślał, że ma nad nią przewagę, że zagra w jego grze, ale tymczasem było zupełnie na odwrót. Czuł, jakby tracił na nad nią jakąkolwiek władzę, co on bredzi, nigdy jej nie miał, jakby on sam znalazł się w jakieś grze, której jeszcze nie do końca rozumiał. Nie znał jej zbyt dobrze, ale każde starannie dobrane przez nią słowo, każde wahanie świadczyło, że nie była kobietą taką jaką znał i nie będzie potrafił tak szybko się do niej zbliżyć. Szybko zmieniała uczucia, z smutnej, gdy weszła do sali i zobaczył smutek w jej oczach, niemal od razu przeszła do pewnej siebie i zdecydowanej, gdy stawiała mu warunek przyjęcia pieniędzy. Musiał obmyślić inny plan, albo chociaż go dopracować, bo wiedział, że ten co wymyślił niemal na pewno nie wypali.
Wsiadł do swojego najnowszej marki mercedesa i piskiem opon odjechał. Zastanawiał się, gdzie ma pojechać, ale nie miał zbytniego wyboru. Nie chciał wracać do firmy, spotkać się z wspólnikiem i wszystkiego mu tłumaczyć, bo wiedział, że mężczyzna oczekuje od niego konkretów, których jeszcze nie do końca sam znał. Najpierw sam musiał poukładać w głowie to, czego dziś był świadkiem, pozbierać myśli i zastanowić się co dalej. Nie miał zbytnio przyjaciół, dlatego nie mógł pojechać do któregoś kumpla i zatrzymać się na chwilę by pomyśleć. Wszyscy się go bali, a on po raz pierwszy poczuł się jak przegrany. Nie zależało mu teraz na opinii, którą wywalczył sobie od lat, nie zależało na strachu, na lojalności. Chciał móc mieć chociaż jedną osobę, przed którą mógłby być szczery, mógłby się bez obaw zwierzyć i nie bać się odtrącenia. Nie rozumiał co ona z nim zrobiła, ale wiedział, że od chwili, gdy zobaczył jej zdjęcie, coś diametralnie i nieodwracalnie się w nim zmieniło, on się zmienił. Wyjął telefon i poleciał wspólnikowi przelać w tym momencie trzy miliony złotych z konta na fundację. Nie pytano o szczegóły, a on cieszył się, że nie musi się z niczego tłumaczyć. Zrezygnowany pojechał w jedyne miejsce, gdzie może być sobą, do starego domu, który niegdyś należał do ich rodziców, a teraz był w jego posiadaniu. To była pierwsza rzecz, którą kupił. Odkupił stary, zniszczony dom, sam nie wiedział dlaczego. Chyba tak naprawdę po prostu z sentymentu i właśnie z sentymentu nie miał sumienia go odnawiać ani dobudowywać. Chciał by był w takim samym stanie, w jakim był, gdy spędzał tu szczęśliwe lata. Zatrudnił jednego mężczyznę, który opiekował się domem pod jego nieobecność, ale doskonale wiedział o tym, że Alex z Sebastianem czasami też tu wpadali. Nie przyjeżdżał wtedy po nich, nie zabraniał im. Po prostu dom rodziców uznawał jako świątynię, której nikt nie miał prawa zhańbić. Było to ich rodzinne miejsce, a dom był jedyną rzeczą, która jeszcze wiązała ich jako rodzinę. Dom i wspomnienia po rodzicach.
***
Razem z Alexem siedziałem w niewielkiej kawiarni, dwie ulicy od brata mieszkania i czekaliśmy za facetami z którymi byliśmy umówieni. Nie było ani sekundy bym nie myślał o Annie, ani o naszym dziecku, które przecież porzuciłem. Nie wytrzymałem. Chociaż miałem świadomość, że plan był zupełnie inny, zadzwoniłem do Malwiny jeszcze nim wsiadłem na pokład i nie zdradzając jej szczegółów, poprosiłem by jak najszybciej znalazła się przy Annie. Powiedziałem tylko jedno krótkie słowo, odchodzę od niej. Nie zadawała pytań, nie żądała żadnych wyjaśnień, nie pytała o nic, a ja nie musiałem wymyślać na poczekaniu kolejnej bajeczki, i za to byłem jej wdzięczny. Chociaż Anna zazdrościła Malwinie sukcesów, szczęśliwego związku i życia, obie traktowały się jak siostry i byłem pewniejszy wiedząc, że ktoś tak dobry, ktoś tak miły zaopiekuje się kobietą, która kochałem nad życie. Teraz siedzieliśmy w kawiarni i czekaliśmy za tajniakami, a ja zastanawiałem się jak sobie radzą. Zapewne już od samego rana znalazła kartkę, którą pisałem kilka razy, za każdym razem wyrzucając do kosza. Chciałem by moje słowa były ostre, by nie zostawiać jej złudzeń, ale jednocześnie nie chciałem jej zbyt mocno zranić. Chyba mi się nie udało, bo miałem dziwne wrażenie, że zawalił się kobiecie świat, ja go zawaliłem odchodząc od niej.
- Podjęliście słuszną decyzję - po pół godzinie usłyszałem głos jednego komisarza, ale nie zareagowałem. Alex widział irytację na mojej twarzy, ale nie pozwoliłem się uciszyć i uspokoić.
- Co słusznego może być w zeznawaniu przeciwko własnemu bratu? co może być w porzucaniu kobiety w ciąży?bo co? bo Wy wreszcie zakończycie jakieś poprane śledztwo? najmniej mnie ono obchodzi! Sami nie potraficie nic, tylko poleganie na innych. Ba zmuszacie ich, bo zbytnio nie pozostawiliście nam wyboru, prawda? więc proszę iść teraz do Anny i powiedzieć, że jej narzeczony porzucając ją w środku nocy jak tchórz w ciąży, postąpił słusznie! - rzekłem zdecydowanie za głośno. Kilka par oczu spojrzało na mnie z politowaniem, ale nie zareagowałem. Byłem w takim nastroju, że ktoś, kto miał odrobinę oleju w głowie nawet by nie podszedł.
- Panie Sebastianie! Proszę uważać na słowa - ostrzegł jeden z nich, a ja spiorunowałem go wzrokiem.
- Bo co? no co? chce mnie pan aresztować? proszę bardzo. Lepsze to niż życie ze świadomością, że Anna przeze mnie płacze - wypaliłem przez zęby.
- Jacek uspokój się. Nie widzisz, że on cierpi? To zdenerwowanie - powstrzymał policjanta partner. - Proszę się uspokoić. Rozumiem pana rozgoryczenie. Jednak chyba miał pan możliwość zabrania rodziny ze sobą, prawda? - zwrócił się do mnie łagodniejszym głosem.
- Owszem, ale Anna prowadzi fundację. Współpracuję z wszystkimi fundacjami z kraju, ma zobowiązania. Nie mogłem olać tego wszystkiego i kazać jej wyjechać ze mną - rzekłem bez chwili wahania. Mężczyzni spojrzeli na mnie, a ich spojrzenie złagodniało.
- To jest ta Anna, która założyła fundację? najmłodsza założycielka fundacji? - spytali jednocześnie. Kiwnąłem głową i spuściłem wzrok. Chciałem powiedzieć, ze nie taka młoda, bo miała już trzydzieści jeden lat, ale zamilkłem. Anna była aniołem, a ja odebrałem jej resztki nadziei. - Cóż - odezwał się jeden z nich i spuścił wzrok.
- Nie mogłem jej zabrać - rzekłem, jakbym próbował przekonać samego siebie. Wyciągnąłem zdjęcie Anny i spojrzałem na jej roześmianą twarz. Patrzyła na mnie z taką ufnością, z taką nadzieją. Dlaczego nasze życie tak bardzo się skomplikowało? dlaczego nie mogliśmy być jak inne pary? dlaczego nie mogę budzić się przy niej rankiem i zasypiać w nocy?
- Zaopiekujemy się pana kobietą - obiecali policjanci i odeszli. Wstałem od stolika i nie czekając na Alexa ruszyłem przed siebie.
- Sebastianie zrobiliśmy słusznie. Tylko my możemy go powstrzymać, możemy ich powstrzymać. Anna to zrozumie. - rzekł Alex. Nie byłem o tym przekonany. Nie zrozumie tego, że ją porzuciłem, że nie chciałem mieć z nią dzieci, nie zrozumie mojego odejścia, mojego porzucenia jej w nocy.
- Kocham ją. Przecież tak cholernie mocno ją kocham - wyznałem Alexowi i próbując pohamować łzy, ruszyłem w stronę nowego mieszkania.
***
Malwina zawsze miała dar przekonywania, nie wiem jak to robiła, ale nigdy nie potrafiłam jej odmówić. Teraz było tak samo. Nawet nie wiedziałam jak to się stało, ale siedziałam w kawiarni i mimo ogromnego zmęczenia, bólu głowy i opłakanego humoru, czułam się w miarę dobrze. Dopijaliśmy ostatnie łyki czekolady na gorąco i rozmawialiśmy niemal o wszystkim z wyjątku jednej osoby - Sebastiana. Malwina zręcznie omijała każdy temat, który wiązał się z jej kuzynem, a ja nawet nie miałam sił protestować.
- To pochwal się ile zarobiła fundacja - zapytała w pewnym momencie, a ja wbiłam w nią wzrok. Teraz czułam się jeszcze bardziej zmęczona, niż kilka sekund temu, a to wszystko dlatego, że wciąż nie docierała do mnie suma, którą miałam dostać. Piętnaście minut temu zakończyłam ostatni telefon, który wykonałam służbowo i wyłączyłam telefon. Miałam dość wyjaśnień, dość służbowych rozmów i dość tego dnia.
- Trzy miliony złotych - powiedziałam w pewnym momencie, nie do końca przekonana, że zrobiłam słusznie
- Powiedz, że Ty robisz sobie ze mnie jaja? - poprosiła zaskoczona Malwina, ale ja kiwnęłam tylko głową. Od jej męża dostaliśmy milion i to wydawało mi się zbyt dużo. Oczywiście jak zazwyczaj rozdzieliłam tą kasę na fundację, które aktualnie potrzebowali na pilne wydatki. Teraz miałam od podziału aż trzy miliony i wciąż nie mogłam w to uwierzyć.
- Nie wiem czy dobrze zrobiłam przyjmując taką sumę - wyznałam swoje obawy. Malwina ku mojemu zaskoczeniu wcale nie zlekceważyła moich obaw.
- Porozmawiam z Maxem. Max jest prawnikiem mojego męża i reprezentuje jego interesy, powiem mu by przyrządził dla Was jakąś umowę, jakieś zabezpieczenie - powiedziała rozsądnie. Uśmiechnęłam się licząc na takie słowa od Malwiny.Nie miałam już sił prosić ją o kolejną przysługę i nawet nie musiałam.
- Jesteś nieoceniona - podsumowałam Malwinę, a ta tylko roześmiała się.
- Coś mi tu nie gra. Poproszę go żeby jeszcze ramo sporządził umowę, zgoda? Umówię Was na spotkanie - obiecała i wyszliśmy z kawiarni. Pozwoliłam by odwiozła mnie do domu. Widziałam zatroskany wzrok przyjaciółki, bo Malwina zdecydowanie była moją najlepszą przyjaciółką i pokiwałam głową. - Proszę zatrzymaj się u nas. Nie powinnaś być teraz sama - wyznała zaniepokojona. - Albo wiem ja zostanę u Ciebie. Zrobimy sobie jakieś damskie party. Obejrzymy jakiś film, porozmawiamy - wyznała. Doceniałam jej miły gest, ale zdecydowanie odmówiłam. Zapewniłam, że sobie poradzę i dałam jej słowo, że jakby co to do niej zadzwonię. Pożegnałyśmy się przed mieszkaniem i poczekałam jak odjedzie. Gdy jej samochód zniknął na zakręcie, odwróciłam się w stronę domu i ruszyłam w jego kierunku.
Wszystko mi go przypominało. Każdy mebel, każda szklanka, z której piliśmy, każda fotografia, która znajdowała się na półkach. Wzięłam głęboki wdech i nieśmiało podeszłam do zdjęcia, które zrobiliśmy w tamtym miesiącu. Na zdjęciu byliśmy tacy zakochani, tak w siebie wpatrzeni, że nie mogłam już tego znieść. Chciałam rozbić ramkę, by podrzeć zdjęcie, ale nie potrafiłam. Nie miałam sumienia podrzeć zdjęć, wyrzucić czegokolwiek, co przypominała mi o naszym krótkim szczęściu.
- Kochanie - wyznałam cichutko, doskonale wiedząc, że w mieszkaniu jestem sama. Nie potrafiłam działać racjonalnie, nie potrafiłam zrozumieć jego zachowania, jego odejścia. Nie miałam pojęcia co teraz zrobię, jak poradzę sobie jako samotna matka? jak poradzę sobie bez jego czułych słów, ciepłego dotyku. Jak Będę funkcjonować bez powietrza, którym był dla mnie Sebastian. Tak był jak powietrze, którego potrzebowałam, był jak woda, którą ryba potrzebowała do życia - ja byłam tą rybą. I odszedł, zostawiając mnie z tą pustką, która dusiła mnie od środka, z pustką po niespełnionym uczuciu, odebranej nadziei. Nie byłam pewna, czy rankiem będę potrafiła wstać i znów się uśmiechać, on był powodem mojego wstawania, przyczyną mojego uśmiechu. Wciąż nie rozumiałam dlaczego? nic nie zapowiadało takich wydarzeń, nic nie świadczyło o tym, że rankiem obudzę się i jego już nie będzie. A może zapowiadało, ale ja nie chciałam tego zauważać? może jego wyznania miłości, jego ciche, czułe pocałunki w nocy, może jego drżący głos, który mówił Kocham Cię skarbie, był oznaką, że rankiem nikogo już nie zastanę. A może nie? tego już chyba nigdy się nie dowiem. Poszłam do naszej sypialni, gdzie jeszcze na podłodze leżał jego ulubiony dres i odniosłam go. Wciąż w sypialni czułam jego ulubione perfumy i nie mogłam pohamować łez.
- Dlaczego? Boże dlaczego tak bardzo mnie krzywdzisz?- zapłakałam przytulając do siebie poduszkę, na której wciąż czułam jego zapach.
- Jesteś tego pewny Sebastianie? - zapytał po raz kolejny Alex, nie spuszczając wzroku z mojej zagubionej twarzy. Od kilkunastu minut siedzieliśmy w nowym jeszcze nie urządzonym mieszkaniu, które przygotowało dla mnie FBI i zastanawiałem się co powinienem teraz zrobić. Alex miał rację. Jeśli chciałem zmieć plan, jeśli chciałem cokolwiek zmienić, jeśli chciałem się wycofać, teraz była na to ostatnia szansa. Ostatnia szansa by cokolwiek naprawić, by powstrzymać ten szalony plan. - Sebastianie co mam zrobić? możemy się jeszcze wycofać! - powtórzył Alex, ale oboje doskonale wiedzieliśmy, że nie możemy.
- Sebastian umarł. Nie ma go - wyznałem cichutko, trzymając w ręku akt mojego zgonu. Alex spojrzał na mnie niepewnym wzrokiem, ale starałem się udawać, że nie widzę zatroskanego wyrazu jego twarzy. Nie mieliśmy odwrotu. Nie mieliśmy szans by cokolwiek zmienić. Byliśmy pionkami w grze policji i nie mieliśmy prawa wyboru. I chociaż wiedziałem, że postępujemy właściwie, przynajmniej jedna część mnie wiedziała, ta druga, ta która mówiła mi wciąż, że ranie tych których kocha, miała dużo wątpliwości.
- Alex nie mamy wyjścia, rozumiesz? Tu chodzi o życie tych których kocham, o życie tej której kocham. Musimy to zrobić - wyznałem. Alex milczał. Wiedziałem, że w ciągu najbliższych dni to jego zaczęły dopadać wątpliwości, a nie na odwrót, ale bałem się. Bałem się, że zbyt pochopną decyzją zniszczymy wszystko.
- Nie chcę być tym, który zniszczy jej życie. Czemu to ja mam jej to przekazać? Anna nie zasłużyła na to - odezwał się, Alex, ale nie odpowiedziałem. Miał racje. Nie zasługiwała na takie traktowanie, nie zasługiwała na taki cios, ale nie mieliśmy wyjścia. A może mieliśmy, ale tak było nam łatwiej, mi było łatwiej.
- Zaopiekujesz się nią, prawda? Będziesz ją wspierać Alexie? - spytałem nie spuszczając wzroku z jego twarzy. Alex pokiwał głową i pakował ostatnie rzeczy do dużej, brązowej walizki. - Co powiesz Beacie? - zapytałem przytomniej, ale nie dostałem odpowiedzi.
- Nic. Po prostu wyjadę. Nie potrafię tak po prostu się z nią pożegnać. Nie mam tyle odwagi co ty - odezwał się Alex po krótkiej ciszy. Zrozumiałem, że nie tylko ja jestem tu ofiarą i nie tylko nasza miłość skazana była na utracenie, mój brat także miał utracić dziewczynę, ale nie był taki silny jak ja.
- Musimy się pospieszyć. Nie długo ucieknie Ci samolot - wyznałem cicho.
Staliśmy na lotnisku i czekaliśmy za samolotem. Chciałem odprowadzić Alexa na odprawę i poczekać aż bezpiecznie znajdzie się w samolocie. Oboje byliśmy w śmiertelnym niebezpieczeństwie i doskonale o tym wiedziałem.
- Daj jej to - powiedziałem do Alexa przekazując jej kolejny list. Kiedyś nie pisałem listów wcale, teraz w ciągu kilku dni napisałem do niej drugi list, zabijając ją od środka. Jednak musiałem, po prostu musiałem zabić w niej jakąkolwiek nadzieje i zrobię to, w czasie, gdy dostanie mój akt zgonu. Nie miałem pewności, ale wierzyłem, że postępuje słusznie. Chciałem mieć pewność, że będzie szczęśliwa, bezpieczna i nic złego już jej nie grozi. Chciałem mieć pewność, że mój brat zajmie się nią, dopóki nie stanie na nogi, zaopiekuję się nią i dzieckiem, będzie ją wspierał.
- Sebastianie ja nie wiem - wyznał Alex, ale nie dokończył. - Nie wiem co powiedzieć. Chciałbym jakoś Ci ulżyć - dodał w końcu, a ja lekko się do niego uśmiechnąłem.
- Zaopiekuje się twoją dziewczyną, a Ty proszę zaopiekuj się Anną i naszym dzieckiem - poprosiłem. Alex pokiwał głową i poszedł, bo w tej samej chwili usłyszeliśmy zapowiedz jego samolotu. - Chroń ją. Proszę Cię chroń nasze dziecko - wyznałem. Alex nie powiedział już nic. Spojrzał na mnie takim wzrokiem, że wyczytałem w nim wszystko, jego obietnice, jego smutek i ból.
- Zaopiekuję się nimi - obiecał brat i ruszył przed siebie. Nie spojrzał za siebie, a ja byłem mu wdzięczny. Nie czekałem aż odleci, po prostu nie mogłem tego już znieść. Biegiem ruszyłem w stronę wyjścia i opuściłem lotnisko. Zostałem tu sam, sam z moimi myślami, sam ze strachem i bólem, sam z wspomnieniami o szczęśliwych chwilach z Anną i sam z wyobrażeniem naszej szczęśliwej rodziny, rodziny która już nigdy się nie spełni. Nie wiedziałem, czy nie płacę za wiele za tą cenę. Nigdy nie ujrzę już Anny, nigdy nie zobaczę naszego dziecka, nigdy nie zobaczę jak dorasta, jak się śmieje, nigdy nie zobaczę czy jest podobne do mnie, czy do matki. I nigdy nie usłyszę jak mówi do mnie tato.
- Postąpiliście właściwie - usłyszałem głos policjanta i spojrzałem na niego. Nie odpowiedziałem. Ostatnim razem powiedziałem już wystarczająco. Anna nie będzie tego zdania co on, nigdy nie powie, że ja postąpiłem właściwie. Jednak gdyby wiedziała, gdyby tylko wiedziała, czy poparła by moje zachowanie? czy by zrozumiała?
- Nie ma nic właściwego z tym co robimy. Zeznaje przeciw bratu, opuszczam ukochaną i nasze dziecko. Kurwa niech mi pan nie mówi, że postępuję właściwie! - odparłem i wsiadłem do taksówki, by w samotności zastanowić się nad tym, czy faktycznie postępuje właściwie.
***
Właśnie wracał ze trzeciego spotkania z Anną oszołomiony tym, czego się dowiedział. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, ale Anna zaskoczyła go po raz kolejny i po raz kolejny udowodniła mu, jaka jest silna i mądra. Nie był zachwycony pomysłem z umową, ale rozumiał ją i bez zbędnych problemów podpisał ją. Anna chciała w ten sposób ubezpieczyć się, a on doskonale to rozumiał. Nie chodziło tu już o nią, a o fundację, za którą była odpowiedzialna i dobro jej podopiecznych. Chociaż rozumiał ją, poczuł się dotknięty tym, że wcale mu nie ufała. Przecież nie zrobiłby nic, co mogło by zagrozić jej. Tylko skąd ona mogła to wiedzieć? skąd mogła mieć taką pewność? nie mogła. Powinien spróbować się do niej zbliżyć, pokazać jej, że może mu zaufać, że jest dobrym człowiekiem. Tylko jak? jak mógł to zrobić? jak miał zbudzić jej zaufanie? zjechał na pobocze i poszukał w telefonie jej numeru. Długo wahał się, czy powinien zadzwonić, ale jednak chęć usłyszenia jej okazała się silniejsza.
- Witam z tej strony Grzegorz. Chciałbym się z panią zobaczyć - wyznał cicho i wziął głęboki wdech. - Mam pewien pomysł - dodał po chwili, gdy usłyszał niezręczną ciszę.
- Zgoda. Jestem jeszcze w biurze. Może pan przyjechać - usłyszał jej cichy głos. Rozłączył się i bez chwili wahania nawrócił auto i pojechał pod znajome miejsce. Nie wiedział jak, ale musiał przekonać ją o tym, że ma dobre zamiary i może na nim polegać.
Od trzynastu minut siedział w wygodnym fotelu, na przeciwko zmęczonej i milczącej Anny i patrzył w wyczekiwaniu na jej twarz. Chciał znać jej zdanie na propozycję, którą jej złożyć, ale nie usłyszał nic.
- Szczerze mówić, trochę mi się spieszy. Właśnie miałam iść na kolację zafundowaną przez zaprzyjaźnioną fundację, ale teraz zastanawiam się, czy nie zabrać tam pana. Bardzo mile zaskoczył mnie pana pomysł i myślę, że nie tylko mnie. Piknik dla dzieci, zabawy i koncert będzie idealny by chociaż w małym stopniu wynagrodzić im wszystko, co się stało. - powiedziała bez namysłu.
- Też chciałbym im pomóc wszystko wynagrodzić. Mogę opłacić jakiś zespół, chciałbym żeby na długo zapamiętały ten piknik - odezwał się. - Nie mam żadnych planów. bardzo chętnie poznam ludzi z innych fundacji, może uda mi się pomóc też innym - wyznał. Anna uśmiechnęła się po raz pierwszy dzisiejszego dnia, a on odwzajemnił jej uśmiech.
- Proszę za mną poczekać, zamknę i możemy iść - usłyszał po chwili.Już kwadrans później wychodzili z fundacji i postanowili pojechać jednym samochodem. Nie był pewny tego pomysłu, ale cieszył się, że spędzi z nią więcej czasu. - Proszę mówić mi po imieniu - odezwała się Anna, a on uśmiechnął się. - Anna - rzekła cichym głosem, wyciągając do niego rękę.
- Grzegorz- wyznał również podając jej dłoń. Gdy dotkną ją kolejny raz, teraz jej ręka była znacznie cieplejsza niż zazwyczaj. Podobało mu się to, właśnie taki dotyk od zawsze sobie wyobrażał. Kilkanaście minut później dojechali do niewielkiej posiadłości, w której miał odbyć się bal. - Proszę rozluźnić się, to przyjaźni ludzie - odezwała się Anna i posłała mu ten uśmiech, który lubił najbardziej.
***
Siedziałam obok Grzegorza, który w ostatnich dniach okazał się naszym aniołem stróżem i piłam kolejny łyk wina. Kolacja przygotowana przez moją serdeczną koleżankę, okazała się strzałem w dziesiątkę, by chociaż na chwilę zapomnieć o tym co się stało. Minęło kilka dni, odkąd znalazłam ten przeklęty list i mimo mojego wielkiego zaskoczenia, funkcjonowałam. Wstawałam, głównie dlatego, że musiałam bo czekała na mnie fundacja, jadłam i żyłam jak maszyna, bez jakichkolwiek uczuć, ale było mi tak wygodniej. Nie czułam bólu, bo nie miałam na to czasu, z wyjątkiem samotnych wieczorów, w których upijałam się butelką wina. W mieszkaniu nie zmieniałam nic, chociaż niejednokrotnie chciałam zabrać i wyrzucić ubrania, rzeczy, które mi o nim przypominały- nie potrafiłam. Teraz zamiast spędzać kolejny samotny wieczór na upijaniu się i wylewaniu łez w poduszkę, siedziałam wśród wyjątkowych ludzi i świętowałam mały sukces zaprzyjaźnionej fundacji.
- A więc chce pan nam pomóc, naprawdę? - z oddali usłyszałam głos młodego mężczyzny i uśmiechnęłam się. Cieszyłam się, że znów mogłam pomóc.
- Skąd go znasz? - usłyszałam cichy głos Baśki i uśmiechnęłam się do niej. Nie wiedziałam, czy pytała o to zawodowo, czy prywatnie, ale w sumie nawet nie interesowało mnie to.
- To nasz inwestor. Przeznaczył sporą sumkę na naszą fundację - powiedziałam nie spuszczając wzroku z jego twarzy. Nie zdradzałam ile, bo nie byłam pewna, czy życzy sobie podawania takich danych, a nie chciałam go urazić.
- Po prostu lubię pomagać - powiedział jakby nigdy nic i skupił swój wzrok na mnie.
- A co na to pańska żona, że jest pan teraz tutaj, a nie w domu? - zapytała koleżanka, a ja uśmiechnęłam się, bo wiedziałam o co jej chodzi. Cwaniara chciała dowiedzieć się, czy mężczyzna, który wpadł jej w oko ma kogoś, czy może się za niego brać.
- Nie mam nikogo. Jestem wolny jak ptak - rzekł nie spuszczając ze mnie wzroku. Spuściłam wzrok, czując się trochę zmieszana jego intensywnym spojrzeniem i wypiłam kolejny łyk wina.
- A Ty Anno? dlaczego nie ma przy Tobie Sebastiana? - dopytywali wszyscy, a ja mogłam się domyślić, że tak to będzie wyglądać. - Musiał wyjechać i chyba już nie wraca - wyznałam bez namysłu i wstałam ze stołu. Widziałam zaskoczenie na twarzy wszystkich ludzi, słyszałam jakieś szepty.
- Anno! - zawołała Jolka, ale nie zatrzymałam się. Czego się spodziewałam, czego spodziewałam się przychodząc tu sama? Przecież cały świat, w którym się zajmowałam, wszyscy moi bliscy, przyjaciele, znajomi wiedzieli o mnie i Sebastianie, powtarzali, że jesteśmy sobie przeznaczeni. - Anno! usłyszałam damski głos. Jolka przytuliła mnie, a ja rozpłakałam się.
- Sebastian mnie zostawił. Poznał kogoś, chyba - powiedziałam po krótkim wahaniu. - Pójdę już - dodałam i nie czekając na reakcję koleżanki, opuściłam łazienkę.
- Dziękuję za kolację, ale na mnie już czas.Życzę miłego wieczoru i dziękuję za zaproszenie - wyznałam cicho, zbierając się do wyjścia.
- Poczekaj! Odwiozę cię - usłyszałam męski głos. Odwróciłam się i spojrzałam na zatroskaną twarz Sławka.
- Przykro mi, głupio wyszło - powiedziałam po kilku minutach, gdy już wracaliśmy z powrotem.
- Nic nie szkodzi. Długo z nim byłaś? pewnie jest Ci trudno, co? - zapytał zatroskany.
- Nie chcę o tym gadać. Nie chcę o tym myśleć. Mam fundację i chyba ucierpiała właśnie moja reputacja - powiedziałam bez namysłu. Grzegorz zatrzymał się i przez kilka minut nie spuszczał ze mnie wzroku. Chciał coś powiedzieć, ale nie odzywał się, a mi było to na rękę.
- Nie ucierpiała twoja reputacja. Nikt nie ma tyle siły co Ty. Nikt tyle nie zrobił co Ty. Proszenie o pomoc nie jest oznaką słabości, przeciwnie jest całkiem naturalne - usłyszałam.
- Przeciwnie. U mnie oznacza to słabość. Ja jestem silna, zawsze taka byłam i poradzę sobie, to tylko efekt zmęczenia, nie wyspania i samotności. Chwila słabości, która zaraz niknie. Jutro znów będę sobą, jutro znów będę walczyć dla fundacji, poświęcę się temu co kocham i lubię. Będę sobą, muszę - rzekłam zachrypniętym głosem. Poczułam na ramieniu ciepłą dłoń Sebastiana i zamknęłam oczy. Nawet nie wiedziałam w którym momencie rozpłakałam się, nawet nie wiedziałam w którym momencie znalazłam się w jego ramionach. Czułam się tak, jakbym traciła kontrolę nad sobą i własnym życiem, nie lubiłam tego.
- Jesteśmy. Dasz się jutro zaprosić na lunch? - zapytał po chwili. Kiwnęłam głową. Nie wiem dlaczego, ale miło mi się rozmawiało, dobrze się przy nim czułam. - Jakbyś potrzebowała kogoś do rozmowy, to dzwoń. Postaram się znaleźć dla Ciebie czas- usłyszałam. Miał rację. Proszenie o pomoc to nie oznaka słabości i nie usłyszałam tego pierwszy raz. Malwina powtarza mi to bez opamiętania. Przychodzi do mnie codziennie, ale codziennie ją spławiam, odtrącam osoby, które naprawdę są mi bliskie. Musze coś zmienić w swoim życiu, muszę się pozbierać. Muszę się ogarnąć.
- Zatem do jutra Grzegorzu - wyznałam cicho i wysiadłam z jego samochodu. Wsiadłam do auta i wybrałam numer Malwiny.
- Przyjdziesz do mnie? - zapytałam ochrypniętym od płaczu głosem.
- Zaraz będę - obiecała Malwina, a ja pojechałam do domu. Gdy po kilkunastu minutach znalazłam się na parkingu, przed mieszkaniem, zobaczyłam znajomą męską sylwetkę. Nie wiedziałam kto to był, ale gdy po chwili wysiadłam z samochodu i podeszłam do mężczyzny, zamarłam.
- Alex - powiedziałam cicho i spojrzałam na mężczyznę.
Alex. Patrzyłam na oprawcę całego cierpienia i nie wiedziałam co zrobić. Przetarłam oczy, upewniając się, czy aby wypity wcześniej alkohol nie płata figla moim oczom. Nie byłam pewna, czy to co widzę, to prawda. Nie byłam już niczego pewna. Nie poznawałam się. Nie wiedziałam co robię z własnym życiem. I chociaż podejrzewałam ciążę, nie poszłam do lekarza, piłam alkohol, całkowicie zapominając, że krzywdzę ukochaną istotę. Nie przejmowałam się, co będzie z dzieckiem, którego nosze pod sercem, czy przeżyję, czy nie ucierpi, przez błędy matki. Zostawił mnie, Dziecko przypominało mi Sebastiana, a Sebastian przypominał mi o tym, że mnie zostawił, że mnie skrzywdził.
- Anno przyjechałem prosto z lotniska! Droga Anno tak bardzo mi przykro - usłyszałam smutny głos Alexa. Nie wiedziałam dlaczego patrzył na mnie takim wzrokiem, dlaczego mówił takim głosem.Miał w oczach łzy, a ja nie rozumiałam co on tu robi, dlaczego przyleciał sam? gdzie jest Sebastian? - Anno muszę Ci coś powiedzieć. Anno posłuchaj mnie proszę - powiedział cicho Alex. Bez słowa wpuściłam go do mieszkania, a po chwili przyjechała Malwina.
- Mam gościa, przyjechał Alex - powiedziałam ściszonym głosem. Po krótkiej chwili wraz z Malwiną i Alexem siedziałam w salonie i nie spuszczałam wzroku z szwagra. - Droga Anno musisz być silna, tym bardziej teraz - powiedział cicho Alex - Stało się coś strasznego, chodzi o Sebastiana. Anno on nie żyję - usłyszałam. Potem nie słyszałam już nic, bo straciłam przytomność.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania