Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Noc niesamowitości.
Noc owinęła miasto aksamitną, czarną chustą, a strugi deszczu bębniły w szybę gabinetu niczym niecierpliwe palce przeznaczenia. W powietrzu unosił się ciężki aromat palonych liści tytoniu, dojrzałych brzoskwiń i taniego lenistwa. Siedziałem za masywnym, dębowym biurkiem, rozliczając ostatnie okruchy spokoju, gdy drzwi uchyliły się cicho, uwalniając zapach, który spłoszyłby nawet najśmielsze myśli — nutę nocnego jaśminu i gorzkich migdałów.
Do pomieszczenia wkroczyła kobieta, której uroda była jak ostry, błyszczący sztylet owinięty w jedwab. Suknia z rubinowej satyny przylegała do jej ciała z bezstydną precyzją, rzeźbiąc linię bioder i odsłaniając aksamitną bladość ramion. Jej oczy, głębokie jak studnia pełna grzechu, spoczęły na mnie z mieszanką trwogi i prowokacji.
— Panie mecenasie — wyszeptała, a jej głos brzmiał jak melodia grana na pękniętej skrzypcowej strunie. — Jestem zgubiona. W moim salonie leży hrabia de la Tour. I niestety... nie oddycha.
— Śmierć bywa nieproszonym gościem, madam — odparłem, leniwie wypuszczając obłok sinego dymu. — Lecz pani obecność tutaj sugeruje, że to nie wiatr otworzył mu drzwi do wieczności.
Podeszła do biurka wolnym, hipnotyzującym krokiem. Każdy jej ruch był jak precyzyjnie wyreżyserowany spektakl pasji. Wspadłwszy głęboko w fotel, oparta o krawędź blatu, skłoniła się w moją stronę. Cień rzucany przez lampę z abażurem z zielonego szkła kładł się miękko na jej falującym dekolcie. Czułem ciepło jej skóry, niebezpieczne i palące niczym płomień świecy.
— Hrabia posiadał coś, co należało do mnie — rzekła, a jej dłoń o długich, smukłych palcach opadła na mój nadgarstek. Dedykowany dotyk przelał przez moje żyły prąd, lekki i odurzający. — Chciał to zatrzymać, żądając zapłaty, której żaden mężczyzna nie powinien wymuszać siłą.
— A zatem pchnięcie sztyletem było aktem rozpaczy, czy może... spłaty długu? — zapytałem, przysuwając się bliżej. Nasze oddechy pomieszały się w gęstym powietrzu gabinetu.
— To była gra, w której stawka przerosła jego zdolności — odparła z ciarką uśmiechu na pąsowych wargach. Her spojrzenie zeszło na moje usta. — A teraz to pan trzyma karty, mecenasie. Czy wyda mnie pan stróżom prawa, czy pomoże ukryć ślady tej... fatalnej pomyłki?
Przez mroczną salę gabinetu przemknął powiew wiatru, wzniecając ogień w kominku i rzucając na ściany tańczące, szkarłatne cienie. Kobieta przylgnęła do mnie mocniej, a jej ciche westchnienie rozpłynęło się w ciszy niczym szept spowiedzi. Rubinowa satyna zszumiała, gdy przesunęła się w moim objęciu, pozostawiając na moich dłoniach palący ślad ciepła swojego ciała.
— Ostatni akt, mówisz, mecenasie? — zamruczała, dotykając delikatnie mojego podbródka. Jej paznokcie, pomalowane na kolor dojrzałej wiśni, zostawiły na mojej skórze dreszcz odurzenia. — Lecz zanim kurtyna spadnie, pozwól, że opowiem ci o tej nocy. O nocy, w której zapach jaśminu wymieszał się z metaliczną nutą krwi.
Rozsiadła się na krawędzi biurka, odrzucając w tył falujące, ciemne loki. Wyglądała jak bogini występku, która wyszła prosto z mrocznych opowieści Teatrzyku Zielone Oko. Jej dekolt wznosił się i opadał w przyspieszonym rytmie, a ja — choć z reguły zimny jak marmur — czułem, jak rozsądek ustępuje miejsca dzikiemu, gęstemu pożądaniu.
— Hrabia zaprosił mnie do swojej posiadłości — zaczęła, jej głos stał się miękki i zmysłowy, niczym aksamitny dotyk nocy. — Wąskie korytarze tonęły w półmroku, a w jego sypialni płonęły dziesiątki świec. Podał mi kieliszek szampana. Bąbelki musowały w ustach jak przelotne obietnice... Lecz w jego oczach nie było zachwytu. Była tam chciwość. Chciał dokumentów — kontynuowała z cieniem drwiny. — Listów, które mogłyby zniszczyć moją reputację. Gdy odmówiłam, zrzucił maskę dżentelmena. Złapał mnie za nadgarstki, jego uścisk był brutalny, palący... Przycisnął mnie do toaletki. Czułam na szyi jego gwałtowny, ohydny oddech.
— I wtedy uderzyłaś? — wyszeptałem, pociągnięty nieuchronną magią jej opowieści.
— Wtedy... przypomniałam sobie o smukłym stiletto z rękojeścią z masy perłowej, które zawsze noszę przy podwiązce — urwała na chwilę, a jej spojrzenie stało się grzeszne i wyzywające. Prawą dłonią powoli uniosła brzeg rubinowej sukni, odsłaniając jedwabną pończochę i zarys uda, rzeźbionego z nieskazitelną precyzją. — Zdarłam z niego tę dumę, mecenasie. Pchnęłam raz, głęboko, prosto w jego pyszne serce. Upadł u moich stóp, a jego ostatnie westchnienie było jedyną prawdziwą rzeczą, jaką od niego otrzymałam.
W gabinecie zapadła ciężka, gęsta cisza, przerywana jedynie bębnieniem deszczu o szyby. Przesunąłem dłoń z jej talii wprost na kark, przyciągając ją do siebie. Nasz pocałunek był gwałtowny, gorzki od wina i tytoniu, ale słodki od zakazanego owocu. Był to pakt podpisany bez słów, w ciemnościach, gdzie prawo nie miało już żadnego znaczenia.
Gdy na chwilę oderwaliśmy się od siebie, zasapani, jej oczy błyszczały niebezpiecznym triumfem.
— A więc... pomóż mi, mecenasie — wyszeptała z zmysłowym uśmiechem. — Zatańcz ze mną ten taniec z diabłem.
— Tylko pod jednym warunkiem, madam — odpowiedziałem, patrosząc jej niebezpieczne usta. — Że ta noc nie skończy się, dopóki nie poznam każdego grzechu, jaki masz jeszcze do zaoferowania...
Byłem gotów zatracić się w tym mrocznym układzie, ulec miłosnej iluzji i zaryzykować własną reputację dla kobiety, której imienia nawet nie znałem. Wtedy jednak jej spojrzenie ześlizgnęło się z moich ust na dębowy blat biurka, gdzie w cieniu mosiężnej lampy leżała rozłożona poranna gazeta. Jej uśmiech zastygł. Zmysłowe ciepło, które od niej bijąło, momentalnie wyparowało, ustępując miejsca lodowatej precyzji.
— Mecenasie... — wyszeptała, ale w jej głosie nie było już aksamitnej uległości. Był czysty, twardy jak stal. — Kim pan jest?
Uśmiechnąłem się powoli, nie wypuszczając jej talii, choć mój uścisk stał się gwałtownie pewniejszy i pozbawiony czułości. Wolną dłonią sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni marynarki. Zamiast chusteczki czy papierosa, wyciągnąłem srebrną odznakę i położyłem ją na blacie, tuż obok nagłówka gazety, który głosił: „Zabójstwo w rezydencji hrabiego de la Tour. Sprawczyni poszukiwana”.
— Inspektor Kowalski, Wydział Śledczy — odparłem spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. — A prawdziwy mecenas od godziny związany leży w piwnicy. Czekałem na panią. Wiedziałem, że po zbrodni przyjdzie pani właśnie tutaj, szukając ratunku u swojego dawnego wspólnika.
Kobieta zamarła. W jej głębokich jak noc oczach błysnął cień podziwu pomieszanego z wściekłością.
— A więc to wszystko... ta gra, ten pocałunek... to był tylko podstęp? — spytała z gwałtownym wyrzutem.
— Nie do końca, madam — odpowiedziałem, wstając i nieznacznie przekręcając klucz w zamku drzwi gabinetu. — Mój zachwyt pani urodą był całkowicie autentyczny. Jednak w Teatrzyku Zielone Oko to nie morderca pisze scenariusz ostatniego aktu.
W tym momencie zza ciężkiej, zamszowej zasłony wyszedł wysoki mężczyzna w cylindrze. W ręku trzymał rewolwer skierowany prosto w moją stronę.
— Bardzo ładna mowa, inspektorze — rzekł z głębokim, ściszonym śmiechem hrabia de la Tour we własnej osobie, żywy, bez ani jednej plamy krwi na nienagannym fraku. — Ale sztuka jeszcze się nie skończyła. A sztylet z masy perłowej... cóż, był jedynie rekwizytem na potrzeby naszej małej inscenizacji.
Kobieta uśmiechnęła się znowu — tym razem bezczelnie i triumfalnie. Przesunęła dłonią po gładkiej klapie mojego garnituru, po czym cofnęła się o krok w stronę hrabiego.
— Widzi pan, inspektorze? — wyszeptała rozbawiona. — W tym teatrze wszyscy jesteśmy aktorami. A pan właśnie zagrał swoją ostatnią rolę.
Za oknem znowu strzelił piorun, a wraz z nim w gabinecie zgasło światło, zatapiając nas wszystkich w nieprzeniknionej, czarnej nocy.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania