Niosący
czterech ich szło, więc jakby nikt nie lazł.
można przesadzać na sposób drwiąco-stand-uperski
czy kabaretowy, że cha cha, hi hi,
menele zagłady, żule apokalipsy,
– a oni naprawdę kroczyli,
by zesłać jak najgorsze.
najlepszy (czytaj: najmniej zdegenerowany)
był Wacek Piżula. on tylko dwadzieścia lat
przesiedział za młodzieńczy figielek, beteczkę taką:
zamordowanie kolędników z głupia frant
(miało być zabawnie, a skończyło się jak zwykle:
z frustracją i bez cienia uśmiechu).
Filip Monosycki – oj, dużo większe licho,
choć zdawałoby się – bezgrzeszny, bo tylko ćpał.
a Gienio Dziewistrzęga? brat i łata wszystkich,
nasz święty i powszechny alkodawca, co by
prędzej umarłby z nieużycia, niż odmówił.
ostatniego trzeba by przemilczeć, bo to
Józef Meandrych, znany jedynie z tego, że
mało o nim wiadomo, a jeśli już cośkolwiek
– to niepotwierdzone i cuchnące lenistwem.
ech, jak wdeptali mi się w ściany domu, jak weszli
tanecznym krokiem w jego dach i fundamenty,
moi darczyńcy, dostarczyciele.
ciągle darzą, udzielają. i w kolędę nie wierzę,
i tańczę z nimi leżąc na wznak.
Komentarze (4)
spolo, proza przynajmniej ba poziomie gimnazjalisty Ale jeśli uważasz że skreśliłeś poezję wskaż fragmenty za tym przemawiające.
Nie wystarczy chcieć trzeba jeszcze móc.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania