Nowe przygody Pana Twardowskiego

- Ojcze! Nie możemy go tu trzymać

Sędziwy mężczyzna siedział na małym drewnianym taborecie tupiąc obutymi w sandały stopami w kamienną posadzkę, która sprawiała wrażenie jakby unosiła się nad nią delikatna mgła. Dłonie skubały śnieżnobiałą brodę, która nie była skracana od wieków. Dosłownie. Cicho mruczał pod nosem.

- Oj tam...

- Zachowujesz się jak dziecko, a to ja jestem Twoim Synem.

Drugi mężczyzna znacznie młodszy mający na oko jakieś 30 lat wyglądał nieco jak hipis ze złotej ery dzieci kwiatów. Długie włosy opadały lekko na ramiona, na których zawieszona była tkana tunika sięgająca aż kostek u nóg. Na nogach miał takie same sandały jak Ojciec. Twarz zdobiła elegancko przycięta bródka upodabniająca go do muszkietera. Na jednym ramieniu miał naszywkę z pacyfą, a na klatce piersiowej znaczek płonącego serca przebitego trzema gwoźdźmi w koronie z cierni. Ten siedzący na taborecie przypominał bardziej wiekowego harleyowca. Brakowało mu tylko wielkich, błyszczących okularów a'la nowojorski gliniarz na motocyklu. Efekt dopełniały sprytnie wplecione w brodę trzy warkoczyki.

Cała rozmowa dotyczyła pewnego jegomościa cieszącego się niekoniecznie pozytywną sławą w miejscu, w którym przebywali. Nie wyglądał jak pozostali bywalcy tej rzeczywistości. Długi, sumiasty wąs figlarnie zakręcał się na rumianych policzkach. Luźna szata nie do końca skrywała brzuszek, w ziemskich realiach nazywany mięśniem piwnym. Nie tylko wąs wyróżniał jegomościa z tłumu. Nie tylko brzuch wskazywał na jego inność. Najbardziej w oczy rzucało się jego zachowanie i śmiech.

Nie odpuszczał żadnej z kobiet, która wpadła mu w oko. Bez flirtu nie pozwalał aby kobieta w jego typie (a wybredny nie był) obojętnie przeszła obok niego. Nie jeden raz dostawał w zamian soczysty cios w policzek. Nie zrażało go to jednak i w odpowiedzi podszczypywał obiekt flirtu w wiadome miejsce. Nikt nie musiał z nim przebywać dlatego większość czasu przesiadywał w samotności. Jedynie towarzystwa dotrzymywał mu wiekowy brodacz podobny do harleyowca. Tylko on z nim przesiadywał i rozmawiał. Często śmiali się tak głośno, że odnosiło się wrażenie iż cała okolica wibruje.

Wąsacz był tolerowany przez tutejszą społeczność tylko ze względu na brodacza, który cieszył się wielkim szacunkiem i sympatią. Gdyby nie on, prawdopodobnie już dawno rubasznik musiałby opuścić to miejsce. Jego jedyna obroną był harleyowiec. Obrona, której nikt nie byłby w stanie się przeciwstawić .

 

 

 

 

Mijały dni, tygodnie, miesiące, chociaż w takich miejscach jak to rachuba czasu nie istniała. Kobiety coraz częściej skarżyły się na wąsacza, hipis nie dawał spokoju w tym temacie harleyowcowi, na twarzy którego na stale zagościł frasunek. W końcu uległ i rzekł:

- Dobrze, niech będzie! Daj mi globus!

Trzydziestolatek jak rącza gazela skoczył do eksponatu używanego na lekcjach geografii. Szybko acz delikatnie położył go na stole, przy którym siedział siwobrody. Ten, gdy miał przed sobą już kulę, energicznie nią zakręcił. Obaj jak zahipnotyzowani wpatrzyli się w nią.

- TU! - harleyowiec zatrzymał globus palcem.

- Ale... - niepewnie wtrącił młodszy.

- Ale co? Chcieliście to macie.

- Ale dlaczego akurat tu?

- Jesteś moim synem i powinieneś znać przyczynę.

JESTEM, KTÓRY JESTEM. Nie pamiętasz Jezusie?

 

***

 

- Krysia!!! Krysia!!! Kryśka no!!!

Pulchna kobieta po pięćdziesiątce z fryzurą Marge Simpson była obojętna na pokrzykiwania skierowane w jej stronę. Ona tu rządzi. Lokal ma już od blisko trzydziestu lat, który to przejęła po mężu nieszczęśliwie zmarłym po spożyciu kilku flaszek jagodzianki z trupią czaszką na etykiecie. Zdzisiek, bo tak miał na imię jej zmarły mąż, knajpę dostał w spadku po ojcu, który również jakże pechowo, odszedł na drugą stronę po wypiciu dykty. Od momentu powstania była to pijalnia piwa, knajpa, która przez żony stałych bywalców pieszczotliwie nazywana była spelunką. Obecnie, idąc w zgodzie z duchem czasu, pani Krystyna zmieniła nazwę lokalu na “PUB u Krysi”. Kilku miejscowych za darmową kolejkę Perły Mocnej w kilka godzin stworzyło nowy szyld z desek, farby srebrzanki, smoły i żarówek. Wbrew pozorom kilku chłopakom (jak mówiła o klientach pani Krystyna) udała się niezła sztuka. Takiego szyldu (zwłaszcza w nocy po włączeniu oświetlenia) nie powstydziłoby się nawet Las Vegas. Żarówki, coby nie raziły zbytnio, zostały zanurzone w fioletowej farbie olejnej przez co po nagrzaniu dookoła śmierdziało farbą. Zapaszek ten ów nie miał jednak szans wkraść się do Pubu ponieważ dym z popularnych tu papierosów Monte Carlo pochodzących z przemytu z Ukrainy tworzył skuteczną barierę od “świata zewnętrznego”.

Tak. “PUB u Krysi” jest zupełnie innym światem. Tutaj nic nie było takie jak na zewnątrz. Tutaj można zapomnieć (nawet dosłownie po kilku Perłach) o problemach pozostawionych przed wejściem do lokalu.

 

- No a wtedy prawie się zesrałem, ale że jedyne gacie jakie wtedy miałem leżały na moim tyłku, to się nie zesrałem...

Na środku sali głośno snuł opowieść wąsaty mężczyzna. Trudno było ocenić jego wiek. Wyglądał na nie więcej niż 70 lat, duchem nie przekroczył trzydziestki, mądrością błyszczącą w oczach przeżył znacznie więcej niż zwykły człowiek.

- Zasuwamy z “Czarnymi”, ciemno jak w dupie, mgła gęsta, my zmęczeni. Byłem wtedy pod dowództwem Stacha Koszutskiego. A że chłopy zmęczone już byliśmy tą całą wojną - tu przerwał żeby umoczyć wąs w pianie piwa - chłopinie trochę się pomerdało i zamiast do “Les Champeux” trafiliśmy do “Chambois”...

Otaczającego sumiastego bajarza zagłuszył rechot tłumu. Jak sędzia na sali rozpraw uniósł dłoń i wszyscy momentalnie zamilkli.

- A tam - kontynuował - szkopskie siły i jeden taki niby to aryjczyk ruchem kierował. Macha chorągiewką z niemiecką precyzją i chyba tak się wczuł blondasek w rolę, że i naszą kolumnę przepuścił jakby nigdy nic. W Shermanach cisza jak makiem zasiał co by się nie zdradzić. I tak dylu dylu na gąsienicach jak na paluszkach - kolejna przerwa na Perłę - do wioski żeśmy dojechali gdzie plotki mówiły, że sam sztab dywizji pancernej SS się znajduje. Zajeżdżamy, niemczuch wychodzi i jakby żwiru do betoniarki nasypał zachrzęścił: “Was machen hier diese Pamzer?!”1.

I my i wszystkie szwaby ogłupieliśmy. Nie wiem ile to trwało, ale na tyle długo, że zdałem sobie sprawę, że ostatnie majtki mam na sobie i lepiej ich nie zasrać. jak doszło do mnie co jest grane huknąłem z KM-a całą serię. A potem następną.

Wszyscy zebrani dookoła wpatrywali się na wąsacza jak w obrazek najświętszej Panienki oczekując końca historii. Bajarz lubił te chwile i celebrował moment puenty. Jednym haustem wypił pół kufla piwa, głośno beknął, aż co bliższym czapki osunęły się z głów i podjął historię dalej.

- W ten oto sposób wzięliśmy do niewoli kilka setek Niemców, rozdupcyliśmy

Sztab 2 Dywizji Pancernej SS i wprowadziliśmy nie mały chaos na tyłach wrogów.

Na sali rozległy się gromkie śmiechy zebranych, gwizdy i brawa. Bajarz lubił jak go słuchają, a oni lubili kiedy on opowiadał.

No dzieci - powiedział wąsacz do zebranych. - A teraz pozwólcie tacie wypić piwko.

 

 

Zebrani posłusznie rozeszli się zostawiając przy stole samego wąsacza. Ten zamknął oczy, wciągnął potężny haust powietrza, po czym powoli wypuścił go z płuc. Ujął w dłoń kufel i powoli zanurzył w nim usta z miną człowieka sędziwego, który wiedział że dobrze przeżył życie i czuje się spełniony. Rzucił okiem na zebranych "U Krysi". Widział ich codziennie, każdego dnia opowiadał im różne historie, a oni słuchali go dzień w dzień z taka samą dziecinną niewinnością. Nie nudziło go to choć ten stan trwał już wiele lat. Pokochał tych ludzi i to miejsce. Tu było mu dobrze.

Zadumę przerwało mu głośne skrzypnięcie drzwi wejściowych. Otwierały się jakby ktoś zastosował slow montion. Poza nim nikt inny nie zwrócił na to uwagi. W tym wszystkim dziwniejsze było to, że to nie światło uciekało z zadymionego pomieszczenia tylko mrok siłą zaczynał wdzierać się do środka. W końcu pojawiła się postać. Ktoś obcy – od razu to spostrzegł. Przebywał już zbyt długo w tym środowisku i potrafił poznać każdego z tutejszych, czy to po sylwetce, czy po głowie, a nawet śladach butów zostawianych po pijaku na błotnistej ścieżce prowadzącej do ich miejsca spotkań, jakim był „Pub u Krysi”.

Wysoka postać skrywała się w długim prochowcu, takim jak nosili detektywi na filmach amerykańskich z lat '40. Sztywno postawiony kołnierz skutecznie zasłaniał twarz przybyłego. Podkute buty ciężko uderzały w wysłużoną drewniana podłogę.

Nie odstawiając od ust kufla śledził bajarz wzrokiem obcego. Ten powoli sunął wzdłuż sali wciągając za sobą ciemność z zewnątrz. Nie rozglądając się zmienił kierunek i zaczął zbliżać się do wąsacza. Mimo, że sala była zapełniona nikt nie zwracał na niego uwagi, a co ciekawsze nikt go nie potrącił. Po prostu posuwał się wśród tłumu w jakiś magiczny sposób. „U Krysi” mało komu udało się przejść od lady do stolika z pełnym kuflem. Zawsze ktoś zahaczał o kogoś i złocisty trunek lądował na drewnianej podłodze. Weterani tylko potrafili stracić co najwyżej łyczek. A ten obcy mógłby przejść z pełną piw tacą i nie uroniłby ani kropelki. Postać wyraźnie posuwała się w kierunku wąsacza. Zdawało się, że nikt go nie widział a on niepostrzeżenie przemyka między ludźmi. Wąsacz patrzył na obcego spode łba. Wiedział kim jest przybysz. Nie miał wątpliwości, że postać zbliża się do niego. Nie mylił się. Dwa łyki później nie siedział już sam. Dopił resztkę piwa, otarł wąs z piany, cmoknął, podniósł się lekko i wypuścił potężnego bąka.

Tak o tobie myślę - powiedział.

Nieznajomy lekko się skrzywił co było najprawdopodobniej uśmiechem. Jednak milczał nadal.

Co cię tu sprowadza? Mało to już razy podkulałeś ogon? Zaczynasz mnie nudzić. Na początku świetnie się bawiłem, no ale teraz szału nie ma. Wypaliłeś się LUCEK...

Nie mów tak do mnie Twardowski! - syknął przybyły.

I nagle podział się chłop wąsaty, pijaczek z dużym brzuchem. Postać jakby wyprostowała się, nabrała charakteru, brzuch otoczył się muskulaturą, wiecznie pokryte piana wąsy, teraz błyszczały się nadając twarzy zawadiackiej szlachetności.

Nie mów tak do mnie. Nie teraz. Nie jestem tu żeby znowu z Tobą walczyć. Czy nawet kłócić się. Przyszedłem tutaj żeby cię prosić...

Twardowski przerwał gościowi głośno parskając.

Co zrobić? - spytał z niedowierzaniem. - Prosić? Czy to od tego dostawania po łbie ode mnie coś ci się nie poprzestawiało? Ty Ojciec Kłamstwa, Pan i Władca Grzechu i Ciemności zaczyna prosić? A jednak potrafisz mnie jeszcze zaskoczyć. Od wieków tak mnie nie ubawiłeś.

Diabeł wbrew swej naturze z pokorą wysłuchiwał tego co ma do powiedzenia pan Twardowski. Wysłuchawszy go położył włochate dłonie na stole.

Tak, przyszedłem do ciebie z prośbą – dokończył gdy Twardowski przestał wymieniać wszystkie znane sobie atrybuty Władcy Piekieł. - Przychodzę do ciebie bo Góra i tak nie chciałaby mnie wysłuchać.

Twardowski spoważniał. Skoro sama Góra zaczynała być w to wmieszana coś było na rzeczy. Jeszcze nigdy Lucyfer nie zdradzał się ze swoimi planami. Zawsze chciał pozostać jak najdłużej w ukryciu, starając się utrzymać swoje plany w tajemnicy aby z wielką pompą ogłosić swoja Victorię. Nigdy do tego nie doszło bo na drodze stawał mu zawsze jeden z agentów samego Boga. Takim agentem, wprawdzie już emerytowanym, był Twardowski.

Przyszedłem do ciebie – ciągnął diabeł – ponieważ jesteś najlepszy ze wszystkich. Tylko ty byłeś w stanie przerwać mój marsz ku mrocznej chwale...

Teraz powinno się zrobić ciemno a w tle zabrzmieć winny organy z mroczną muzyką – pomyślał Twardowski.

…byłeś tym, który zawsze mi przeszkadzał. A do tego masz specjalne względy u Boga. Nie mam pojęcia co takiego w tobie dostrzegł. Ale na moje nieszczęście dostrzegł to. Pogadam najpierw z tobą. Jeśli mnie wysłuchasz i uznasz, że mam rację - porozmawiasz z Bogiem. Ciebie szybciej wysłucha. Przynajmniej ci uwierzy....

Spojrzał na Twardowskiego. Ten w zamyśle podwinął wąs. Czynił to zawsze gdy zastanawiał się nad jakąś sprawą.

A czemu ja miałbym tobie uwierzyć?

Nie musisz mi wierzyć. Ale najpierw mnie wysłuchaj i dopiero podejmij decyzję.

Twardowski chwile myślał w ciszy i w końcu powiedział:

Pierwszy raz rzekłeś coś z sensem. Mów zatem.

 

***

 

- … i dlatego proszę ciebie, Was, o pomoc - skończył mówić Lucyfer

Twardowski w tym czasie dokończył piąte piwo. Tyle kufli zdążył osuszyć podczas gdy Władca Piekieł starał się go przekonać do pomocy. Na sumiastym wąsie ostała się gęsta piana, która z cichym pęknięciem powoli ulatniała się z zarostu.

Nic nie mówił, tylko z zadumą wpatrywał się w puste już szkło. Trudno było odczytać myśli z jego twarzy. Nie wiadomo czy myślał nad tym co usłyszał od Lucyfera czy nad zamówieniem kolejnej Perły Mocnej.

Uległ pokusie i lekkim skinieniem głowy dał Krysi znać, że wypiłby jeszcze jedno piwo. Ona ledwo dostrzegalnym ruchem głowy dała znać, że zamówienie zostało przyjęte. Po kilku chwilach Perła Mocna w mokrej butelce dumnie stała przed Twardowskim. Żeby nie czynić wąsaczowi ujmy na honorze Krysia nie otwierała piwa.

Twardowski ujął w potężna dłoń butelkę, przyłożył do oka, zmrużył powiekę i energicznym ruchem przekręcił szkło. Kapsel odskoczył z głośnym syknięciem. Ku zdziwieniu Lucyfera, Twardowski postawił przed sobą butelkę nawet nie próbując złotego trunku.

Jeśli mówisz prawdę Lucek to chyba nie jest dobrze.

No kurwa nie jest dobrze.

Spokojnie chochliku. Tu jest kulturalne miejsce – i żeby podeprzeć słowo czynem wziął piwo i solidnie się nim zachłysnął.

Nie nazywaj... - zaczął diabeł oburzony tym, że został nazwany chochlikiem.

Ciii!!! - Twardowski przerwał przykładając wskazujący do ust. - Ciii... Nie unoś się gniewem. To grzech. - I zaśmiał się sam do siebie z niezamierzonego żartu.

Znowu zapadła cisza. Lucyfer był na skraju wytrzymałości. Twardowski zdawał się przez chwilę bawić w najlepsze. Tak naprawdę przejął się na poważnie tym co usłyszał. Był w nie lada kłopocie. Zachowywał się tak a nie inaczej ponieważ nie miał najmniejszego pojęcia z której strony ugryźć ten problem. Lucyfer był jego wrogiem od wieków. Rozmawiali często, ale na zasadzie żeby ten drugi odpuścił i się poddał. Tym razem było inaczej. Diabeł nie chciał walczyć. Prosił o pomoc. Był to pierwszy i możliwe, że jedyny raz kiedy to sam Pan Szeolu prosi Twardowskiego o pomoc. Tego Twardowskiego, który był agentem samego Boga. Agentem od załatwiania brudnych i nie do końca jasnych spraw.

- Muszę to przemyśleć. Trudno mi to przyznać tobie, a zwłaszcza sobie samemu, ale wierzę ci. Nie jeden raz chciałeś mnie zwieść, lecz to jest zupełnie coś innego. Mam nosa do tego typu spraw. Sam wiesz, że dobrze cię poznałem i wiem, że tym razem nie kłamiesz.

Lucyfer nie zaprzeczył. Jak nigdy rozumieli się z zgadzali ze sobą. Nadszedł czas, że staną do walki ramię w ramię, a nie po to żeby to ramię wyrwać.

 

 

***

 

 

Siedzieli w ciszy dobre pół godziny. Twardowski w zadumie osuszał kolejną butelkę piwa, Lucyfer bawił się palcami postukując w rytm muzyki cicho pobrzękującej z wysoko zawieszonego nad salą głośnikiem. Przy każdym pstryknięciu koniuszki palców zaczynały płonąć a w powietrzu unosił się lekki smród palonego ciała.

Ciszę przerwał ni stąd ni zowąd Twardowski.

Czyli wszystko może szlag trafić? I to dlatego, że komuś zależy na tym żeby ludzie przestali w ciebie wierzyć?

Upraszczając sprawę można tak powiedzieć.

No tak... można wierzyć w Boga lub nie. Z tobą jest inaczej... Jesteś dość problematyczny. Bóg jest w o tyle lepszej sytuacji, że nawet ateiści o nim mówią. Gdy starają się udowodnić, że On nie istnieje, paradoksalnie podsycają dyskusję na temat Jego istnienia. A ty? - dźgnął palcem w stronę diabła.

Widzę, że zaczynasz to sobie układać Twardowski.

A ty? - kontynuował wąsacz. - O ciebie nikt się nie kłóci. Diabła nie ma, piekła nie ma, róbta co chceta... Ale na dłuższą metę jeśli ciebie nie ma to nie ma...

...Boga – dokończył Lucyfer.

Nie ma Boga... Krótko mówiąc mamy przejebane.

Święte słowa Twardowski – Lucyfer sam sobie się zdziwił, że przeszło mu przez gardło takie słowa – znaczy się masz rację.

Twardowski ciągnął dalej

Nie wiem jaki ktoś ma w tym interes, ale jedno wiem na pewno. Chce żeby wszystko przestało istnieć. I nie ma żadnego Armagedonu czy Apokalipsy. Mamba fatima było i ni ma.

Lucyfer kiwnął potwierdzająco głową.

Ale jedno Lucek muszę przyznać. Twój, teraz nasz oponent ma czerep na karku. Na nasze nieszczęście rzecz jasna. Wie jak się zabrać żeby uzyskać efekt. Sam nie jeden raz próbowałeś zniszczyć wiarę w Boga. Wróg jest od ciebie dużo bardziej przebiegły. Wziął się za ciebie i wie, że to może zadziałać.

Dlatego musimy połączyć siły i dowiedzieć się kto za tym stoi. Każdy ma w tym interes. Ja, Bóg i nawet te zapijaczone mordy wkoło nas.

Twardowski nic nie powiedział tylko rozejrzał się po sali poświęcając chwilę by przypatrzyć się z osobna każdej z tych zapijaczonych mord, które były mu szczególnie bliskie. Jako towarzysze, przyjaciele. Niektórzy nawet jak bracia.

Nagle wstał głośno odstawiając przy tym krzesło.

Dość pierdolenia, Bierzemy się do roboty.

 

***

 

W tym samym czasie w jednym z dużych miast, w jednym z wielu tworów nowoczesnej architektury zbudowanego ze szkła i metalu, w klimatyzowanej sali grupa kilkunastu osób siedziało na metalowych krzesłach tworząc okrąg, coś na wzór różnego typu grup wsparcia.

Pośrodku stał mężczyzna w wieku trudnym do określenia. Nie był stary, czy nawet w wieku średnim, ale do młodzików też się nie zaliczał. Nie był ubrany jak typowy trener prowadzący takie spotkania. Znoszone trampki, dżinsy obcięte zaraz za kolanami, ciemnozielony t-shirt z wzorami trudnymi do identyfikacji. W ręku trzymał kubek po kawie.

Mówi się, że kawa to wymysł szatana bo nieźle uzależnia. Na szczęście tylko tak się mówi, bo jak już wiecie...

… diabła nie ma – dokończyła wesoło chórkiem grupa.

No pięknie! - uśmiechnął się zadowolony prowadzący. - Różne typy – kontynuował – wmawiają, że Boga nie ma. Że to niemożliwe jest aby był jakiś kosmiczny duch, który sobie pomyślał „niech tak będzie” i tak zostało. A Jezus? No bez jaj. Wpakował nas, oczywiście gdyby istniał, w niezłą kabałę, potem żeby to odkręcić niby zstąpił na ziemię, żeby za nas umrzeć. Umiera i mamy z pierwszym udokumentowanym zombie – grupa zachichotała. - Kima trzy dni, wstaje i niby zmył z nas grzechy. A nie mógł po prostu pstryknąć palcami, powiedzieć jakieś magiczne hokus-pokus i jesteście już czyści? Toż to bez sensu. - Mówca podrapał się kubkiem po czubku nosa. - Ale, ale. To ktoś inny jest naszym „bohaterem”. Diabeł, Lucyfer, Szatan czy inny czort. Nie ważne jak go nazwiemy, O nim się nie mówi. Nie widziałem i nie słyszałem o żadnych aktywistach skandujących, że Diabła nie ma. No może jakieś odosobnione przypadki.

Większość z nas miała ogromnego pecha i została zaciągnięta przez babcię czy matkę do kościoła. I przez tę głupotę coś w nas zalęgło. Jakieś poczucie świadomości czegoś. Nawet sumienie. Siedzi w nas, o ironio słów, jakiś diabeł w nas bodze jak robimy coś co jest społecznie przyjęte jako to be. W Boga łatwiej nam nie wierzyć niż w szatana. A musicie sobie uświadomić, że i jego nie ma! Skoro Boga nie ma, a sami mi to powiedzieliście, to i nie istnieje też i Diabeł. Ja w to uwierzyłem. Wróć! Nawet nie muszę wierzyć. Ja to wiem. Nie muszę nie wierzyć bo nie ma w kogo wierzyć. Skoro nie ma o czym mówić, to nie ma po co się spotykać!

Entuzjazm prowadzącego udzielił się grupie słuchaczy. Jeden przez drugiego krzyczał:

Nie ma ich!

Oni nie istnieją!

Ich nie ma, ale ja jestem!

I zniknęli wszyscy poza człowiekiem w trampkach i zielonym t-shircie.

To było łatwe. Teraz pójdzie z górki.

Wziął łyk kawy i oblizał wargi.

Ciekawe co z tego będzie... - spochmurniał nagle, zmieniając swój nastrój diametralnie w porównaniu do wcześniejszego entuzjazmu.

 

***

 

Twardowski siedział u siebie w chałupie. Kaca nie miał. Nigdy nie miał. Ale dzisiaj coś go męczyło. Ćmił mu łeb, ale nie dlatego, że parował z niego alkohol. Czuł się źle po tym co usłyszał od Lucyfera. Tego jeszcze nie grali. „Zapomnij o Bogu” - codzienna śpiewka różnych fanatyków. Nigdy to nie działało tak jakby sobie tego życzyli. Ale nie ma Szatana?

 

NIHILIZM IDELANY

 

Pomysł tak banalny, że nikt nawet nie podejmował się jego realizacji. Nie ma diabła to i nie ma Boga, nie ma Boga to nie ma nic. A łatwiej uwierzyć, że nie ma złego.

Kręcił się po pomieszczeniu bez celu. Nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Nie wiedział co ma robić. Porozmawiać z Bogiem? Ale przecież nie ma wstępu do Raju. Naruszył trochę regulamin i wrócił na ziemski padół. Ale sprawa jest wyjątkowa. Nie może działać w pojedynkę jak to czynił zazwyczaj. Musi jakoś skontaktować się z Szefem.

Przystanął. „Chociaż nie” - pomyślał. Sięgnął po wysłużona Nokię 3310 leżącą na stole i zaczął wybierać numer. Na wyświetlaczu pojawiały się kolejno cyfry 3 3 3...

 

 

Lucek! Sprawa jest. Rozmawiałem z Górą.

W słuchawce pobrzmiewała irytująca muzyczka oznaczająca oczekiwanie na połączenie. Wyjątkowo szybko ktoś odebrał.

Pana Lucyfera nie ma w tej chwili – odezwał się zmysłowy kobiecy głos na dźwięk którego w głowie mężczyzn pojawiały się kosmate myśli.

Lilith nie wygłupiaj się! To ja Twardowski – przedstawił się.

O! To pan – kolejne kosmate myśli – Trzeba było tak od razu. Pan Lucyfer czekał na telefon od pana. Już połączam.

Dało się słyszeć lekki trzask i już po chwili w słuchawce odezwał się głos ociekający smołą.

Lucyfer na linii. Czegoś się dowiedziałeś Twardowski?

Dowiedziałem się ano. I nie będziesz pocieszony... Bóg zainteresował się sprawa przed Tobą. Jego agenci trochę powęszyli.

Ok. Rozumiem. Ale to nie jest rozmowa przez telefon. Twardowski, zaczekaj chwilę...

Z przyłożoną słuchawką do ucha Twardowski myślał nad tym co wie. W tle po drugiej stronie kabla stopniowa narastał głos Lucyfera.

...załatw Lilith. Twardowski jesteś?

Taaa... jestem.

To spotkajmy się tam gdzie ostatnio. O mojej ulubionej godzinie.

Twardowski nie wytrzymał i zachichotał

Nawet teraz kurwiszonie się nie zmieniłeś.

Wolę określenie „Syn Jutrzenki”.

 

W sali „U Krysi” nie było jeszcze klienteli. Właściwie pub był jeszcze oficjalnie zamknięty. Nieoficjalnie Krysia spędzała tu większość czasu gdyż jej mieszkanie znajdowało się na piętrze budynku. Jednak na górze nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Czuła się swobodnie wśród starych poplamionych piwem stołami i wytartej ciężkimi butami podłodze.

Pani Krysia w sali nie była jedyna osoba. Nie ukrywając się z niczym przy centralnym stole siedział Twardowski, spojrzał na zegar wiszący nad barem.

14:55.

Za pięć minut pojawi się Lucyfer.

Krysiu – zagaił szefową wąsacz- Możesz...?

Już przynoszę – uprzedziła go kobieta. - Już przynoszę panie Twardowski.

Słysząc te słowa uśmiechnął się do siebie, ale popadał jednocześnie w zadumę. „Dobrze mi tu” pomyślał.

Zadumę przerwało mu skrzypnięcie drzwi. Twardowski już z kuflem w dłoni spojrzał na zegar. Punkt 15. W progu pojawił się Pan Ciemności. Dla „bliskich” wrogów Lucek. Nienagannie ubrany jak przedstawiciel klanu krawaciarzy wożących się samochodem z kratką do sali wszedł Szatan. Jednak już nie tak dumnie i pewnie jak pojawił się kilka dni wcześniej. Podszedł do stolika przy którym siedział Twardowski i skinieniem głowy spytał czy może usiąść obok. Takim samym gestem wąsacz zezwolił.

Twardowski kiwnął palcem w stronę Krysi z prośba o jeszcze jedną Perłę. Trunek w „magiczny” sposób po kilku sekundach stał już przed diabłem.

Wiesz, że nie tykam takich trunków.

Pij nie pierdol – uciął Twardowski.

Nie mając wyboru Lucyfer upił łyk. W końcu teraz są partnerami. Niezbadane są wyroki Boskie. I zaśmiał się w swojej upadłej duszy.

Mamy do czynienia z kimś kto zna się na rzeczy – przerwał ciszę Twardowski. Ten ktoś wie co robi.

To już wiemy.

Ale nie wiedzieliśmy jednego. Boga NIE MA...

Co ty pierdolisz? - wykrzyknął Lucyfer.

… w Niebie. Wziął urlop. - dokończył Twardowski.

Urlop? - szatan zrobił oczy na wielkość pięciozłotówki.

Głuchyś? No na urlopie jet. Każdemu się należy. Bóg też człowiek chciałoby się rzec. Po tylu latach może odpocząć. I ktoś kto za ta akcją stoi wie to i skrupulatnie to wykorzystuje. Znalazł lukę.

Dalej nie łapię. Na URLOPIE?

Teraz już w 100% rozumiem Boga, że wyrzucił takiego matoła jak ty z Nieba. I że nigdy nie zwyciężysz. - zaśmiał się Twardowski – Skorzystał z chwili względnego spokoju na Ziemi i gdzieś wyjechał swoim harleyem.

Lucyfer wypił duszkiem całe piwo i poprosił o następne.

Ale mówiłeś, że jego agenci coś wychwycili? - spytał diabeł.

No taaa... Zauważyli, że coś jest nie tak. Odnotowują coraz więcej zniknięć dusz pod nieobecność Boga. Ale są zawsze o krok za tym draniem. Udało się im ustalić jeszcze przed tobą, że ten ktoś propaguje, że ciebie nie ma. Ale szefa teraz też nie ma i nie wiedzą co z tym zrobić. Nie ma z nim kontaktu. Będzie jak wróci.

Skoro On jest „wszechmogący” to my chuja zrobimy – oburzył się szatan.

Jeszcze jedno brzydkie słowo a będę musiała stąd pana wyprosić, panie Lucyferze. - krzyknęła za baru Krysia.

Oczy diabła znów się powiększyły.

Skąd ona wie, że ja...

Nie pytaj.

Golnęli po łyku. Twardowski kontynuował.

Agentom udało się coś jednak ustalić. Wiemy gdzie będzie następne spotkanie z naszym szwarccharakterem. Drań działa pod wieloma przykrywkami. Ale na szczęście coś już mamy. Za dwa dni będzie prowadził kolejne spotkanie w mieście. Prawdopodobnie będzie prowadził spotkanie dla ludzi Nie-Do-Końca-Wierzących – zaakcentował wąsacz. Jakieś spotkanie ludzi szukających Boga. Do tej pory patent się sprawdzał. Jeździł po świece i z niby misją nawracania, ale z odwrotnym skutkiem. Musimy tam być.

A to skur... - zaczął Lucyfer, ale poczuł na sobie wzrok Krysi. - A to drań. Ale czy twój plan wypali? Czy nie będzie nic podejrzewał? Koleś jest cwany. I istnieje spore ryzyko, że jest z moich lub waszych kręgów. Chociaż bardziej z moich. Jak tylko się pojawię na bank mnie rozpozna.

Nie jest chyba tak źle. W cudzysłowie rzecz jasna. To nikt z Twoich.

Lucyfer wypluł piwo, które miał w ustach.

Że co? Skąd wiesz?

Że pstro. Mówiłem, że agenci Boga węszyli i stąd wiem. To ktoś neutralny, albo co gorsze mamy na Górze kolejnego chciwego zdrajcę. - wymownie spojrzał na diabła.

Jedno i drugie nie trzyma się kupy. Po pierwsze nikt z Góry po moim chwalebnym czynie...

Twardowski to słysząc nie wytrzymał i prychnął głośno rozbryzgując dookoła siebie kropelki śliny wymieszanej z piwem. Część z nich zostawił na sumiastym wąsie, ale szybko go wytarł w przeciwieństwie do blatu stołu.

...chwalebnym czynie – kontynuował Lucyfer – nie miał takiej wiedzy jak ja żeby sprzeciwić się Bogu. A po drugie neutralni są tylko ludzie. To nie ma sensu.

A nie mówi się „diabeł wcielony”? - pół żartem pół serio skwitował Twardowski. - Kto by to nie był na pewno nie jest z Inferno. Ale ma spore ambicje by tam się znaleźć. Bądź w gotowości. Za dwa dni czeka nas przygoda. I... Nie wierzę, że to powiem, ale od tego zależy moje istnienie i twoje... Niestety...

I ja ciebie też... - burknął szatan i ruszył w stronę wyjścia.

 

 

Spotkanie było zaplanowane w małym, ale przytulnym hotelu w centrum miasta. Normalnie nie prowadzono tu żadnych konferencji, ale w tym przypadku właściciel przymknął oko na to kto i po co będzie się spotykał widząc jak na jego konto bankowe wpłynęło kilka tysięcy ekstra. A spotkanie miało trwać góra pięć godzin.

Połowa zapisanych już zajęła swoje miejsca. Twardowski i Lucyfer też już siedzieli. Pod przybranymi nazwiskami znaleźli najlepsze miejsca do jak najbliższego poznania ich wspólnego wroga. Pierwszy raz w dziejach stanęli po tej samej stronie barykady. Nie bez przyczyny mówi się, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem.

Gdy już usadowili się wygodnie rozejrzeli się po sali. W większości słuchaczami byli ludzie, którzy nie przekroczyli jeszcze czterdziestki. Najliczniejsza grupa ludzi wątpiących. Mieli nadzieję, że nie zostaną zdekonspirowani. Lucyfer wprawdzie wyglądał jak pozostali słuchacze lecz Twardowski bardziej pasował do roli jego ojca niż do młodego, szukającego Boga. W miarę możliwości jednak postarał się ukryć swój wiek, zaczesując gładko włosy do tyłu i upinając je w ciasny kucyk i nakładając na siebie koszulkę z logo Hard Rock Cafe i spodnie bojówki w pustynnej barwie. Po tym zabiegu wyglądał jak żwawy pięćdziesięciolatek.

Ale wiesz Lucek – zagaił półgębkiem Twardowski – Nie śpiesz się. Naszym planem na dzisiaj nie jest schwytanie tego gościa. Robimy rozpoznanie. Rozumiesz? Zwiad. Ale ty nawet w wojsku nie byłeś to możesz nie zrozumieć...

Rozumiem – syknął diabeł - Ale jak nadaży się odpowiednia sytuacja to...

To się zobaczy. Musimy jakoś dowiedzieć się kto to jest. A jest na pewno na tyle sprytny, że nie będzie się afiszował ze swoją prawdziwą tożsamością. Będziemy mieli nielichego farta jeśli nas nie pozna. Liczę na to, że nawet nas się tu nie spodziewa. Dlatego nie wychylamy się. Czy pracuje dla siebie czy wykonuje może jeszcze kogoś innego rozkazy – wtedy mielibyśmy już całkiem przejebane. Dlatego trzymaj kopyta w tych świecących butach na ziemi i nic nie rób pochopnie. Nie wiemy nawet czego się spodziewać. A tak swoją drogą. Skóra krokodyla? Fiu, fiu, musiało kosztować majątek uczciwie zarobionych pieniędzy.

Zjeżdżaj.

Lucyfer nie zdążył powiedzieć nic więcej bo do sali wszedł trzydziestoparoletni mężczyzna. Zatrzymał się na środku sali, podstawił sobie krzesło, lecz zamiast na nim usiąść tylko się o nie oparł. Spojrzał na każdego ze zgromadzonych. Lucyferowi zdawało się, że mężczyzna zatrzymał na nim i na kompanie wzrok trochę dłużej niż na innych. Ale nic się nie stało. Może tylko mu się zdawało. Odetchnął z ulgą.

No to zaczynamy.

 

 

Nie znam gościa - szepnął Lucyfer do Twardowskiego. Nie jestem w stanie sprawdzić czy tak wygląda na prawdę czy to przykrywka. Cholera, dobry jest.

Na pewno lepszy od ciebie. Twój kamuflaż można wyczuć na kilometr. Powinieneś trochę nad tym popracować.

Proszę o ciszę – przerwał mówca – jeśli są wszyscy to chyba możemy zaczynać nasze spotkanie.

I zaczął w tym momencie swoją przemowę dotyczącą istnienia, a dokładnmiej nie-istnienia nie tylko Boga, ale i szatana. Lucyfer słysząc te słowa robił się czerwony z gniewu na twarzy. Brakowało tylko – jak spostrzegł Twardowski – dymu z uszu jaki wyduje się na kreskówkach. Wszyscy pozostali zebrani na poczatku niepewnie przytakiwali rację mówcy, lecz z czasem jak się rozkręcał ze swoim wykładem, przekonanie zwiększało się. Po około godzinie usiadł w końcu na krześle pośrodku i zaproponował kilkunastominutową przerwę. Wszyscy wstali czy to chcąc się rozprostować czy z zamiarem wyjścia na dymka. Gdy wstał Twardowski mówca go zatrzymał.

- Może pan podejść?

Lucyfer spojrzał na wąsacza, a ten odwzajemnił jego pełny obaw wzrok. Pierwsze i w sumie jedyne co przyszło mu do głowy toto, że przykrywka nie zadziałała i cały plan się zawali. Twardowski jednak amotorem nie jest i nie dał po sobie znać w widoczny sposób, że misja została spalona. Odetchnął i wolnym krokiem podszedł do mówcy.

Ten wstał i powiedział coś szeptem na ucho Twardowskiemu. Lucyfer wytężył słuch lecz nic nie zrozumiał z tej krótkiej wymiany zdań. Twardowski kiwnął głową, młody mężczyzna klępnął go po ramieniu.

- Co to kurwa miało być?! - syknął diabeł gdy jego partner już stał obok niego.

- Kurwa nic. Bałem się, że nas rozgryzł. A tak tylko spytał się co mnie tu ściągnęło bo jestem wyraźnmie starszy od pozostałych. Możesz być spokojny. Powiedział, że jestem jego pierwszym słuchaczem w takim wieku. Niczego nie podejrzewa.

- Kręcisz – nie uwierzył szatan.

- Od kręcenia to ty jesteś. A jak nie wierzysz to idź i sam się spytaj. Jest źle bo nie mam pojęcia kto to jest. Ale nie tak tragicznie bo cały czas jesteśmy incognito. Jesteśmy bliżej niż dalej. Chodź na dymka. Będzie to wyglądało w miarę normalnie.

- A żebyś wiedział, że pójdę.

Na zewnątrz stali nieco dalej od pozostałych słuchaczy chcąc się wystrzec potencjalnych podsłuchujących. Lucyfer zaciągnął się papierosem długo trzymając dym w płuchach, po czym nie co już rozluźniony wypuścił kłąb gęstego dymu. Dym był tak gęsty, że powaliłby nie jednego weterana tytoniowych uniesień.

- Ni chu, chu? - spytał Twardowskiego.

- No ni chu, chu. Nie mam nawet pomysłu jak za niego się zabrać..

- Ja cholera też nic a nic. Ale skoro mówisz, że agenci odkryli, że to nikt z dołu to tym bardziej powinienem coś wyczuć. A tak nic. Jakby nie należał do żadnej z grup.

- Człowiek?- strzelił wąsacz.

- Wątpie. Nikt nie ma takich mocy. Ajakby miał to wiedzielibyśmy to. Żaden śmiertelnik nie zdołaby tak długo się ukrywać. Cwany skurwiel z tego gościa.

Postali jeszcze chwilę i zostali zaproszeni do środka przez prowadzącego. Ponownie zajęli swoje miejsca, a długowłosy mężczyzna począł kontynuować swój wywód.

 

 

Przez kilka dni po spotkaniu nie kontaktowali się ze sobą. Twardowski zdawał się zachowywać względny spokój, Lucyfer zaś wyglądał jak człowiek, który znalazł się na skraju załamania nerwowego. Wiedział, że to nie przelewki. Setki, nie, tysiące lat na nic. Uśmiechnął sie na tę myśl. Przecież o to właśnie walczył. Paskudna ironia losu. Nie wiedział co ma robić. Po raz pierwszy w swoim istnieniu. Teraz najważniejszą rzeczą było zaprzeczenie jego dotychczasowemu życiu. Musiał się wyrzec i zrezygnować z tego o co tyle walczył.

Był w poważnej rozterce. Być wiernym swoim ideałom i zniknąć czy zaprzeczyć samemu sobie i pojednać się ze Stwórcą by stworzyć sojusz i stoczyć walkę z tym piewcą "NICNIEISTNIENIA"? Gdyby był człowiekiem poszedłby się upić by choć na chwilę zapomnieć o tym wszystkim. Ale alkohol na niego niestety nie ma żadnego wpływu. Nie bez przyczyny niektórzy mówią, że Bóg musi mieć duże poczucie humoru. Inaczej nie stworzyłby dziobaka2.

 

 

- Dzisiaj musi się to zakończyć! Nie interesuje mnie z jakim skutkiem. - oznajmił szatan.

- Hola, hola ogierze! - zaśmiał się wąsacz. - Spokojnie bo ci dymek uszami pójdzie. Co nagle to po diable – zaśmiał się ze swojego żartu. - Musisz być cierpliwy. Nie zauważyłeś, że nigdy nie osiągnąłeś pełnego sukcesu? W sumie to dobrze. Ale zawsze przegrywałeś bo brakowało ci cierpliwości. To zawsze cię gubiło i nie pozwól by i tym razem było tak samo.

Powiedziawszy to Twardowski wpadł w dziwny smutek. Lucyfer jednak tego nie zauważył.

 

 

- Mówi się, że kawa to wymysł szatana. Bo nieźle uzależnia. Na szczęście tylko tak się mówi bo jak wiecie...

- ...diabła nie ma! - dokończyła za mówiącego grupka słuchaczy wśród których byli Twardowski i Lucyfer.

Szatan nieudolnie starał się ukryć swoją złość. Tylko cudem nikt nie zwrócił na niego uwagi.

- ...uważają, że Boga nie ma – kontynuował trzydziestoparolatek trzymając kubek z kawą w dłoni. Twardowski starał się utrzymać Lucyfera na miejscu żeby ten nie wybuchł.

- ..ale, ale! To ktoś inny jest naszym "bohaterem". Diabeł, Lucyfer, szatan czy sam czort. Nie ważne jak go nazwiemy. O nim się nie mówi...

Teraz już siłą Twardowski musiał przytrzymywać swojego towarzysza. Jeszcze jedno zdanie i Lucufer wybuchnie także żadna siła go nie powstrzyma.

"Jak on śmie?" zastanowił się szatan.

- ...w Boga łatwiej jest nam nie wierzyć niż w diabła. A musicie sobie uświadomić, że to przede wszystkim jego nie ma!

Po tych słowach wszyscy spojrzeli w jednym kierunku. To Lucyfer gwałtowie wstał odrzucająć w tył krzesło, na którym jeszcze przed ułamkiem sekundy siedział. Powli wokół jego sylwetki na przemian pulsowało na przemian swiatło przeplatane mrokiem. Wyglądało to tak jakby ciemność świeciła.

 

- JESTEM I ISTNIEJĘ! - wykrzyknął te słowa ukazując się w swej nieziemskiej postaci. - JAM JEST NAJPRAWDZIWSZY I JEDYNY I TO DO MNIE BĘDZIE WSZYSTKO NALEŻAŁO I TO JA OBRÓCĘ WSZYSTKO W NICOŚĆ!

 

Twardowski słysząc te słowa ze smutkiem spuścił wzrok. Słuchacze podobnie jak wąsacz zasmucili się. Widząc to Lucyfer nieco ochłonął w swym gniewie.

- Co tu się dzieje?! - krzyknął zdezorientowany.

Na te słowa postać mówcy podobnie jak Lucyfer zaczęła się zmieniać. Jednak z jego postaci emanowało światło w najjaśniejszej postaci. Diabeł z niedowierzaniem wybałuszył oczy.

- To... Ty...? - zdołał wychrypieć.

- Tak, to JA – odpowiedział mówca, który okazałał się być nikim innym jak samym Jezusem.

 

 

- Twardowski! O co tu chodzi?

Wąsacz spokojnie wstał z krzesła i wolnym krokiem podszedł do Lucyfera.

- Mówiłem ci żebyś był cierpliwy. Przynajmniej ten jeden raz

- Ale...

Chciał coś powiedzieć, ale przerwał mu Jezus.

- Chcieliśmy dać ci szansę. Daliśmy ci ją. Mieliśmy nadzieję, że zrozumiesz i w końcu zechcesz się z nami pojednać. Chcieliśmy...

- Przestań! - ryknął diabeł. - Przesatań! To nie może być prawda! Zresztą czym jest ta prawda? Nie mogliście tego zrobić! Nie mogliście!

- A jednak – odezwał się nowy głos.

Lucyfer odwrócił się w stronę, z której dochodził głos. Tego było za wiele. W drzwiach stał sam Bóg.

- A jednak to zrobiliśmy. I niestety zawiodłeś mnie kolejny raz - powiedział ze smutkiem Bóg, który przyjął postać wiekowego acz krzepiego harleyowca.

- Chcieliśmy byś do nas wrócił Lucek. - wtrącił Twardowski.

- Gówno prawda – niedowierzał szatan. Mówiąc to z oczu pociekły mu łzy, które przy zetknięciu ze skórą zaczęły parować.

Zapadła cisza. Twardowski, Jezus, Bóg i słuchacze, którzy okazali się być aniołami podstawionymi specjalnie do tej roli patrzyli ze smutkiem na Szatana.

- Musieliśmy wykorzystać ten fortel – zaczął tłumaczyć Twardowski, - Mieliśmy nadzieję, że gdy poczujesz zagrożenie, wprawdzie z egoistycznych pobudek, ale zawsze, zjednoczysz się z nami. Potem byłoby łatwiej. Ale czekaliśmy na twoją suwerenną decyzję. Nie mogliśmy cię zmuszać do niczego.

- Nie wierzę - mamrotał w kółko diabeł.

- Teraz jak plan nie wypalił dalej masz jeszcze szansę. Dołącz do nas. Zapomnij o wszystkim co było dotychczas. My też puścimy to w niepamięć. Prosimy, wszyscy jak tu stoimy.

Lucyfer jeszcze nigdy wcześniej nie był tak zagubiony jak teraz. Nie wiedział co ma uczynić. Wyciągnęli do niego dłoń. Ale czy tego chciał? Czyż tego nie chciał w głębi swej mrocznej duszy?

- Nie – wychrypiał. - NIE! Nie zgadzam się na to!...

Po czym zniknął.

 

"U Krysi" przy swoim ulubionym stoliku siedział Twardowski w towarzystwie starego harleyowca i hipstera. Popijali w ciszy piwo. Blat stołu skutecznie zasłaniały puste butelki po Perle.

- Może innym razem. - przerwał ciszę Twardowski.

Na te słowa wszyscy stuknęli się szyjkami butelek wznosząc w ciszy toast w tylko sobie znanych intencjach.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • NataliaO 28.04.2015
    Chyba w pewnych miejscach brakuje myślników do dialogów... Co do opowiadania, dużo włożonej pracy dlatego głupio mi napisać, że pomysł fajny, ciekawa propozycja ale mnie jakoś nie przypadł do gustu. 3:)
  • Redfiled 28.04.2015
    Dziękuję za komentarz i uwagę na temat myślników. Faktycznie przy "kopiuj - wklej" zjadło sporą część znaków. Zamieszczę raz jeszcze test z poprawkami (myślniki) i może podzielony na części żeby nie odstraszać stosunkowo większą długością :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania