Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Nowa furka

W sumie to ludzie nie umieją jeździć. To znaczy potrafią ruszyć i zmienić bieg. Zaparkować równolegle. Może nawet puszczą hebel i zmienią pas kiedy ABS zawiedzie. Nie o to jednak chodzi. Ludzie nie rozumieją jak działa samochód. Kiedy można skorzystać z podsterowności. Jak szybko wyjść z zakrętu. Dla przeciętnego Janusza jazda ogranicza się do hamowania, przyspieszania i kręcenia kierką. Do zmiany biegów jak dojdzie do trzech tysięcy obrotów. Podstawy. Dla mnie jazda zaczyna się na krawędzi. Kiedy koła zahaczają o pobocze. Kiedy przekraczam pasy. Kiedy opony tracą przyczepność od zbyt wysokiej temperatury. Wtedy to jest jazda na serio. Inaczej to tylko toczenie.

 

Jeszcze czterdzieści pięć kilometrów do celu.

 

Dzisiaj jest ślisko, ale nie na tyle, żeby zaraz hamować na zakrętach. Poza tym trochę mi się spieszy, ale nie zamierzam przekraczać prędkości o więcej niż dwadzieścia kilometrów na godzinę. Nie w mieście. Ostatnią rzeczą jakiej teraz potrzebuję to niespodziewana kontrola drogowa.

Akurat wyjechałem z centrum i wjeżdżam na obwodnicę więc wciskam gaz do dechy, ale powoli, bo jeszcze się nie przyzwyczaiłem do tego potwora. Nigdy nie lubiłem japońców, ale ten chyba zmieni moje zdanie. Trzy litry pod machą i warkot sześciu cylindrów to jest to. Nie jakaś rzędowa czwórka jak w poprzednim szrocie, którego dopiero co się pozbyłem. Warto było poświęcić trochę czasu i poszukać czegoś porządnego. Mazdziocha daje radę. Mam ochotę przycisnąć ją do samego końca. Zobaczyć na co ją stać. Nie czuję się jednak pewnie. Jeszcze nie teraz. Może za dziesięć kilosów. Pewnie coś mi odjebie i złamię wszystkie swoje zasady. Po prostu dzisiaj mam ochotę przycisnąć. Ostatnio zdarza mi się to coraz częściej. Muszę z tym skończyć bo kiedyś serio narobię sobie przypału.

 

Nawigacja piszczy mi, że za kilometr będę musiał zjechać z obwodnicy w prawo. Szkoda, bo zaczynałem się już rozkręcać. Na szczęście do celu mam jeszcze ze czterdzieści kilometrów i większość z tego to trasa, więc się jeszcze dzisiaj najeżdżę. Muszę tylko przebić się przez dwie wiochy i będę wolny. Potem pierdolę to i cisnę do oporu. Cały dzień na to czekałem.

 

Wiocha numer jeden mija błyskawicznie w moim lusterku. Na wylocie patrzę w lewo i prawo czy na poboczu przypadkiem nie czają się jakieś pały. Droga jest czysta, więc cisnę do dechy. Sto, sto dwadzieścia, sto czterdzieści. Drzewa migają z obu stron w świetle reflektorów. Wszystko się rozmywa w kroplach deszczu ściekających w górę szyby. Jakbym przekraczał barierę dźwięku wrzynam się w akompaniamencie sześciu cylindrów prosto w jesienną noc.

 

Jeszcze dwadzieścia dziewięć kilometrów do celu.

 

Wiocha numer dwa. Noga w hebel. Redukcja do dwójki i z warkotem wchodzę w lekki zakręt. Opony trochę popiskują. Zwalniam bo w oddali jarzy się odblaskiem znak przejścia dla pieszych. Dwa zakręty i przez skrzyżowanie. Potem tory i znowu do oporu. Sto. Sto dwadzieścia. Zaczynam się wczuwać. Trójka ma mały opór ale reszta wchodzi jak w masło. Obroty wkręcają się prawie równo z pedałem gazu. Dwieście kucy jak nic. To jest to. Nie tam kolejny kombiak od kolejnego nudziarza.

 

Zastanawiam się kim był dokładnie poprzedni właściciel. Z wyglądu wyglądał trochę na podstarzałego cwaniaka. Pod chatę przyjechał w garniaku, więc pewnie jakiś prezesik. Ogólnie w środku jest bardzo zadbane, świeżo po detalingu. Ciekawe czy rzeczywiście dbał o auto czy tylko ostatnio je odpicował.

 

Sto czterdzieści na budziku. Jeszcze dwadzieścia trzy kilometry.

 

W sumie ciekawe czy mu jej szkoda, czy ma totalnie wyjebane i zaraz przesiądzie się do czegoś nowszego. W sumie po wyglądzie bardziej pasował mi do merolka albo bawarki. Pięć litrów w ósemce. Coś w tym stylu. Właśnie na takiego gościa mi wyglądał. Pewnie się dorobił na nieruchomościach albo jakimś innym przekręcie i taka mazdziocha to dla niego jak splunąć. Zaraz weźmie w leasing coś nowego. SUVa albo coupe w full pakiecie. Wszyscy tak teraz robią. Już nikt nie ciuła po dziesięć lat na połowę wkładu za paździerza w podstawowej wersji. Dzisiaj wystarczy że byle palant ma własną firmę albo lewy etat i zaraz wchodzi do salonu po to co najlepsze. Przecież nie wróci do wiochy na święta jakimś używanym złomem. No a potem gniją rzędami pod zapyziałymi blokami bawary w trzech litrach, bo frajerzy przeliczyli się na ratach i nie mają nawet na wachę. Myśląc tak o tym mija mi coś w lusterku. Kurwa mać, chyba śmignąłem przed sukami mając półtora paki na budziku. Zwalniam kontrolnie, żeby obczaić czy się nie wjebałem, ale w lusterku jest już ciemno. Może mnie przeoczyli. Może mi się tylko przywidziało. Tak czy siak ściągam girę z gazu. Dopiero co odebrałem wózek i zamierzam swoją pierwszą trasę odbyć w spokoju.

 

Jeszcze tylko jedna wiocha, a potem piętnaście kilometrów pełnego luzu.

 

W sumie kiedyś nie lubiłem jeździć. Zawsze się bałem, że będę miał wypadek. Ktoś mnie pizdnie albo wpakuję się w bok bo przegapię znak ustąpienia pierwszeństwa. Bałem się że zawadzę o krawężnik albo inną furę na parkingu. Kogoś rozjadę. Tego typu głupie fobie. Trochę zajęło mi to czasu ale już tak nie mam. Teraz zapieprzam jak rakieta, prawie nie myśląc o tym co robię. Każdy zakręt to jak zwykły krok. Jakbym szedł sobie spacerkiem po parku. Noga lekko z gazu, redukcja i pizda na wyjściu. Prosta, decha, zakręt, hamulec. Czwórka, piątka, czwórka, trójka, czwórka. Tylne lusterko, droga, boczne lusterko, droga. Ten spokój. Te emocje. Za kółkiem czuję się jak w innym świecie. Fura i ja to jedno. Wdech i wydech. Gaz i hamulec. Razem brniemy do przodu pokonując jak tancerz zakręt po zakręcie. Z finezją i gracją prawie jak w transie. Szum opon brzmi dla mnie jak mantra.

 

Wiocha. To już prawie koniec. Za nią jest prosta droga. Piętnaście kilometrów do celu. W sumie nawet trochę szkoda, bo mógłbym zrobić dziesięć razy więcej. Już się wczułem. Jestem w zonie. Teraz już nic mnie nie pokona. Chciałbym cisnąć bez końca. Wsteczne lusterko, skrzyżowanie, droga, lewe lusterko, gaz.

 

Kurwa.

 

Ktoś za mną jedzie. Serce mi trochę przyspiesza, bo jest już późno, a ta wiocha przeważnie jest martwa nawet za dnia. Przełykam ślinę i spokojnie przyspieszam. Mijam białą tablicę z przekreśloną panoramą miasta. Teraz mogę cisnąć do dziewięćdziesięciu. To gliny czy nie? Światła podążają ze sto metrów za mną. Dobra, spokojnie, nawet jak to gliny, to ja przecież nie robię nic złego. No chyba że to tamci mnie dogonili. Zdeczka przejebałem. Kurwa. Chuj w to, przyspieszam. Sto. Sto dziesięć. Światła w lusterku nie znikają. Moje reflektory pożerają coraz szybciej kolejne białe paski międzymiastówki.

 

Jeszcze osiem kilosów.

 

Dobra, to tylko jakiś podróżnik. Ja ja jedzie do swojego celu. Tylko czemu tą drogą? Czemu nie główną trasą? Tędy nigdy nikt nie śmiga, chyba że zmierza do jednej z wioch w pobliżu, ale tam to można się dotoczyć jedynie rowerem albo traktorem. Jest jeszcze jedna miejscówka, ale tam jadę tylko ja.

Gaz i hamulec. Kolejny zakręt. Zwalniam do dziewięćdziesięciu. Światła trzymają odstęp. Dlaczego mnie nie wyprzedza? Ma wolną drogę i cisnął za mną prawie do stu dwudziestu, więc nie jest jakimś zwykłym zamulaczem. Zwalniam do osiemdziesięciu. Czuję łaskotanie na czole. Kropla spływa mi po skroni. Białe światła zaczynają się zbliżać. No w końcu. Jadę równiutko. Niech mnie bierze. Niech wyprzeda. Mam to gdzieś, niech już tylko zniknie. Chcę być znowu sam. Na mojej drodze nie potrzebuję towarzystwa. Mój cel jest tylko dla mnie.

 

Jeszcze pięć kilometrów. Pięć jebanych kilometrów. Tylko tyle kiedy mój towarzysz drogi mnie wyprzedza. Kiedy wjeżdża przede mnie. Kiedy macha pieprzonym, czerwonym lizakiem przez otwartą szybę. Tajniaki. Wiedziałem. Od początku wiedziałem. Ciekawe ile za mną jechali. Może śmigali bez świateł? Te kurwy potrafią robić takie rzeczy. Zwalniam równo z nimi. W klatce czuję napierdalanie z kałacha. To jest to. Wyobrażałem sobie ten moment wielokrotnie. Zawsze jednak byłem ostrożny. Oprócz dzisiaj. Dzisiaj spierdoliłem. No cóż, kiedyś musi być mój pierwszy raz. Każdy z nas musi to przeżyć. Zatrzymuję się jakieś dziesięć metrów od czarnej meganki. Jak mogłem nie rozpoznać jej po reflektorach? Jak mogłem tego wcześniej nie ogarnąć? Trudno. Stało się. Z fury wychodzi łysy gość po cywilu. Mnie to jednak mało obchodzi ponieważ zapinam jedynkę, kręcę w lewo i z piskiem opon ruszam do przodu. Facet tylko odskakuje. W lusterku widzę pulsujący niebieski blask. Słyszę warkot silnika. To jest ta chwila. Dwójka, gaz. Trójka. Wchodzę w zakręt ocierając się o pobocze. Nie ma już czasu na ostrożność. Teraz muszę wycisnąć z siebie i mojej nowej fury ostatnie soki. Nie mogą mnie dogonić. Nie ma takiej opcji. Wolę zawinąć się na drzewie niż znowu pójść siedzieć za kradzież.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Blanka 13.03.2018
    Bardzo mi się podobało!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania