Nowe Porządki; Część I: Szopa
Pieprzona Szopa.
Zdawała się cały czas oddalać.
Darien miał wrażenie, że jest coraz mniejsza, że szczegóły zaczynają się rozmywać a zamiast szopy widzi tylko rozmytą plamę na granicy horyzontu.
Jednak jakąś cząstką umysłu rozumiał.
Że to pulsująca krew,
że to ciśnienie rozsadzające jego mózg,
że to ściskający serce strach...
... zaburzają perspektywę.
Bijący z nieba żar złośliwie poruszał powietrzem potęgując wrażenie nierealności tego co się dzieje.
Tego co się stało. Co za chwilę się wydarzy.
Zalewający oczy pot nie pomagał. Darien biegł już niemal na oślep.
Ale biegł. Biegł ile sił w nogach. Nie zważał na chlupoczące buty i oblepione błotnistą breją spodnie.
Biegł, chociaż powietrze nie chciało mieścić się w płucach, uciekało wystraszone perspektywą wypalenia w płonącej duszy mężczyzny. Krótkie i świszczące oddechy goniły się i uciekały przed sobą. Bez ładu i składu, bez poczucia czasu, bez wyczucia rytmu.
Był u kresu sił, ale widział że dotrze do celu.
Do tej pieprzonej szopy.
Ale teraz musiał na chwilę stanąć, zatrzymać się, wziąć głębszy oddech.
Chociaż sekunda, albo dwie.
1
2
3
Rekawem koszuli przetarł spocone czoło i zaczerwienione oczy. Pochylił się opierając ręce na kolanach i spróbował zaczęrpnąć głębiej powietrza.
Kiedy się wyprostował, wszystko wróciło na swoje miejsce.
Do pokonania miał jeszcze około 50 metrów podmokłej łąki, następnie pas jakichś niewysokich krzewów i rów melioracyjny. Następnie tor przeszkód w postaci zepsutych i skorodowanych maszyn i urządzeń rolniczych. Zwieńczeniem wyznaczonej trasy była stojąca po lasem drewniana szopa.
Porzucona i zaniedbana.
Pozbawiona drzwi i części dachu. Przechylała się na prawą stronę jak gdyby zdziwiona nadmiarem życia, które zagościło dzisiaj na to odludne trzęsawisko.
Nagle Darien dostrzegł ruch. W prześwitach między deskami szopy pojawił się cień. Po prawej stronie. Zaledwie zarys ludzkiej postaci. Ale wystarczył by obudzić nowe siły.
Biegiem ruszył w kierunku chatki ze wzrokiem utkwionym w znajdującej się wewnątrz postaci.
Cień był niewysoki. Nie mógł należeć do dorosłego człowieka. To było dziecko.
Na pewno. To było dziecko!
- Maggie... - szept. Nie potrafił wydobyć z siebie nic więcej. Na gardle potężne łapsko trzymał strach.
- Maggie – głośniej. Poczuł, że krtań zaczyna walczyć.
- Maggie – krzyknął z całych sił.
Chwilę później jak wytrawny lekkoatleta przeskoczył niewysokie krzaki jeżyn i wpadł po kolana w błoto zalegające w rowie. Zaklął pod nosem i wygramolił się na drugą stronę
- Maggie – krzyknął jeszcze raz.
Mijał rozkładające się ciągniki rolnicze, stare opony, wraki samochodów przed oczami mając niewielki cień widoczny między próchniejącymi deskami szopy.
Z impetem wskoczył do środka od razu kierując się w prawo. Zahaczył biodrem o krawędź spróchniałej komody i poczuł, że traci równowagę. Zamachał rękami próbując odzyskać panowanie nad sytuacją, następnie całym ciężarem ciała upadł na podłogę ocierając skronią o belkę podtrzymującą konstrukcję chatki.
Leżąc na klepisku podniósł głowę i skierował wzrok w stronę znajdującej się obok postaci. Zamroczony uderzeniem dostrzegał zaledwie jej kontur.
-Maggie – wyszeptał. Z czułością.
Mrok wreszcie opadł mu z oczu i w tej samej chwili przeniknął do serca.
W kącie szopy klęczał nagi mężczyzna. Był odwrócony plecami do Dariena i zdawał się w ogóle nie zauważać tego co się wokół niego dzieje. Trzymał coś w rękach i płakał.
Darien zaczął czołgać się w jego kierunku. Jakiś dziwny ciężar przygniatał go do ziemi i nie pozwalał wstać. Spojrzał na dłonie mężczyzny.
- Maggie... - (...)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania