Elegia (nie)istnienia
zapada zmrok; noc z tych, gdy królowie w złotych
zbrojach przeprawiają się na słoniach przez góry
a ja trzymam w rękach ciężar nieistnienia,
słowa wznoszą się jak miasta bez ulic
między kartkami – sklejam się z sobą,
kleistą masą nieprzełkniętych pragnień
zasłaniam oczy ekranem, na którym
nie patrzą na mnie, ale ja patrzę
wyciekam w biel prześcieradeł i wracam,
spękany jak asfalt latem, lepki i cichy
patrzę w lustro: zatrudniłem się w cudzym podziwie
na granicy świat robi się chropowaty,
tu świat jest gładki, płynie w nim światło,
cieknie ze mnie, ale nie styka się z ziemią
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania