Noc
Drzewa owionął mglisty mrok.
Tchną żółcią, wilgotne,
Jakby wygnite, powyginane wraz
Z całym oblegającym błotem.
Z całym tym kolorytem.
I latarnie, złociste,
To złoto, złoto granatowego nieba.
I białe, przeszywające, a więc,
Więc gwiazdy ze swą milczącą tajemnicą.
Resztę zwabił mrok, co było prawdziwe,
Okrył, i nie widać ich było więcej.
Nieraz przebił go gmach budowli.
Poprzecinany symetryczną stalą.
Ta spaja wnętrza, spoiwa molocha,
A tego obsiada mgła, jak nocne,
Białe duchy. Przypatrujące się ptactwo.
Nieraz przebił je gmach budowli.
A może to one odsłoniły go spod swych skrzydeł.
...
I byli ludzie, lecz byli zbyt krótko.
Gdzieś poszli, wtopili się w noc,
A widać ich tylko dlatego,
Że niebo było granatowe.
I oświetlały ich własne gwiazdy,
Czasem złocisty blask.
A nieraz ustąpiła im mgła.
Komentarze (2)
Za dużo więc.
Poza tym autor nieźle pisze, choć czasami miewa spadki formy.
Co widać.
Próba oddania obrazu, miejscami niezła.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania